Recenzje

GARFIELD. Film jednego bohatera

To film niezwykle udany wizualnie - kolejny sukces animacji komputerowej. To niestety jednocześnie klęska scenarzystów.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Lubi jeść i spać, jest władczy, kocha być podziwianym i chwalonym, czasem nawet twórczo się zamyśli. Niestety nie jest to George W. Bush z filmu Michaela Moore`a. Nasz bohater jest bowiem przy tym także błyskotliwy, rudy i ma nadwagę. Mógłby więc być kapitalnym przykładem neurotycznego i zakompleksionego, współczesnego intelektualisty. Mógłby także uchodzić za przeciętnego nieudacznika lub zostać dyżurnym „antybohaterem” Ameryki. Garfielda jednak tak łatwo scharakteryzować się nie da. Kot o figurze Renaty Beger, uśmiechu Kazimiery Szczuki i tępym spojrzeniu Romana Giertycha pozostaje wszakże w stanie słodkiej nieświadomości – Garfield nie zna listy swoich grzechów głównych. Myśli, że świat kręci się wokół niego na skutek naturalnego porządku rzeczy. Słynny amerykański kot jest więc osobnikiem „szczerze zakłamanym”, czyli charakterem nierealnym i sprzecznym. Garfield żyje przy tym w krainie własnego ego – w stanie zupełnego oderwania od rzeczywistości. Ze wszystkimi swoimi wadami pozostaje więc bezkarny. Jest on w takim razie ideałem bohatera. Kimś, kim każdy mógłby być, kimś, z kim każdy może się utożsamić i kimś, kto dzięki swej komiksowej bezkarności mimo wszystko zawsze pozostanie nierzeczywisty…

Humor komiksów o Garfieldzie, będący zlepkiem dowcipu sytuacyjnego i żartów wynikających z bezczelności samego kota, jest mało filmowy. Już sama koncepcja gadającego zwierzaka z charakterkiem kiepsko pasuje do filmu fabularnego. Skoro jednak twórca oryginału – Jim Davis – po latach odbierania listownych gróźb karalnych zgodził się na nakręcenie kinowej wersji przygód Garfielda, twórcom pozostało już tylko jedno, ale za to trudne zadanie: trzeba było wybrać konwencję, w której perypetie rudego kota z nadwagą zostaną przedstawione. Producenci niestety nie zdecydowali się na stworzenie błyskotliwego, ironicznego obrazu kpiącego ze wszystkich i wszystkiego, jak to miało miejsce w przypadku Shreka 2. W efekcie Garfield jest filmem grzecznym. Zdecydowanie ZA grzecznym… Mamy tu do czynienia w gruncie rzeczy z typowym kinem familijnym. Od pierwszego kadru wiadomo już doskonale, kto jest tutaj zatrudniony w charakterze Armii Zbawienia, kto zasługuje na to, aby potraktować go prądem, a kto gra rolę sympatycznego fajtłapy. Okolica jest czysta i porządna, bohaterowie uczesani i ogoleni, a słonko cudnie świeci nad ogródkiem Garfielda. Scenariusz beztrosko podąża ku szczęśliwemu zakończeniu, gdzie zło zostanie pokonane, a sprawiedliwość ku WIELKIEMU zaskoczeniu widowni zatriumfuje. I byłoby to z pewnością stracone 80 minut w kinowym fotelu, gdyby nie pewien osobnik, który zawsze bezczelnie znajduje się w centrum uwagi, poetycko beka, wyrzuca z siebie potok złotych myśli i dodaje scenariuszowi nieco potrzebnego tutaj niezwykle bałaganu. W filmie bowiem elegancko wygładzone jest wszystko z wyjątkiem charakteru tytułowego kota. I chwała za to scenarzystom.


Warto zwrócić uwagę na sceny, w których kot skacze na oddalony nieco stół lub fotel. Jego kuper zawsze wtedy opada, a Garfield ma problemy z wciągnięciem reszty ciała na górę, co wygląda przekomicznie.

Sam Garfield, mimo że generalnie przyjmuje pokornie końcowe nauki moralne scenarzystów, przez większość filmu nie jest ani specjalnie pokorny, ani zbytnio moralny. Jego postać wiedzie prym w filmie i jest zbudowana na prostej zasadzie kontrastu względem całego ekranowego otoczenia. Dwa główne cele jego życia to święty spokój i tygodniowy zapas lasagni. Odrobinę sławy także oczywiście by nie zaszkodziło, wszakże Garfield to wyjątkowo inteligentny kot. I faktycznie kinowa wersja komiksu jest przez niego w dużej mierze zmonopolizowana. Po pierwsze jest jedynym komputerowo generowanym zwierzakiem w całej produkcji. Reszta kotów i psów to prawdziwe zwierzęta, u których komputerowo tworzony jest jedynie ruch szczęk. Odie zaś, jak na głupiego psa przystało, w ogóle nie zabiera głosu. Garfield ma więc wyraźną przewagę, a do tego jeszcze świetnie dopracowaną mimikę twarzy, ruch sierści i trójwymiarowe, przemieszczające się warstwy tłuszczu. Warto zwrócić uwagę na sceny, w których kot skacze na oddalony nieco stół lub fotel. Jego kuper zawsze wtedy opada, a Garfield ma problemy z wciągnięciem reszty ciała na górę, co wygląda przekomicznie. Animacja kota jest więc dopracowana w najmniejszych szczegółach, a Garfield swoją aparycją i spojrzeniem wzbudza śmiech i sympatię. Rudy zwierzak ma jeszcze jedną zaletę. Bogactwo życiowej mądrości, jakie wyłania się z jego przemyśleń, w zestawieniu z całokształtem postaci jest naprawdę imponujące. Zważywszy że w polskiej wersji językowej Garfieldowi głosu użycza sam Marek Kondrat, skojarzenia z Dniem świra nie będą bezzasadne. Wszak Adam Miauczyński i Garfield to w gruncie rzeczy podobne osobowości. Z tym że kot wyraża się oczywiście bardziej poetycko, niż bohater Dnia świra. Kondrat mimo to doskonale wczuwa się w rolę oraz nadaje Garfieldowi pewnego specyficznego spokoju i ironicznego dystansu do świata. Na pewno w jakiś sposób kreuje także polski wizerunek filmowego kota, dodając mu trochę nadprogramowych treści, jak chociażby wspomniane skojarzenia z filmem Koterskiego. Polscy twórcy dubbingu nie mogli więc chyba lepiej wybrać odtwórcy głównej roli.

Dwa słowa o żywych aktorach występujących w Garfieldzie. Jona Arbuckle gra Breckin Meyer (Klub 54, Ostra jazda) i świetnie pasuje do swojego nierozgarniętego, filmowego bohatera. Zresztą aktor ten generalnie wciela się w raczej poczciwe i pozytywne postacie. Rólka Jennifer Love Hevitt jest prosta, słodka i anielska. Pani weterynarz ma przecież uwodzić Jona, a nie wykazywać się złożoną psychiką. Joanna Brodzik, grająca panią doktor w polskiej wersji, ma więc niewiele do zagrania i jej postać jest niestety słabo zauważalna. Bo Garfield to film jednego aktora – Garfielda, czyli także i Marka Kondrata.


Czy jest to w takim razie udana produkcja ? Tak, ale tylko dzięki barwnemu i świetnie oddanemu charakterowi kota oraz osobowości Marka Kondrata. To także film niezwykle udany wizualnie – kolejny sukces animacji komputerowej. To niestety jednocześnie klęska scenarzystów. Film bowiem stanowi tylko tło dla przedstawienia postaci Garfielda. Tło szare, nudne i przewidywalne. Scenarzystom wyraźnie brakowało koncepcji na kinową wersję komiksu, postanowili więc skorzystać z dawno już zużytych schematów fabularnych. Jako film familijny Garfield sprawdza się mimo to całkiem dobrze. Można się także na nim zupełnie nieźle bawić. Panowie z Dreamworks – twórcy Shreka – podnieśli jednak poprzeczkę. Teraz „dobrze” i „nieźle” to już trochę za mało. Żeby przyciągnąć widza, powinno być jeszcze „oryginalnie”. A tego powiewu świeżości Garfieldowi wyraźnie brakuje.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane