Recenzje
IMPERIUM ŚWIATŁA. Melancholijnie, ale miałko
Sam Mendes ulega pokusie, by mówić zbyt wiele i zbyt dosłownie, by jego film traktować w kategoriach głębokiego przeżycia.
Sam Mendes wielkim reżyserem jest i basta – stworzył przełomowe American Beauty (1999), wzruszającą Drogę do szczęścia (2008), dołożył potężną cegłę do budowania legendy Jamesa Bonda, a przed czterema laty zachwycił świat wojenną epopeją 1917. Jak się okazuje, nawet wielcy reżyserzy ulegają pułapkom własnych wizji i Imperium światła jest właśnie przykładem takiej pułapki. Tworząc swój „love letter to cinema”, Sam Mendes popadł w dydaktyczne i nadmiernie melodramatyczne tony.
Jakiś czas temu w brytyjskim magazynie „Empire” ukazał się krótki artykuł, w którym Mendes opisywał proces wybierania lokalizacji, która stanie się tytułowym „imperium światła” w jego najnowszym filmie – magicznym prowincjonalnym kinem, które jest centrum wszechświata dla grupy wieloletnich pracowników. Wybór padł na zamknięte od lat kino Dreamland w nadmorskiej miejscowości Margate i trzeba przyznać, że lokacja ta – oczywiście po odpowiednich przeróbkach i znacznym odświeżeniu – prezentuje się w Imperium światła magicznie.
Wszyscy ci, którzy pamiętają swoje pierwsze wizyty w lokalnych, studyjnych kinach sprzed ery multipleksów, na pewno poczują się wyjątkowo poruszeni – Imperium Światła to miejsce celebracji sztuki filmowej i choć frekwencja nie jest zachwycająca, kino zostaje wybrane na lokalizację lokalnej premiery
Pomiędzy dwójką bohaterów, których różni niemal wszystko – rasa, wiek, doświadczenie – rodzi się uczucie, które dla cierpiącej na problemy psychiczne Hilary staje się promykiem nadziei w okrutnie samotnym życiu. Jednak romantyczna relacja starszej kobiety i młodego mężczyzny nie jest jedynym wątkiem – Mendes postanowił bowiem do swojego filmu wpleść również problemy społeczne, a że rzecz dzieje się na początku lat 80. w prowincjonalnym, brytyjskim miasteczku, rasizm wciąż jest tam bardzo silny w nastrojach społecznych. Stephen pada więc ofiarą licznych upokarzających go gestów zarówno ze strony klientów kina, jak i przypadkowych przechodniów.
Nastroje eskalują, ale… w zasadzie nie wiadomo po co. Konflikt na tle rasowym zupełnie nie przekłada się na dynamikę opowiadanej historii ani na relację Hilary i Stephena. Motywacje bohaterów w żaden sposób nie zmieniają się po przykrych doświadczeniach mężczyzny, finał filmu także nie wydaje się przez nie determinowany.
Sam Mendes nakręcił ten film przede wszystkim dla siebie – z jednej strony widać w nim miłość do instytucji kina jako miejsca kreowania gustów i osobowości, z drugiej natomiast Mendes dzieli się z widzami spostrzeżeniami natury społecznej, które z pewnością w jakiś sposób wiążą się z jego młodością spędzoną w Wielkiej Brytanii. Problem polega na tym, że to indywidualne, personalne spojrzenie prowadzi go na manowce dydaktyzmu i nadmiernej egzaltacji – choć w Imperium światła znajdziemy piękne kadry i momenty autentycznego wzruszenia, dominującą cechą tego filmu jest melancholijna miałkość.
Olivia Colman, jedna z najwybitniejszych aktorek ostatnich lat, stara się jak może, by postać Hilary ożywić i uwiarygodnić, ale piękne aforyzmy, które wkłada jej w usta Mendes, torpedują wszystkie jej wysiłki i czynią z jej bohaterki pretensjonalne narzędzie w rękach reżysera zagubionego we własnej wizji. Podobnie jak Steven Spielberg w
Z Imperium światła bije niezwykłe ciepło – ekipa pracująca w tytułowym kinie składa się niemal wyłącznie z ludzi tolerancyjnych i życzliwych (rzadką okazję do zagrania postaci o negatywnym odcieniu ma tu Colin Firth), stojących w opozycji do bezmyślnej rasistowskiej tłuszczy przewalającej się przez miasto w jednej z ważniejszych scen filmu. Ale nie jest to mądre, krzepiące ciepło rodem z najlepszych feel good movies – raczej ciepło z anegdot wiekowej ciotki, która opowiada o tym, że „kiedyś to było”. Mam wrażenie, że takich mądrości dzisiejsi widzowie raczej nie potrzebują.
