Connect with us

Recenzje

FEST MAKABRA 3, czyli horrorowy maraton na Halloween

FEST MAKABRA 3 to emocjonujący maraton horrorów, który odkrywa nieznane i zaskakuje wciągającymi tematami oraz mroczną atmosferą.

Published

on

FEST MAKABRA 3, czyli horrorowy maraton na Halloween

Cieszę się, że już po raz trzeci Fest Makabra gości na ekranach polskich kin, prezentując horrory, które bez tej inicjatywy pozostałyby nieznane. Zaskakująca jest to piątka w tym roku, celująca bardziej w publiczność festiwalową niż multipleksową, niepozbawiona gore i nagłego wyskakiwania zza kadru, choć skupiona nie tylko na grozie. I choć przegląd ma w tytule makabrę, a tej tu nie brakuje, chęć wstrząśnięcia widzem okrutnymi obrazami wydaje się drugorzędna. Twórcy pokazywanych filmów bardziej zainteresowani są możliwościami, jakie gatunek horroru daje swą atrakcyjnością i otwartością na interesujące ich tematy.

Advertisement

Wśród tych są straszne konsekwencje depresji poporodowej, alegoryczna opowieść o dzieciach zagubionych w lesie, trudny los człowieka, który był jak żywy trup, jeszcze trudniejszy los mężczyzny w świecie zombie oraz małżeńskie sekrety ujawnione w rocznicę ślubu.

Za najlepszy film przeglądu uważam Wyleczonych Davida Freyne’a, tytuł, który świetnie koresponduje z klasycznymi pozycjami o żywych trupach lub bestiami im podobnymi. Rzecz rozgrywa się współcześnie w Irlandii i już na samym początku zadaje intrygujące pytanie – czy można wrócić z bycia potworem do człowieczeństwa, do społeczeństwa, do rodziny? Po tym, jak ludzkość zaatakował wirus, zamieniający ludzi w podobne do zombie maszyny do zabijania, udało się opracować antidotum. To zadziałało na 75% zakażonych, przywracając ich do stanu wcześniejszego, lecz za cenę pamięci o swych czynach.

Advertisement

Głównego bohatera, Senana (Sam Keeley), wciąż dręczą wspomnienia okropieństw, jakich się dopuścił, choć jednocześnie próbuje zacząć od nowa. Wprowadza się do swojej amerykańskiej bratowej (Ellen Page) i jej kilkuletniego syna, którzy przyjmują go bez oporów; te ma natomiast wojsko, pilnujące wyleczonych i wciąż traktujące ich jak niebezpieczeństwo. To uosabia przede wszystkim Conor (Sam Vaughan-Lawlor), przyjaciel Senana, niezadowolony z upadku w drabinie społecznej (wcześniej był prawnikiem, teraz stać go zaledwie na bycie śmieciarzem) i ewolucyjnej (jako zakażony był liderem hordy). Marzy mu się rewolucja i aby tego dokonać, zwraca się ku terroryzmowi.

Film ogląda się niczym kontynuację 28 dni później oraz jego sequela, w duchu Dnia żywych trupów George’a Romero. Z pierwszym tytułem łączy je sposób ukazania zombie – jako niekoniecznie martwe, ale zarażone, przerażająco szybkie i agresywne w swej szalejącej naturze istoty, jak również podobna, wyspiarska atmosfera. Z tym drugim zaś chęć spojrzenia na bestie bardziej współczującym okiem, próba zorganizowania społeczeństwa z podziałem na pilnujące porządku, acz bezrefleksyjne wojsko, naukowców szukających rozwiązania oraz potwory, często definiowane przez pryzmat przeszłości, niekonieczne zaś tego, kim są teraz.

Advertisement

Dzieło Freyne’a ma niespieszne tempo, klimat mozołu i trudu, gdy oglądamy Senana niepotrafiącego odnaleźć się na nowo w świecie ludzi, oraz świetne role trójki głównych aktorów. Finał zaś przynosi klasyczne rozstrzygnięcie dla tego typu kina – jest krwawo, brutalnie i gorzko.

Zupełnie inny obraz żywych trupów zaproponował Justin P. Lange w swym Mroku, austriackim filmie grozy, który nakręcony został w Stanach Zjednoczonych, z amerykańską ekipą. Zaczyna się nieszablonowo i ironicznie – mężczyzna wpada do przydrożnego sklepiku, kupuje jedzenie, które mogłoby zasmakować tylko dziecku, ale zanim zapyta o drogę, sklepikarz przewiduje jego zamiary i zgaduje, że klient kieruje się do przydrożnego lasu, konkretnie miejsca znanego jako Czarcie Leże. W jego słowach kryje się pogarda do przyjezdnego i obietnica, że czeka go tam coś strasznego, coś, przed czym będzie uciekał.

Advertisement

Chwilę później dowiadujemy się z telewizji, że klient jest poszukiwanym przez policję kryminalistą – zabija sklepikarza, jedzie do lasu, wchodzi do znajdującego się tam domu, po czym spotyka coś, przed czym, rzecz jasna, zaczyna uciekać.

Tym czymś okazuje się Mina, kilkuletnia zombie, mordująca wszystkich, którzy zakłócą jej spokój. W samochodzie mężczyzny odnajduje ona Alexa, jej rówieśnika, z bliznami w miejscu oczu. Nie od razu mówi mu, że jest potworem, a ich relacja wypełnia resztę filmu. Dosyć szczególnego filmu, zawieszonego między horrorem, baśnią a alegorią. Słychać tu echa Pozwól mi wejść, gdzie dręczony chłopiec zaprzyjaźnił się z dziewczynką-upiorem, lecz twórców Mroku bardziej interesuje niełatwa podróż głównych bohaterów przez las symbolizujący zło, które spotkało ich w życiu.

Advertisement

Wykorzystywani i oszpeceni poddają się mu, samemu stając się mordercami, ale Lange dostrzega w ich spotkaniu szansę na ratunek. Jest to kino nierówne, gdzie błyskotliwe pomysły przeplatają się z nietrafionymi, a fantastyka sąsiaduje z realistycznym dramatem oraz czarnym humorem. Mimo to warto, zwłaszcza dla grającej Minę Nadii Alexander oraz otwartego na interpretacje zakończenia.

Advertisement

Żałuję, że mniej przychylny jestem dla francuskiego dramatu Noc pożera świat. Dramatu, bo choć rzecz ponownie obraca się wokół żywych trupów, tym razem w najpopularniejszym, apokaliptycznym wydaniu, dzieło Dominique’a Rochera skupia się na samotnym mężczyźnie zamkniętym w kamienicy i organizującym sobie w niej życie. Główny bohater przyszedł na imprezę do swojej byłej dziewczyny, w pewnym momencie zasnął, a po przebudzeniu odkrył, że świat opanowały zombie, on sam zaś może być ostatnim człowiekiem na Ziemi.

Nie pierwszy raz spotykamy się z podobnym konceptem, ale rzadko kiedy jest on tak martwy i pretensjonalny jak u Rochera. Raz, że materiału jest tu na 30 minut, te zaś zostają rozciągnięte do półtorej godziny, czyniąc z seansu wyjątkowo bolesne doświadczenie. Samotność, depresja i desperacja wydają się idealnym budulcem dla spektaklu jednego aktora, zwłaszcza w zombielandzie, lecz trudno dostrzec cokolwiek poza znużeniem u grającego główną rolę Andersa Danielsena Lie. Nie jego wina – cały film ma temperaturę żywego trupa, tempo i drętwotę tegoż (oczywiście Romerowskiego, nie zaś Snyderowskiego).

Advertisement

Idealny dla cierpiących na bezsenność, choć ma dwie niezaprzeczalne zalety: znakomitą charakteryzację oraz goszczącą przez chwil kilka na ekranie Golshifteh Farahani (Co wiesz o Elly, Paterson).

Dwa kolejne tytuły pochodzą z Kanady i współtworzył je ten sam człowiek, Colin Minihan – połowa duetu The Vicious Brothers, znanych przede wszystkim dzięki Grave Encounters, gdzie nawiedzony szpital psychiatryczny straszył w found footage’owej konwencji. Tym razem Minihan uraczył nas całkiem odmiennym rodzajem grozy. W Zabij i żyj małżeństwo Jackie i Jules obchodzi pierwszą rocznicę ślubu w domu letniskowym tej pierwszej. Jednak zaraz po przyjeździe Jules odkrywa, że jej partnerka nosiła kiedyś inne imię, co więcej, będąc dzieckiem, była zamieszana w śmierć przyjaciółki, doskonale posługuje się bronią palną, a romantyczny wieczór umila żonie, śpiewając niepokojącą piosenkę. Wkrótce obie kobiety zostają swoimi najgorszymi wrogami.

Advertisement

Kilka lat temu inny dreszczowiec, brytyjski Honeymoon, przedstawił podobną sytuację, w której uczucie młodego małżeństwa zostaje wystawione na próbę, gdy żona zaczyna zdradzać objawy opętania. Tam twórcy poszli w stronę science fiction, podczas gdy Minihan stawia na survivalowy thriller, pełen napięcia i zwrotów akcji. Jules stopniowo odkrywa stopień szaleństwa Jackie. Najpierw próbuje znaleźć usprawiedliwienie dla jej czynów, później chce nawiązać z nią dialog, a gdy i to okazuje się niemożliwe, podejmuje walkę. Do pewnego momentu jest bardzo dobrze, lecz gdzieś w połowie doznałem wrażenia zmęczenia materiału, tak jakby to, co najciekawsze, twórcy powiedzieli w ciągu pierwszych 40 minut.

Co więcej, logika zostaje zepchnięta na drugi plan, a zawieszenie niewiary staje się konieczne, aby móc dobrze się bawić na Zabij i żyj. A z tym, im bliżej finału, miałem coraz większy problem.

Advertisement

Poroniony natomiast, którego Minihan był współscenarzystą, może pochwalić się kilkoma bardzo efektownymi jump scare’ami, ale i ten film ma problem z drugą połową. Historia obraca się wokół kobiety, która podczas porodu straciła jedno z bliźniąt. Po powrocie do nowego domu stara się wspólnie z mężem, którego coraz mocniej pochłania praca, otoczyć opieką i miłością swoje małe dziecko, lecz szybko zaczyna doświadczać obecności pewnej złowrogiej istoty. Ta najwyraźniej chce ukraść niemowlę. Być może jednak rację ma psychiatra kobiety, dostrzegający w jej zachowaniu objawy depresji poporodowej.

Advertisement

Do pewnego momentu film Brandona Christensena znakomicie unika jednoznacznych odpowiedzi, kreśląc obraz bohaterki zaciekle walczącej o życie swojego dziecka, lecz równocześnie sugerując, że największym niebezpieczeństwem dla niego może być ona sama. Porównania do Dziecka Rosemary i Babadooka są jak najbardziej zasadne, choć poziomem Poroniony nie dorasta do tych tytułów. Za szybko znajduje przeciwnika w demonie, zbyt łatwo sugeruje rozwiązanie, które odbiera naszą sympatię do głównej postaci. Kończy się zaś w sposób kiczowaty i pozostawiający uczucie ogromnego niedosytu.

Pełny program przeglądu wraz z listą kin, w których można obejrzeć filmy, na www.festmakabra.pl.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *