search
REKLAMA
Nowości kinowe

GENTLEMAN Z REWOLWEREM. Panie Redford, może mnie pan obrabować (Camerimage 2018)

Mikołaj Lewalski

13 listopada 2018

REKLAMA

Plansza otwierająca film informuje nas, że przedstawiona historia wydarzyła się naprawdę. Mniej więcej. Żartobliwy ton tego oświadczenia zgrabnie zapowiada atmosferę filmu. Opowieść o mężczyźnie uzależnionym od adrenaliny towarzyszącej rabunkom łatwo można było ukazać w formie dramatu połączonego z thrillerem. Zapewnić widzowi trzymający w napięciu pojedynek między przestępcą a stróżem prawa, a całość doprawić dramatycznym wątkiem miłosnym. David Lowery, autor świetnego zeszłorocznego A Ghost Story, postanowił jednak pójść inną drogą. Gentleman z rewolwerem to lekka i przepełniona humorem przypowieść o przemijaniu i życiu pełną gębą. Z jednej strony to pokaz klasy wielkiego aktora i szalenie zdolnego reżysera/scenarzysty, a z drugiej – skromne kino bez rozbuchanych ambicji.

W swojej pożegnalnej roli Robert Redford wciela się w Forresta Tuckera, mężczyznę, który z rozczulającą uprzejmością napada na banki, spokojnie prosząc o wypłatę stosunkowo niewielkiej ilości gotówki. Jego opanowanie, dobre maniery i błogi uśmiech zdecydowanie wyróżniają go na tle innych filmowych rabusiów.

Ba, mam wrażenie, że sam z uśmiechem pozwoliłbym obrabować się komuś takiemu! W pewnym momencie na drodze Tuckera pojawia się kobieta, która momentalnie przykuwa jego uwagę i sprawia, że obnaża on swoje wnętrze nie tylko przed nią, ale też przed nami. Początkowo o Tuckerze nie wiemy prawie nic i dopiero z czasem stopniowo odkrywamy jego myśli i namiętności. Kolejną osobą, która próbuje rozgryźć postać rabusia-gentlemana jest zrezygnowany policjant (świetny i stonowany Casey Affleck), który przed rozpoczęciem śledztwa w sprawie Tuckera jest o krok od porzucenia służby.

Zarówno wspomniany wcześniej wątek miłosny, jak i pościg policjanta za Tuckerem zostają ukazane w przewrotny i niejednokrotnie zaskakujący sposób. Nie ma też w tym przesadnego dramatyzmu, całość płynie spokojnie i w rytmie prawdziwego życia, a nie trzymającego w napięciu thrillera. Nuda nie wkrada się tu jednak ani na moment, a to dzięki świetnemu scenariuszowi i doskonałej pracy aktorów. Zainteresowanie nieustannie ożywia także przewrotność wielu scen – Lowery doskonale wie, ile razy widzieliśmy podobne wątki, więc bawi się nimi, próbując postępować wbrew naszym oczekiwaniom. Zyskuje na tym nie tylko nieprzewidywalność historii, ale także humorystyczny wydźwięk całości. Oprócz błyskotliwych dialogów i pozornie przedłużanych scen z komiczną puentą dużo śmiechu to właśnie zasługa momentów, w których dzieje się coś, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy (albo nie spodziewali się tego bohaterowie). Sporo tu także zabawy montażem i pracą kamery – jedno i drugie nieraz zostaje użyte do wywołania albo wzmocnienia efektu komediowego.

Oprócz żartów i zgrywy w filmie jest także sporo miejsca na życiowe refleksje, rozliczenie się z przeszłością i optymistyczne spoglądanie w przyszłość. Tucker w pewnym momencie mówi: “Czasem zastanawiam się, jak 10-letni ja oceniłby to, kim teraz jestem. Jeśli uznaję, że nie byłby zadowolony, próbuję dalej”. Jego towarzyszka zwraca mu wtedy uwagę, że to najpewniej będzie oznaczało ciągłe poszukiwania i próbowanie kolejnych rzeczy. Tucker żyje właśnie w taki sposób, a momentami trudno określić, czy dane wypowiedzi nie dotyczą w większym stopniu samego Redforda. Jego rola i kwestie poruszane w filmie w jasny sposób odwołują się do osoby aktora i przemyśleń, którymi chce się z nami podzielić. Wszystko to zostaje jednak podane w tak lekki i bezpretensjonalny sposób, że absolutnie nie można zarzucić mu nawet cienia megalomanii. W jego występie widać przede wszystkim szczerość i chęć odejścia w wielkim, ale zarazem kameralnym stylu. W moim odczuciu wyszło to bezbłędnie.

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA