search
REKLAMA
Archiwum

GARFIELD. Film jednego bohatera

Jacek Kozłowski

30 stycznia 2018

REKLAMA

Lubi jeść i spać, jest władczy, kocha być podziwianym i chwalonym, czasem nawet twórczo się zamyśli. Niestety nie jest to George W. Bush z filmu Michaela Moore`a. Nasz bohater jest bowiem przy tym także błyskotliwy, rudy i ma nadwagę. Mógłby więc być kapitalnym przykładem neurotycznego i zakompleksionego, współczesnego intelektualisty. Mógłby także uchodzić za przeciętnego nieudacznika lub zostać dyżurnym “antybohaterem” Ameryki. Garfielda jednak tak łatwo scharakteryzować się nie da. Kot o figurze Renaty Beger, uśmiechu Kazimiery Szczuki i tępym spojrzeniu Romana Giertycha pozostaje wszakże w stanie słodkiej nieświadomości – Garfield nie zna listy swoich grzechów głównych. Myśli, że świat kręci się wokół niego na skutek naturalnego porządku rzeczy. Słynny amerykański kot jest więc osobnikiem “szczerze zakłamanym”, czyli charakterem nierealnym i sprzecznym. Garfield żyje przy tym w krainie własnego ego – w stanie zupełnego oderwania od rzeczywistości. Ze wszystkimi swoimi wadami pozostaje więc bezkarny. Jest on w takim razie ideałem bohatera. Kimś, kim każdy mógłby być, kimś, z kim każdy może się utożsamić i kimś, kto dzięki swej komiksowej bezkarności mimo wszystko zawsze pozostanie nierzeczywisty…

Humor komiksów o Garfieldzie, będący zlepkiem dowcipu sytuacyjnego i żartów wynikających z bezczelności samego kota, jest mało filmowy. Już sama koncepcja gadającego zwierzaka z charakterkiem kiepsko pasuje do filmu fabularnego. Skoro jednak twórca oryginału – Jim Davis – po latach odbierania listownych gróźb karalnych zgodził się na nakręcenie kinowej wersji przygód Garfielda, twórcom pozostało już tylko jedno, ale za to trudne zadanie: trzeba było wybrać konwencję, w której perypetie rudego kota z nadwagą zostaną przedstawione. Producenci niestety nie zdecydowali się na stworzenie błyskotliwego, ironicznego obrazu kpiącego ze wszystkich i wszystkiego, jak to miało miejsce w przypadku Shreka 2. W efekcie Garfield jest filmem grzecznym. Zdecydowanie ZA grzecznym… Mamy tu do czynienia w gruncie rzeczy z typowym kinem familijnym. Od pierwszego kadru wiadomo już doskonale, kto jest tutaj zatrudniony w charakterze Armii Zbawienia, kto zasługuje na to, aby potraktować go prądem, a kto gra rolę sympatycznego fajtłapy. Okolica jest czysta i porządna, bohaterowie uczesani i ogoleni, a słonko cudnie świeci nad ogródkiem Garfielda. Scenariusz beztrosko podąża ku szczęśliwemu zakończeniu, gdzie zło zostanie pokonane, a sprawiedliwość ku WIELKIEMU zaskoczeniu widowni zatriumfuje. I byłoby to z pewnością stracone 80 minut w kinowym fotelu, gdyby nie pewien osobnik, który zawsze bezczelnie znajduje się w centrum uwagi, poetycko beka, wyrzuca z siebie potok złotych myśli i dodaje scenariuszowi nieco potrzebnego tutaj niezwykle bałaganu. W filmie bowiem elegancko wygładzone jest wszystko z wyjątkiem charakteru tytułowego kota. I chwała za to scenarzystom.


Sam Garfield, mimo że generalnie przyjmuje pokornie końcowe nauki moralne scenarzystów, przez większość filmu nie jest ani specjalnie pokorny, ani zbytnio moralny. Jego postać wiedzie prym w filmie i jest zbudowana na prostej zasadzie kontrastu względem całego ekranowego otoczenia. Dwa główne cele jego życia to święty spokój i tygodniowy zapas lasagni. Odrobinę sławy także oczywiście by nie zaszkodziło, wszakże Garfield to wyjątkowo inteligentny kot. I faktycznie kinowa wersja komiksu jest przez niego w dużej mierze zmonopolizowana. Po pierwsze jest jedynym komputerowo generowanym zwierzakiem w całej produkcji. Reszta kotów i psów to prawdziwe zwierzęta, u których komputerowo tworzony jest jedynie ruch szczęk. Odie zaś, jak na głupiego psa przystało, w ogóle nie zabiera głosu. Garfield ma więc wyraźną przewagę, a do tego jeszcze świetnie dopracowaną mimikę twarzy, ruch sierści i trójwymiarowe, przemieszczające się warstwy tłuszczu. Warto zwrócić uwagę na sceny, w których kot skacze na oddalony nieco stół lub fotel. Jego kuper zawsze wtedy opada, a Garfield ma problemy z wciągnięciem reszty ciała na górę, co wygląda przekomicznie. Animacja kota jest więc dopracowana w najmniejszych szczegółach, a Garfield swoją aparycją i spojrzeniem wzbudza śmiech i sympatię. Rudy zwierzak ma jeszcze jedną zaletę. Bogactwo życiowej mądrości, jakie wyłania się z jego przemyśleń, w zestawieniu z całokształtem postaci jest naprawdę imponujące. Zważywszy że w polskiej wersji językowej Garfieldowi głosu użycza sam Marek Kondrat, skojarzenia z Dniem świra nie będą bezzasadne. Wszak Adam Miauczyński i Garfield to w gruncie rzeczy podobne osobowości. Z tym że kot wyraża się oczywiście bardziej poetycko, niż bohater Dnia świra. Kondrat mimo to doskonale wczuwa się w rolę oraz nadaje Garfieldowi pewnego specyficznego spokoju i ironicznego dystansu do świata. Na pewno w jakiś sposób kreuje także polski wizerunek filmowego kota, dodając mu trochę nadprogramowych treści, jak chociażby wspomniane skojarzenia z filmem Koterskiego. Polscy twórcy dubbingu nie mogli więc chyba lepiej wybrać odtwórcy głównej roli.

Dwa słowa o żywych aktorach występujących w Garfieldzie. Jona Arbuckle gra Breckin Meyer (Klub 54, Ostra jazda) i świetnie pasuje do swojego nierozgarniętego, filmowego bohatera. Zresztą aktor ten generalnie wciela się w raczej poczciwe i pozytywne postacie. Rólka Jennifer Love Hevitt jest prosta, słodka i anielska. Pani weterynarz ma przecież uwodzić Jona, a nie wykazywać się złożoną psychiką. Joanna Brodzik, grająca panią doktor w polskiej wersji, ma więc niewiele do zagrania i jej postać jest niestety słabo zauważalna. Bo Garfield to film jednego aktora – Garfielda, czyli także i Marka Kondrata.


Czy jest to w takim razie udana produkcja ? Tak, ale tylko dzięki barwnemu i świetnie oddanemu charakterowi kota oraz osobowości Marka Kondrata. To także film niezwykle udany wizualnie – kolejny sukces animacji komputerowej. To niestety jednocześnie klęska scenarzystów. Film bowiem stanowi tylko tło dla przedstawienia postaci Garfielda. Tło szare, nudne i przewidywalne. Scenarzystom wyraźnie brakowało koncepcji na kinową wersję komiksu, postanowili więc skorzystać z dawno już zużytych schematów fabularnych. Jako film familijny Garfield sprawdza się mimo to całkiem dobrze. Można się także na nim zupełnie nieźle bawić. Panowie z Dreamworks – twórcy Shreka – podnieśli jednak poprzeczkę. Teraz “dobrze” i “nieźle” to już trochę za mało. Żeby przyciągnąć widza, powinno być jeszcze “oryginalnie”. A tego powiewu świeżości Garfieldowi wyraźnie brakuje.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Avatar

Jacek Kozłowski

REKLAMA