Publicystyka filmowa
OPAD SZCZENY, czyli FILMOWE ZASKOCZENIA 2018 roku
OPAD SZCZENY to przegląd filmowych zaskoczeń 2018 roku, które zaskoczyły i uradowały widzów na dużym ekranie. Zainspiruj się!
Jak co roku minione dwanaście miesięcy warto jakoś podsumować w kontekście obejrzanych filmów. Tym razem jednak nie tych jednoznacznie najlepszych, totalnie zachwycających, lecz takich, które nieoczekiwanie do nas przemówiły. Zaklikały, a my razem z nimi. Wypaliły wbrew prognozom bądź nawet zdrowemu rozsądkowi. Oto te produkcje A.D. 2018, które dobrze było obejrzeć na dużym ekranie i które będę miło wspominał. A co was uwiodło? Tradycyjnie komentarze są głodne przykładów.
I tak cię kocham
Mały wielki film – dosłownie. Żadne arcydzieło fabryki snów za grubą kasę, tylko skromne, niezależne kino za kratę browarów i uśmiech Boryny (tu: Zoe). Przemawiające jednak do każdego, bo za pomocą dowcipu oraz prostych emocji. Chwytające za serce nie tyle fabułą, która bynajmniej nie odkrywa Ameryki, ile postaciami oraz ich relacjami. Z jednej strony tak mocno życiowy to film, ale z drugiej niepozbawiony jakże potrzebnej w kinie fantazji. Zatem jest to rzecz tyleż poważna, co lekka i przyswajalna. O tym, jak bardzo, niech świadczy fakt, że to jedna z nielicznych premier początku roku, o której pamięta się pod sam jego koniec.
Jestem najlepsza. Ja, Tonya
Zaskakuje przede wszystkim aktorstwem Margot Robbie, która już w tragicznym Legionie samobójców była najjaśniejszym punktem, lecz dopiero tutaj naprawdę dała prawdziwy popis. To ona niesie całą tę niecodzienną historię wziętą właśnie z życia codziennego, choć zadanie miała ułatwione, gdyż wtóruje jej cały, też znakomity, drugi plan i jest to ogółem niezwykle atrakcyjny kawałek X muzy – trochę w imprezowym typie Wilka z Wall Street, trochę przypominający Bonnie i Clyde’a, a trochę będący klasyczną, nawet jeśli zwariowaną, produkcją biograficzną pochylającą się nad dramatem sławnej osobistości. Emanującą przy tym energią, która jakże łatwo udziela się widzowi i nie mniej zgrabnie wpisuje się w wytarty slogan pouczającej zabawy. Tak, nawet na tle licznej, równie udanej konkurencji (chociażby Gry o wszystko) Ja, Tonya wypada nad wyraz pozytywnie.
Wyspa psów
Przepiękny film. Czysta kreatywność i wizualna maestria plus, jak zawsze u Wesa Andersona, niezwykle przyjemny, wielopoziomowy humor. No i muzyka, która znowu nie zawodzi, bezbłędnie dobrana do poszczególnych kadrów. Niby nie powinno być mowy o zaskoczeniu, bo przecież reżyser ten dał nam wcześniej doskonałego – i fantastycznego, fiu, fiu! – Pana Lisa. Ale nie każdy twórca tak dobrze znosi powrót do tej samej materii, zwłaszcza tak ryzykownej jak poklatkowa animacja.
No właśnie, to ostatnie, czyli forma, również zasługuje na najwyższy szacunek, bo wykonana jest wprost fenomenalnie, a kto wie, czy pod paroma względami nie lepiej od wspomnianego poprzednika. Jeśli jakiś film zbliżył się w tym (prawie zeszłym) roku do perfekcji na tak wielu płaszczyznach, to jest nim właśnie przylądek piesełów. Psik!
Tully
Film, po którym nie spodziewałem się zbyt wiele, okazał się jednym z najbardziej satysfakcjonujących w skali roku. Perfekcyjnie przy tym wyważonym, emocjonalnie trafiającym w punkt i wielce budującym doświadczeniem. A przecież nie to zapowiadały fotki napompowanej, zmęczonej matkowaniem Charlize Theron, która, notabene, zalicza tu jeden ze swoich najlepszych występów (a już na pewno jedną z najbardziej wiarygodnych transformacji, zważywszy na jej nieprzemijający status seksbomby).
Ponownie mamy tu do czynienia z kameralną, życiową historyjką. Jednak tym razem różnicę robi ta jedna mała niespodzianka ukryta pośród meandrów fabuły – wypływająca pomiędzy jednym a drugim wyczerpaniem psychicznym życiem macierzyńskim. Bez niej film na pewno nie miałby tej samej siły oddziaływania. Ale też i na podobnych niuansach polega magia kina – a tę Tully posiada bez dwóch zdań. Mały wielki film wersja 2.0? Jak najbardziej.
Han Solo: Gwiezdne wojny – historie
Napisałem już całą reckę – klikaczu! – to co się będę powtarzał. Przyjemny wyjątek od reguły zapowiadającego się od początku na katastrofę projektu, finalnie wypadającego lepiej niż przyzwoicie.
Sicario 2: Soldado
Jak na sequel, pozbawiony w dodatku ważnych atutów oryginału, wyszedł z tego zaskakująco niezły film. Twórcom udało się zachować podobny do jedynki klimat i jednocześnie zaserwować trochę bardziej złożoną, angażującą historię, którą ogląda się świetnie także bez znajomości poprzednika. Mimo wyraźnych prób nawiązywania do niego (kilka scen dosłownie przekopiowano) pod pewnymi względami przerasta zarówno jego, jak i nasze oczekiwania. Nie wszystko tutaj do końca odpowiednio zagrało, film nie zgłębia jakoś bardziej świata karteli i walczących z nimi służb, zabrakło w nim również tej charakterystycznej duszności i porównywalnego napięcia. Lecz gdyby wszystkie sequele tak wyglądały, to świat byłby lepszy.
Pierwszy człowiek
Na początku lat 80. Hollywood zrobiło Pierwszy krok w kosmos o początkach kosmonautyki. Pierwszy człowiek to piękne jego uzupełnienie – pokazujące dalsze wydarzenia z perspektywy zagubionej jednostki. Dla fanów podboju kosmosu to pozycja obowiązkowa, magiczna wręcz, przepięknie nakręcona. Technicznie jest to po prostu cymes, a i pod względem wierności faktom to absolutny top (samo lądowanie na Księżycu to sekwencja, w której po prostu idzie się zakochać).
Choć film miewa nużące momenty na Ziemi, to i tak bawiłem się o niebo lepiej niż na przereklamowanej Grawitacji oraz Interstellar. Nawet z pozoru niesympatyczny, wycofany obraz Armstronga broni się emocjonalnie w kontekście punktu wyjścia. Zdecydowanie jeden z ciekawszych filmów roku, udowadniający, że nawet z tak ikonicznych, pozornie wyeksploatowanych momentów najnowszej historii ludzkości można stworzyć nową jakość w kinie.
Gentleman z rewolwerem
Na koniec naprawdę miła niespodzianka, bo nie sądziłem, że będzie mi jeszcze dane obejrzeć tak staroszkolną w każdym swoim aspekcie produkcję. Wyciszoną, tradycyjnie konstruowaną narrację nakręconą w równie klasyczny sposób (czyli między innymi na filmowej taśmie, której faktury ziarna można wręcz dotknąć). Stawiającą w pierwszej kolejności na bohaterów i budowanie relacji między nimi, a dopiero później na akcję, jaka również daleka jest od charakterystycznego dla blockbusterów przeładowania atrakcjami i przekombinowania wydarzeń. Rzecz jasna, stawkę podbija osoba Roberta Redforda, dla którego są to zarazem ostatnia rola i piękny hołd dla kariery. Pozornie nic wielkiego, niemniej to rzecz spowita atmosferą niespotykanego już dziś spokoju i wielkiej klasy, przy której można w takim samym stopniu dobrze się bawić, co odpocząć. I odetchnąć.
Bonus: Roma
Konkurentem Zimnej wojny oraz jego techniczną jakością co prawda zaskoczony nie jestem, ALE… to przynajmniej dziwne – i osobliwie kojące – jak łatwo wkrada on się do serca, jak przedostaje do duszy i nie przestaje krążyć w myślach na długo po seansie. Taki miły akcent na sam koniec roku.
