Recenzje

FACECI W CZERNI II. Mechaniczny śmiech

Pierwsza część "Men in Black" była świetną rozrywką na sobotni wieczór i tak traktowana należy bez wątpienia do ekstraklasy kina rozrywkowego. Niestety nie możemy tego samego powiedzieć o "MIB II".

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Barry Sonnenfeld wraz z pierwszorzędnym duetem aktorskim Tommy Lee Jones – Will Smith uraczyli nas w 1997 roku produkcją spod znaku sf: Faceci w czerni. Film nie należał może do najambitniejszych jakie stworzono, ale charakteryzował się całkowitą bezpretensjonalnością, poczuciem humoru i wyrazistym rysunkiem głównych postaci. Aktorski duet świetnie wygrywał nie tylko kontrast w kolorze skóry, ale przede wszystkim różnicę w doświadczeniu i temperamencie odgrywanych bohaterów, którzy w niewyszukany sposób, ale autentycznie bawili.

Krótko mówiąc, pierwsza część Men in Black była świetną rozrywką na sobotni wieczór i tak traktowana należy bez wątpienia do ekstraklasy kina rozrywkowego. Niestety nie możemy tego samego powiedzieć o MIB II. Reżyser wraz ze scenarzystami, Robertem Gordonem i Barrym Fanaro, zaprzepaścił te cechy pierwowzoru, które zadecydowały o sukcesie filmu u odrobinę bardziej wymagającej publiczności, stawiając na techniczne gadżety, efekty specjalne i niewyszukaną intrygę. Co jednak wydaje się zupełnie niewybaczalne, to fakt, że zmarnowany został potencjał, który opierał się na charakterologicznych różnicach agentów J (Smith) i K (Lee Jones) i ich swoistej nonszalancji w podejściu do wykonywanego „zawodu”.

Akcja filmu rozpoczyna się pięć lat po tym, jak pamięć agenta K została na jego własną prośbę zneutralizowana przez jego partnera. W tym czasie partner ten, czyli agent J, nabrał doświadczenia i stał się jednym z najbardziej cenionych członków zespołu MIB. Niestety po odejściu K, J nie miał szczęścia do współpracowników; większość z nich był zmuszony zneutralizować. Szansa na zmianę sytuacji pojawia się, gdy w poszukiwaniu pewnego bezcennego artefaktu na Ziemię przybywa Serleena – bezkształtny potwór przyjmujący wygląd atrakcyjnej modelki prezentującej damską bieliznę (Lara Flynn Boyle). Okazuje się bowiem, że klucz do rozwiązania zagadki tkwi w wymazanej pamięci agenta K, teraz znanego jako Kevin i pełniącego obowiązki… szefa prowincjonalnego urzędu pocztowego.

Lista zarzutów pod adresem kontynuacji Facetów w czerni mogłaby być długa. Rozpoczynając od banalnej historii, poprzez kuriozalne i pozbawione logicznego uzasadnienia akcje bohaterów, na drenażu intelektualnym głównych postaci kończąc. Ktoś mógłby zauważyć, że MIB II to nie dzieło Altmana czy Mameta i intryga nie jest w nim najistotniejsza. Pewnie miałby rację więc postaram się nie skupiać na fabularnej warstwie filmu. Jak wspomniałem wcześniej, największą wadą całości jest grzech zaniechania, a konkretnie prawie całkowita rezygnacja z przedstawienia będących źródłem największej liczby komicznych sytuacji różnic między agentami. Oczywiście nikt nie miałby do twórców o to pretensji, o ile otrzymalibyśmy coś w zamian. Niesprawiedliwie byłoby powiedzieć, że takiej próby nie podjęto, bo i owszem. W moim jako widza mniemaniu taką przeciwwagą miał być wątek przywrócenia agenta K – Kevina do pracy w oddziale MIB. Niestety ładunek komiczny tych zmagań w porównaniu z oryginałem pozostawia wiele do życzenia, a głównym zarzutem, jaki można mu postawić, jest to, że po prostu nie bawi.

Wydaje się, że to właśnie na duecie J - Frank powinien oprzeć się cały komediowy ciężar obrazu. Szkoda, że nie zrealizowano tego w ten sposób.

Bo czy za zabawne można uznać sceny, w których K i J zostają np. wypłukani z siedziby oddziałów MIB niczym z wielkiej toalety (obraz zresztą bardzo wyraźnie sugeruje takie porównanie) lub umieszczenie Kevina w maszynie przypominającej antyczne krzesło elektryczne, którego zadaniem jest przywrócenie zneutralizowanej pamięci? Słabością nowego filmu o panach w czerni stała się rezygnacja z humoru słownego na rzecz mnożenia czysto mechanicznych fajerwerków wzbudzających… mechaniczny śmiech. Gwoli sprawiedliwości trzeba oddać jednak, że twórcy dodali, a właściwie znacząco rozbudowali jeden wątek, który z perspektywy oceniam jako najzabawniejszy. Chodzi tu mianowicie o gadającego psa Franka, który w pierwszym akcie zastępuje, a właściwie staje się partnerem agenta granego przez Willa Smitha.

W tej „roli” daje się odnaleźć to właśnie, czego zabrakło głównym bohaterom – komizm, a scena, w której Frank podśpiewuje wyglądając przez okno podczas jazdy samochodem, chyba najdłużej pozostaje w pamięci. Wydaje się, że to właśnie na duecie J – Frank powinien oprzeć się cały komediowy ciężar obrazu. Szkoda, że nie zrealizowano tego w ten sposób. Kolejnym zarzutem, jaki bez wahania mogę postawić MIB II, jest niestety brak napięcia, który powoduje, że widza przestaje interesować, co za chwilę zdarzy się na ekranie, i który stwarza również wrażenie, że film jest zbyt długi – mimo że trwa jedynie 82 minuty. Mimo tego, że seans jest jednym z najkrótszych, o ile nie najkrótszym w jakim brałem udział w ostatnich latach, wyszedłem z niego lekko znużony. Tu przyszedł czas na wspomnienie o wszechobecnych w filmie efektach specjalnych. Oczywiście pod względem technicznym są bez zarzutu i stoją na bardzo wysokim poziomie, ich wadą jest jednak liczba. Mechaniczne mnożenie „specjalnych” atrakcji oraz liczba i wygląd filmowych monstrów (kilku nawet całkiem obrzydliwych) powoduje wrażenie najzwyczajniejszego w świecie przesytu.

Trzeba jednakże oddać sprawiedliwość reżyserowi, że nie wszystko w filmie było złe. Oprócz wspomnianego już Franka należałoby do tej stosunkowo krótkiej listy dorzucić trzy elementy: epizodyczną rolę Jeebsa – zabawnego „rekina” czarnego rynku w świetnym wykonaniu Tony’ego Shalhouba, muzykę Danny’ego Elfmana i nawiązania, a właściwie swego rodzaju cytaty z klasycznych już pozycji sf. Muzyka jest bardzo typowa dla stylu Elfmana z mocnym, łatwo rozpoznawalnym rytmem i atrakcyjnymi, wpadającymi w ucho sekwencjami muzycznymi przywodzącymi na myśl jedno z jego wcześniejszych dokonań – Sok z żuka. Każdy kinoman jednak znajdzie największa satysfakcję w odnajdywaniu nawiązań do innych filmów. Mamy tu pastisz wczesnych – kosmicznych „dzieł” króla kiczu – Eda Wooda, czerwia z Arrakis, parodię sekwencji pojedynku Neo – Smith z Matrixa Wachowskich, a nawet słynną scenę „głową w dół” z Leona Luca Bessona. Mimo wszystko jednak te kilka pozytywnych akcentów nie jest w stanie wynagrodzić ogólnego znużenia tym obliczonym przecież na czystą rozrywkę filmem.

Mimo całego szeregu zarzutów, które przychodzą do głowy po seansie, Men in Black II nie są filmem złym. Niemniej jednak w porównaniu z pierwowzorem i innymi pozycjami tego gatunku wypadają po prostu nie lepiej niż przeciętnie.

Ostatnio dodane