Recenzje
WYSPA BERGMANA. Cierpienia młodej reżyserki (i jej widzów)
Jakiekolwiek byłyby pobudki reżyserki Wyspy Bergmana, trudno uznać ten film za sukces – głównie ze względu na słabe, niemające pomysłu na siebie bohaterki.
Przyznam, że trochę przewrotnie wybrałem tytuł tej recenzji. Z jednej strony chciałem zarysować podobieństwo Wyspy Bergmana do cierpień werterowskich, z drugiej trochę złośliwie nazywam Mię Hansen-Løve młodą reżyserką, obecną przecież w kinie francuskim od nastu już lat, która na dodatek w tym roku osiągnęła 40 lat, symboliczną – wydaje się – kulturową granicę między młodością a dojrzałością. Problem w tym, że ani Hansen-Løve, ani jej filmowe alter ego (czy może raczej: alter ega?) nie są w tym, co robią, dojrzałe.
Wiele reżyserek skupia narrację swoich filmów wokół bohaterek, nie bohaterów – i słusznie, kobieca perspektywa to z pewnością coś, czego w kinie wciąż brakuje, a opowiadając przez pryzmat własnych doświadczeń, twórczynie nadają swoim dziełom wiarygodności.
Tymczasem Bohaterowie udają się na wyspę, by oddać się pracy scenopisarskiej, a także poczuć głębszy kontakt z mistrzem, którego oboje ubóstwiają. Z rozmów pomiędzy Tonym i Chris dowiadujemy się, że mają kilkuletnią córkę, a początkowe sceny na wyspie dość wyraźnie dają do zrozumienia, że każde z nich jest na innym etapie kariery.
Z początku może się wydawać, że Wyspa Bergmana to po prostu dowód kinofilskiej miłości – rodzaj ładnie sfotografowanej, dobrze obsadzonej filmowej laurki od Hansen-Løve dla Bergmana. I gdyby tak było, film ten broniłby się w całej rozciągłości – wyspa Fårö jawi się tu jako prawdziwy raj dla wyznawców szwedzkiego mistrza, z atrakcjami w postaci sali projekcyjnej z filmami na taśmie 35 mm, wizyty w domu i pracowni geniusza, a nawet… wycieczki pod szyldem Bergman Safari.
Nawet ci widzowie, którzy dotąd nie obejrzeli choćby jednego filmu Ingmara Bergmana, poczują się zafascynowani jego twórczością i zapragną odwiedzić Fårö, ale tym, co później każe im oglądać reżyserka
Trudno odgadnąć, jaki cel przyświecał Mii Hansen-Løve podczas tworzenia tego filmu. Być może chciała opowiedzieć swoją historię – wszak sama była w związku ze znacznie starszym od siebie i bardziej uznanym reżyserem Olivierem Assayas, z którym zresztą ma nastoletnią już dziś córkę. A może chciała opowiedzieć o kryzysie twórczym i o tym, że przytłoczonym przez męską dominację kobietom trudniej jest przedrzeć się ze swoimi pomysłami? Jakiekolwiek byłyby pobudki reżyserki Wyspy Bergmana, trudno uznać ten film za sukces – głównie ze względu na słabe, niemające pomysłu na siebie bohaterki.
To, co przede wszystkim razi podczas seansu filmu Hansen-Løve, to słabość głównych bohaterek – słabość wynikająca z ich niezdecydowania, braku poczucia własnej wartości i godności. Tak, jak Chris żyje w cieniu swojego partnera i desperacko szuka jego aprobaty, tak wykreowana przez nią w scenariuszu bohaterka zależna jest od swojego ukochanego. Obie szukają poklasku w oczach mężczyzn, z którymi związane jest ich życie, i żadna z nich nie próbuje wydostać się z tego potrzasku. Wydaje się, że ten układ im odpowiada i nie interesuje ich całkowite spełnienie – wystarczy im namiastka sukcesu, chwilowe momenty zadowolenia, które nigdy nie pozwolą im samostanowić o sobie.
Czy taką prawdę chciała nam przekazać Mia Hansen-Løve? Jeśli tak, jej misję należy uznać za sukces, ale wydaje się, że nie o bezbronności kobiet w świecie filmu tu chodziło. Reżyserka Wyspy Bergmana po raz kolejny opowiada o bogatych, zabiegających o uznanie świata jednostkach, których największym zmartwieniem jest udowodnienie swojej wyjątkowości. A co jeśli ani twórczyni Wyspy Bergmana, ani jej bohaterki nie mają w sobie absolutnie nic wyjątkowego?
