Recenzje
CZY ZABIŁBYŚ DZIECKO? Fikcyjna niewinność
CZY ZABIŁBYŚ DZIECKO? FIKCYJNA NIEWINNOŚĆ to film, który zmusza do refleksji nad wartością życia w czasach wojny i cierpienia.
Granica, której nie można przekroczyć, a którą przekraczano już wielokrotnie. Czy zabiłbyś dziecko? Holocaust: zdjęcia, które szokowały w Nocy i mgle tym razem są wstępem do filmu fabularnego i to horroru. Taśmy archiwalne, a na nich zarejestrowane eksperymenty na tych najmłodszych. Po chwili wojna i dzieci umierają z głodu. Wychudzone ciała, walczące o każdy kolejny oddech. Następna wojna. Wielka i mała polityka, a gdzieś w tle stosy zamordowanych. Ciągłe decydowanie o śmierci drugiej osoby, ciągłe dowody na to, że życie nie jest najważniejszą wartością. .. o ile jest to życie słabszych…
Indie kontra Pakistan, wojna koreańska i zastępy kalek po jej zakończeniu, wojna na Półwyspie Indyjskim, wojna domowa w Nigerii… Padają wyjaśnienia, liczby, samoloty amerykańskie trafią to w cel wojskowy, to w ludność cywilną. Według statystyk ONZ, w tej części świata co pięć sekund umiera jedno dziecko. Niewiele zmieniło się do chwili obecnej. Raport ONZ, z zeszłego roku stwierdza, że codziennie z głodu ginie 100 tys. ludzi, podczas gdy pieniądze wydawane przez państwa członkowskie na zbrojenia zapewniłyby życie kilkunastu miliardom osób. Powtarza się to, co zostało powiedziane w filmie: co pięć sekund umiera dziecko, poniżej 10 roku życia. Autor raportu uważał, że zezwolenie na taką sytuację można określić mianem morderstwa.
Dzieci pozostawione same sobie. Nikt nie upominał się o ich prawa i niewiele się zmieniło do chwili obecnej, gdzie dużo modniejsze jest agresywne atakowanie aborcji, aniżeli refleksja nad tym, co się dzieje obok, z dziećmi żyjącymi. Wstęp do filmu jest zatem tak przerażający, albowiem korzysta z przeszłości, po to, aby wprowadzić w świat fikcji, a przy tym odwołuje się do zjawiska, które wciąż jest aktualne. Nie o dzieciach- ofiarach jest jednak ów obraz. Bardzo szybko okaże się, że boleśnie prawdziwe wprowadzenie będzie stanowiło dominantę późniejszej interpretacji.
Oto bowiem widz i bohaterowie staną oko w oko z młodymi mordercami, stylizowanymi na hitchcockowskie ptaki. W rozmowie z Truffaut, Hitchcock rzekł o swym filmie, że nie zrobiłby go, gdyby chodziło o ptaki drapieżne, pokusił się o ekranizację, albowiem to były ptaki najbardziej popularne i pospolite. Dlatego film robi takie wrażenie. To samo można rzec tym razem. Te dzieci to nie pół kosmici, potomkowie szatana, latorośl morderców, a ci najmłodsi, bardzo przeciętni, ci, którzy nie powinni stanowić zagrożenia.
Nie mają osobistych powodów, aby zabijać. To, co nimi kieruje nie podlega logice. U Hitchcocka istniał naturalny konflikt: człowiek – zwierze, człowiek- przyroda. Tu człowiek zabija człowieka, co jest umotywowane jedynie historyczną bezsensownością, natomiast novum stanowi fakt, że słabszy występuje przeciwko silniejszemu. Szala zwycięstwa przechyla się jednak od samego początku na korzyść malców. Bowiem… czy zabiłbyś dziecko?
Już od pierwszej chwili mamy mocno zaakcentowaną rolę dziecka w obrazie. Przechodzi ona metamorfozę delikatnie i konsekwentnie. Przez kilka minut widz jest epatowany dzieckiem- ofiarą, które już niebawem zamieni się w dziecko- kata. Pośrednim stadium między tymi dwoma formami jest dziecko- odkrywca, mające kontakt ze śmiercią, ale nie będące ani jej żniwem, ani przyczyną. To ono z zatłoczonej plaży wbiega do wody i to ono, jako pierwsze, ujrzy ciało młodej kobiety, unoszące się na wodzie. Niby tylko tyle, ale niepokój w widzu narasta. Jak się okaże, dziewczyna została brutalnie zamordowana.
Gdzie? Przez kogo? Tego jeszcze nikt z mieszkańców nie wie, ale ową tajemnice odkryje szybko małżeństwo, które szuka wakacyjnego wytchnienia. Ma już za sobą staż wspólnego życia, ma dzieci, a kobieta jest w ciąży. Tylko czy kolejna pociecha jest potrzebna? Mąż sugeruje aborcję. To tylko propozycja, szybko odrzucona i nie zakłóca wypoczynku. Para uciekając przed zgiełkiem udaje się na wyspę, mającą być oazą spokoju. Gdy przybijają do brzegu, witana jest przez dzieci. Dorosłych nie ma. Gdy wejdą głębiej w wyspę, zda się opuszczoną. Niestety… to tylko wrażenie.
Pewnej nocy na wyspie rozległ się śmiech dzieci. Wyszły na ulice i rozpoczęły zabawę. Jeden dom, drugi, trzeci… z każdego wylewały się krzyki dorosłych. A dzieci wciąż się bawiły. Nikt ich nie powstrzymał. To przecież dzieci. Czy zabiłbyś dziecko? Nie otrzymujemy najmniejszego wyjaśnienia dla ich postępowania. Jednak czy ono jest niezbędne, skoro w pamięci wciąż tkwią obrazy, wprowadzające do filmu? Fikcja zostaje zderzona z pytaniem „dlaczego”, płynącym z rzeczywistości. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że dorośli mordowali i mordują dzieci? Preludium tak mocno ciąży na dalszym odbiorze, iż kiedy bohater występuje przeciw małym potworom, traci sympatie widzów. To on był ofiarą, zabił kilkoro z tych, którzy bawili się w pinate zwłokami staruszka, szarpiąc zwłoki sierpami. Mordowały bez zastanowienia, to była tylko zabawa. A jednak to są dzieci.
Siedemnaście lat przed Who can kill a child powstaje Village of the Damned, o którego remake (niestety) pokusi się później John Carpenter. Trudno określić dzieci z tych filmów jako sympatyczne, jednak są znacznie bardziej miłe, aniżeli banda z filmu urugwajskiego reżysera. Chęć zabicia dzieci w „Wiosce potępionych” jest jednym z elementów akcji, ma zadecydować o życiu bohaterów. Umowna linia moralna zostaje jedynie lekko tylko naruszona, istnieje bowiem usprawiedliwienie w postaci faktu, że owe dzieci nie były tak do końca dziećmi ludzkimi. Serrador nie ustawia takiej tarczy ochronnej.
Najpierw ukazuje mord na dzieciach, dziejący się w XX wieku, aby potem przedstawić jak najbardziej ludzkie i jak najbardziej zwyczajne dzieci, które pewnej nocy rozpoczynają krwawy spektakl. Nie działają tu siły pozaziemskie. Można tylko sobie dopowiedzieć, że ta okrutna zabawa jest swego rodzaju zemstą i ów motyw jest dobrze znany kinematografii.
Za przykład wystarczy podać Ptaki Hitchcocka (przywołanych już wcześniej), gdzie mściła się natura i Noc żywych trupów Romero, gdzie to także człowiek zapewne odpowiadał za obudzenie wygłodniałych umarłych. Jednostki nie mszczą się za swe, osobiste krzywdy, a dokonują odwetu za wielopokoleniowe zbrodnie. Nie inaczej jest tutaj. Dzieci, które mordują dorosłych, nie były przez nich osobiście maltretowane, a jednak występują przeciw tym, którzy w innych czasach nie potrafili ich obronić, albo też zupełnie nie przejmowali się ich losem.
Są biblijną plagą, karzącą za grzechy rodzaju ludzkiego, a nie za grzechy konkretnych ludzi. Te trzy filmy bardzo mocno spaja ze sobą sam klimat, poczucie zagrożenia. Serrador zdaje się czerpać od Hitchcocka jak najbardziej wprost. Idzie jednak krok dalej- zagrożenie bowiem nie tylko nie mija, ale też nie zostaje w jednym miejscu. Spustoszenie wyspy to dopiero początek zabawy, bo przecież… „na świecie jest dużo dzieci. Bardzo dużo”.
Film jest niezwykle spójny i, co ciekawe, nie popada w zbytnie okrucieństwo. Robi wrażenie poprzez pojedyncze sceny, natomiast nie uświadczy się tu flaków przyklejonych do ścian, czy wariacji na temat Nocy Św. Bartłomieja. Wręcz przeciwnie. Obraz opiera się na oszczędności formy, ale właśnie przez ten fakt film wcale nie jest miłą, kampową rozrywką. Przez ten sam fakt poszczególne sytuacje zapadają w pamięć, a jest ich naprawdę jedynie garstka, jak pinata ze zwłok starca, małe dziecko z bronią w ręku, które ginie od kuli – biała ściana zalewająca się czerwienią, kobieta będąca w ciąży i uderzająca w swój brzuch, do momentu gdy po nogach nie spłyną strugi krwi. .. czy płacz dzieci, który szybko zostaje przerwany złowieszczym uśmiechem i rozpoczyna się rzeź…
To horror w dobrym, starym stylu, stawiającym na klimat. Wciąż odczuwamy niepokój, budzi go pojawienie się dzieci, jak również otaczające bohaterów puste ulice, zalane słońcem, skontrastowane z ciemnymi pomieszczeniami. Gdzieś porusza się żaluzja w oknie, ale nikogo nie ma w pokoju…ciała zmordowanych w hotelu… z jednej strony nie ma zagrożeń bezpośrednich w danym momencie, z drugiej pozostaje świadomość, że tam gdzieś bawią się dzieci. Jest także moment, gdy mała dziewczynka podchodzi do Evelyn i przytula się do jej brzucha. Głaszcze, uśmiecha się . Kobieta odbiera to jako coś miłego.
Dziecko jest czułe i ma się wrażenie, że żadne niebezpieczeństwo w tym momencie nie może zagrażać. Jest jednak coś demonicznego w tej delikatności, coś, co przenosi się na jeszcze nienarodzone, kolejne dziecko…
Chociaż mordercze dzieci to jeden z dobrze znanych motywów w kinie, obraz ów odcina się zdecydowanie od produktów w stylu klimatycznej Wioski… Rilla, czy przereklamowanego Omenu, albowiem nakłada zarówno na bohaterów, jak i widza moralną odpowiedź na pytanie, postawione w tytule. U Polańskiego Rosemary szła z nożem w stronę kołyski. Jednak kiedy do niej podeszła wiedziała już, czego nie zrobi. Sarrador nakazuje jednemu z bohaterów wziąć córkę za rękę i dać się zaprowadzić tam, gdzie będzie czekała reszta dzieci. To moja córka – powie. I to wyjaśnienie jest wyjaśnieniem pełnym i ostatecznym.
Widz po chwili słyszy krzyk mordowanego. Dzieci otrzymują pewne zezwolenie moralne na to, co robią. Najbardziej bezbronni stają się katami. Dorośli im się poddają, bowiem respektują moralną granice, która nigdy nie była większą przeszkodą dla polityki. To oni jednak płacą za zbrodnie innych dorosłych. Scena kiedy ojciec idzie ze swym dzieckiem, jest poruszająca. Widz wie, co nastąpi, wie jednak także i on. Nie wierzy we łzy córki, mimo to nie widzi innej możliwości, aniżeli się poddać. Jest to bowiem jedyne rozwiązanie, pozwalające na zachowanie człowieczeństwa. Już wcześniej miał okazję zabić dzieci, mordujące jego żonę. Nie zdobył się na ów gest. Bowiem… czy zabiłbyś dziecko?
Tekst z archiwum film.org.pl
