search
REKLAMA
Recenzje

WYSPA BERGMANA. Cierpienia młodej reżyserki (i jej widzów)

Jakiekolwiek byłyby pobudki reżyserki Wyspy Bergmana, trudno uznać ten film za sukces – głównie ze względu na słabe, niemające pomysłu na siebie bohaterki.

Dawid Myśliwiec

26 sierpnia 2021

Wyspa Bergmana
REKLAMA

Przyznam, że trochę przewrotnie wybrałem tytuł tej recenzji. Z jednej strony chciałem zarysować podobieństwo Wyspy Bergmana do cierpień werterowskich, z drugiej trochę złośliwie nazywam Mię Hansen-Løve młodą reżyserką, obecną przecież w kinie francuskim od nastu już lat, która na dodatek w tym roku osiągnęła 40 lat, symboliczną – wydaje się – kulturową granicę między młodością a dojrzałością. Problem w tym, że ani Hansen-Løve, ani jej filmowe alter ego (czy może raczej: alter ega?) nie są w tym, co robią, dojrzałe.

Wiele reżyserek skupia narrację swoich filmów wokół bohaterek, nie bohaterów – i słusznie, kobieca perspektywa to z pewnością coś, czego w kinie wciąż brakuje, a opowiadając przez pryzmat własnych doświadczeń, twórczynie nadają swoim dziełom wiarygodności. Tymczasem Wyspa Bergmana swoimi bohaterkami czyni kobiety jakby niedokończone, niepełne, nieznające swojej wartości. Mia Hansen-Løve w Wyspie Bergmana opowiada o parze filmowców – starszym Tonym (Tim Roth) i młodszej Chris (Vicky Krieps), których poznajemy w podróży na szwedzką wyspę Fårö, gdzie od lat 60. ubiegłego stulecia żył i często tworzył legendarny Ingmar Bergman. Bohaterowie udają się na wyspę, by oddać się pracy scenopisarskiej, a także poczuć głębszy kontakt z mistrzem, którego oboje ubóstwiają. Z rozmów pomiędzy Tonym i Chris dowiadujemy się, że mają kilkuletnią córkę, a początkowe sceny na wyspie dość wyraźnie dają do zrozumienia, że każde z nich jest na innym etapie kariery.

Wyspa Bergmana

Z początku może się wydawać, że Wyspa Bergmana to po prostu dowód kinofilskiej miłości – rodzaj ładnie sfotografowanej, dobrze obsadzonej filmowej laurki od Hansen-Løve dla Bergmana. I gdyby tak było, film ten broniłby się w całej rozciągłości – wyspa Fårö jawi się tu jako prawdziwy raj dla wyznawców szwedzkiego mistrza, z atrakcjami w postaci sali projekcyjnej z filmami na taśmie 35 mm, wizyty w domu i pracowni geniusza, a nawet… wycieczki pod szyldem Bergman Safari. Nawet ci widzowie, którzy dotąd nie obejrzeli choćby jednego filmu Ingmara Bergmana, poczują się zafascynowani jego twórczością i zapragną odwiedzić Fårö, ale tym, co później każe im oglądać reżyserka Wyspy Bergmana, mogą poczuć się zawiedzeni. Gdy cierpiącej na kryzys twórczy Chris wreszcie udaje się napisać zarys scenariusza, postanawia opowiedzieć o nim swemu bardziej doświadczonemu partnerowi, a w tym momencie widz zostaje przeniesiony do stworzonej przez Chris narracji. W tej historii bohaterami są Amy (Mia Wasikowska) i Joseph (Anders Danielsen Lie), rozkochani w sobie od nastoletniości, lecz wciąż nieumiejący być razem. Od tego momentu czas ekranowy poświęcony zostaje przede wszystkim tym dwojgu, a nam pozostaje obserwować ten fatalny romans.

Wyspa Bergmana

Trudno odgadnąć, jaki cel przyświecał Mii Hansen-Løve podczas tworzenia tego filmu. Być może chciała opowiedzieć swoją historię – wszak sama była w związku ze znacznie starszym od siebie i bardziej uznanym reżyserem Olivierem Assayas, z którym zresztą ma nastoletnią już dziś córkę. A może chciała opowiedzieć o kryzysie twórczym i o tym, że przytłoczonym przez męską dominację kobietom trudniej jest przedrzeć się ze swoimi pomysłami? Jakiekolwiek byłyby pobudki reżyserki Wyspy Bergmana, trudno uznać ten film za sukces – głównie ze względu na słabe, niemające pomysłu na siebie bohaterki. To, co przede wszystkim razi podczas seansu filmu Hansen-Løve, to słabość głównych bohaterek – słabość wynikająca z ich niezdecydowania, braku poczucia własnej wartości i godności. Tak, jak Chris żyje w cieniu swojego partnera i desperacko szuka jego aprobaty, tak wykreowana przez nią w scenariuszu bohaterka zależna jest od swojego ukochanego. Obie szukają poklasku w oczach mężczyzn, z którymi związane jest ich życie, i żadna z nich nie próbuje wydostać się z tego potrzasku. Wydaje się, że ten układ im odpowiada i nie interesuje ich całkowite spełnienie – wystarczy im namiastka sukcesu, chwilowe momenty zadowolenia, które nigdy nie pozwolą im samostanowić o sobie.

Czy taką prawdę chciała nam przekazać Mia Hansen-Løve? Jeśli tak, jej misję należy uznać za sukces, ale wydaje się, że nie o bezbronności kobiet w świecie filmu tu chodziło. Reżyserka Wyspy Bergmana po raz kolejny opowiada o bogatych, zabiegających o uznanie świata jednostkach, których największym zmartwieniem jest udowodnienie swojej wyjątkowości. A co jeśli ani twórczyni Wyspy Bergmana, ani jej bohaterki nie mają w sobie absolutnie nic wyjątkowego?

Avatar

Dawid Myśliwiec

Zawsze w trybie "oglądam", "zaraz będę oglądał" lub "właśnie obejrzałem". Gdy już położę córkę spać, zasiadam przed ekranem i znikam - czasem zatracam się w jakimś amerykańskim czarnym kryminale, a czasem po prostu pochłaniam najnowszy film Netfliksa. Od 12 lat z różną intensywnością prowadzę bloga MyśliwiecOgląda.pl.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA