Recenzje
CZARNA OWCA. Krwawo, głupio i nieśmiesznie
Czarna Owca to nowozelandzki film, który w groteskowy sposób miesza horror z komedią, ale niestety nie ma w sobie niczego nowego ani ciekawego.
Polscy dystrybutorzy nie przestają zadziwiać. W sytuacji, gdy na ekrany naszych kin nie trafia wiele ze znakomitych filmów made in USA i z poza USA, musimy znosić kolejne Scary… (SPI i Forum Film), Superhero… (SPI) czy Epic Movie (CinePix). W czerwcu 2008 roku na naszych srebrnych ekranach można było nawet obejrzeć jedną z najgorszych parodii wszech czasów: trwający nędzne 70 minut Poznaj moich Spartan (ocena na IMDb 2,4/10) – tak bardzo CinePix chciał uszczęśliwić nas, kinomanów. Myślałem, że nie może być gorzej, ale nasi dystrybutorzy nie ustają w poszukiwaniu najgorszych filmów świata i tak oto, dzięki wytrwałej i ciężkiej pracy łowców kiczu z SPI, możemy podziwiać w rodzimych multipleksach niejaką Czarną owcę.
Wywołany właśnie do tablicy horrorek, ponoć pastisz gatunku i czarna komedia w jednym, to nowozelandzka produkcja z 2006 roku, tym bardziej dziwi fakt wygrzebania i ściągnięcia tego filmidła do Polski. Ani to nowość, ani cokolwiek wartego głębszej uwagi.
Czarna owca reklamowany(na?) jest hasłem: „Jedna wkurzona owca to kłopot. Czterdzieści milionów wkurzonych owiec to prawdziwy horror”. Na moje oko, rzeczone owieczki są nie tyle wkurzone, co poważnie wkurrr… (przepraszam, nie pasuje mi tu żadne inne słowo, aby w pełni oddać stopień poirytowania zwierzaków), wszak zmutowane na skutek eksperymentów rzucają się do gardeł i z zapałem wcinają ludzkie mięso. A z moich poczynionych na szybko obliczeń wynika, że nie ma ich wcale „czterdziestu milionów”, o czym w oryginalnym i równie co polski przesadzonym taglinie: „There are 40 million sheep in New Zealand.
.. and they’re pissed off!” informuje producent filmu. Widać to jak na dłoni w scenie z użyciem efektu „massive” firmy Weta, gdzie śnieżnobiałych stworzonek jest najwyżej kilka tysięcy. I dobrze, że tylko tyle, bo od liczenia większej liczby usnąłbym chyba na zawsze. Owszem, Nowa Zelandia, gdzie powstawał film, słynie z tego, że żyje tam więcej owiec niż ludzi. Kobiet jest jeszcze mniej niż ludzi, a są ponoć tak brzydkie, że w 1997 roku miss piękności tego kraju została owca imieniem Jenny. Mają więc Nowozelandczycy hopla na punkcie owiec i ich ilości, ponoć każdy Nowozelandczyk ma nawet owcę w rodzinie! Producent Black sheep, a za nim polski dystrybutor, zdrowo jednak przegięli, pisząc o 40 milionach, bo zasugerowali tym samym globalny charakter filmu, gdy tymczasem jest on skromny i lokalny.
To tak jakby Zack Snyder pokazał na ekranie armię trzystu a film reklamował hasłem trzystu milionów. Co istotne (albo i nie), w tym dziełku, w którym nie uświadczymy 40 milionów owiec, nie znajdziemy też żadnej czarnej, tak więc nie spodziewajcie się jej nagłego sprintu przez ekran. Czarna owca to przenośnia i tyczy się jednego z głównych bohaterów – właściciela farmy, który opętany wizją nowoczesnej hodowli, tworzy swoje „Franken-sheeps”. Czarną owcą jest też drugi z bohaterów, brat właściciela farmy, dotknięty z kolei paranoicznym strachem przed wszystkim, co porusza się stadami, daje wełnę i głośno beczy.
Powraca on właśnie, niczym syn marnotrawny, na rodzinną farmę, mając w pamięci traumę z dzieciństwa, gdy to starszy brat przestraszył go na śmierć, przywdziewając skórę martwej – jakżeby inaczej – owcy.
Punktem zapalnym akcji jest próba wykradzenia przez pewnego hippisa materiałów genetycznych, obciążających eksperymentalną farmę. Oczywiście zamknięty w pojemniku materiał genetyczny nie pozostaje w nim zamknięty zbyt długo i zaczyna się znane z wszelakich zombie movies „podaj dalej”, czyli zabawa w gryzienie, zarażanie i zabijanie. A wszystko to wśród wypruwanych wnętrzności i zrywanych z twarzy skór, pomiędzy szatkowaniem mutanta przez śmigło samolotu, a pożeraniem na żywca wrzeszczących z bólu ludzi. Przy akompaniamencie beczących owieczek, atakujących cel z zapierającą dech w piersiach prędkością morderczego królika ze Świętego Graala Monthy Pythona, choć tam akurat to szczerze bawiło – tu nie. Efekty gore i potwory, choć w większości dość realistyczne, bo wykonane m.in. przez kilkukrotnie nagrodzoną Oskarem Wetę, są paradoksalnie o niebo mniej efektowne, niż w 14 lat starszej Martwicy mózgu Petera Jacksona. Reżyser Czarnej owcy, Nowozelandczyk Jonathan King, wyraźnie zresztą próbuje – „próbuje” jest słowem-kluczem przy ocenianiu Czarnej owcy – iść w ślady swojego rodaka Petera J.
, usiłując budować opowieść z podobnych klocków, z jakich twórca Władcy pierścieni poskładał kultową Martwicę mózgu. Próbując, zapomniał niestety o kilku kluczowych klockach. Przede wszystkim brakuje jakiegokolwiek wyjaśnienia, na czym w ogóle polegały i do czego miały prowadzić – bo do czego doprowadziły, to wiemy – szalone eksperymenty prowadzane na owczej farmie. Nie wykorzystał też w ogóle motywu wełny, z której przecież owce słyną. A można było pokazać przemianę pokąsanego człowieka na przykład poprzez stopniowo wyrastający mu tu i ówdzie sweter. Można było pokazać, jak zamiast mówić, zaczyna beeeczeć i tak dalej – było tu wiele okazji do stworzenia humoru sytuacyjnego.
Na plus zaliczam scenę, w której odwrócono stereotyp związku człowiek-owca i to baran dobiera się do ludzkiego zadka. Po jednym szybkim plusie powracamy do minusów. A ten należy się za potraktowaną po łebkach „przemianę”, która ogranicza się do ni to śmiesznej, ni to strasznej, ni obrzydliwej zamiany dłoni w racice i po kilku chwilach w gotowego do boju mutanta.
Najbardziej jednak boli całkowicie niewykorzystana moc i potęga gore, tkwiąca w sekwencji ataku owiec na odzianych w garnitury farmerów zgromadzonych na prelekcji pod chmurką. To, co zapowiadało się na skąpaną we krwi, kopiącą po cojones kulminację na skalę jacksonowskiej finałowej rzeźni z Martwicy…, okazało się zaledwie kolejną, nic nie znaczącą paradą następujących po sobie, beznamiętnych, odtwórczych ujęć zagryzanych ludzi i ciągnących się po ziemi flaków. I nokaut: w Martwicy mózgu polowanie na zombie przeżył, włażąc na dach, stanowiący integralną część fabuły niemowlak-zombie, a tu w ostatniej scenie filmu, nie mający wiele wspólnego z fabułą pies pasterski stoi na wzgórzu i nieoczekiwanie szczeka. .. słowami „Bee! Beee!”, próbując chyba – nie daj Boże! – zapowiedzieć sequel. Nie wiadomo, śmiać się, płakać, czy głośno zabeczeć…
Zlana posoką zabawa w niecodziennego berka nie byłaby oczywiście sobą, gdyby nie obowiązkowy konflikt głównego bohatera z bohaterem-psycholem oraz romans kwitnący na drugim planie całego krwawego show. Niestety, mimo wyraźnej obecności niemal wszystkich elementów, które stanowiły o kultowości Martwicy mózgu, Czarna owca już nie próbuje, a po prostu jest zaledwie jej bladym cieniem. Zestawienie słodkich stworzeń – trudno chyba o znalezienie zwierzęcia bardziej oddalonego od wizerunku bezlitosnego „drapieżnika” niż owca – z motywem zombie mogło być strzałem w dziesiątkę, bo dawało fundament pod pomysłową komedię w sosie gore.
Tak się nie stało, bo miłe, puchate stworzenia, nawet z umazanymi sztuczną posoką pyszczkami, wciąż wyglądają na słodkie i przyjazne. Jedynie na zbliżeniach, na których żywe zwierzaki zastąpione pluszakami Wety przegryzają drewno, kości i tętnice, widać jakieś przebłyski „wkurzenia” z ich strony. Niestety, są to jednocześnie najsłabsze pod względem realizmu fragmenty filmu. Największą jednak wadą całego widowiska jest to, że tam, gdzie w Martwicy mózgu było tak krwawo, że aż śmiesznie, albo tak głupio, że aż zabawnie, w Czarnej owcy jest albo tak krwawo, że aż głupio, albo tak głupio, że aż nieśmiesznie.
Po prostu wszystko to, co u Jacksona wyszło, tu nie wyszło. Filmu nie broni „konwencja”, nie ratuje go też oglądanie z przymrużeniem oka w towarzystwie czy przy piwku. Może Czarna owca bawi po zażyciu przed seansem kokainy albo innego narkotyku? Nie wiem, nie sprawdzałem i nie mam zamiaru. Kokaina jest za droga, uzależnia szybciej niż piwo i ciężko ją legalnie kupić.
Reasumując, jeśli Jonathan King sprzedawałby Czarną owcę na Allegro, reklamując swoje dzieło jako połączenie czarnej komedii z horrorem, wystawiłbym mu komentarz: „Ten oszust i kłamca to złodziej i łobuz, nie polecam, N-E-G-A-T-Y-W!”, a tak mogę napisać jedynie, że próbując iść śladami Petera Jacksona, King przewrócił się już na pierwszym schodku (Czarna owca to jego debiut) i ani jego filmowi kultowość nie zagraża, ani drugiego Władcy pierścieni on raczej nie nakręci. Możemy się za to spodziewać spod jego ręki np. Kiwi Movie” albo „Black Kiwi”, w końcu ten płochliwy ptak jest w Nowej Zelandii świętością i już pewnie czeka na film o sobie.
Może nawet wyszłoby ciekawiej niż z owcami, wszak te będące pod ochroną ptaki-nieloty mają tak dobry wzrok, że są w stanie biegać w nocy w gęstych krzewach. Gdyby tak więc zamienić 40 milionów kiwi w zombie, w gęste krzewy wpuścić gromadkę ludzi i zgasić światło… Nie, to brzmi zbyt idiotycznie. Choć gdyby jakimś cudem taki film powstał, polscy dystrybutorzy z pewnością by nas nim uraczyli.
Tekst z archiwum film.org.pl (05.08.2008).
