Recenzje

COWBOY BEBOP. Niepowtarzalny styl i klimat

Autor: Michał Włodarczyk
opublikowano

„Everything is clearer now
Life is just a dream you know
That’s never ending
I’m ascending”

Chyba każdy, kto choć trochę interesuje się japońską animacją, słyszał o słynnym Cowboy Bebop. A jeśli nie, to powinien się wstydzić, gdyż nawet wśród osób niezainteresowanych anime produkcja ta jest popularna choćby ze względu na genialny soundtrack. Niezależnie jednak od tego, czy ktoś o nim słyszał czy nie, jest Cowboy Bebop animacją bardzo oryginalną nawet jak na standardy anime, które to potrafią zaserwować widzom najróżniejszy gatunkowy miszmasz. W czym się to objawia i co dokładnie japońscy twórcy nam przyrządzili? Po odpowiedzi i wiele więcej zapraszam do recenzji.

Poetyka anime przyzwyczaiła nas do tego, że łączy w sobie różnorodne gatunkowe schematy, pozornie niepasujące do siebie style czy konwencje. Jednak nawet w sytuacji, kiedy Japończycy całkowicie popuszczają wodze fantazji, wyodrębniły się swoiste podgatunki anime, do których dany tytuł zawsze można zakwalifikować. Mechy w starożytnej rzeczywistości? Romans z elementami horroru? Wykręcone mariaże science-fiction z fantasy? Na pewno na swój sposób są to dzieła oryginalne, jednak nawet one nie są w olbrzymim uniwersum japońskiej animacji same. Inaczej ma się sprawa z recenzowanym przez mnie tytułem, ponieważ jest to pozycja jedyna w swoim rodzaju. Niepodrabialna i wyjątkowa. Mówi się nawet, że omawiany tytuł sam stworzył kolejny gatunek, a nazywa się on… „Cowboy Bebop”.

I taki właśnie gatunek Cowboy Bebop sobą reprezentuje: space opera lat 70. w konwencji kina noir, w szatach komedii sensacyjnej.

Realia, w jakich dzieje się akcja Bebopa, wyglądają następująco. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia ze space operą, gdyż akcja dzieje się w roku 2071, kiedy ludzkość zdołała skolonizować m.in. Marsa i księżyce Jowisza. Ludzie mogą podróżować między nimi, korzystając z powszechnych wrót kosmicznych, które pełnią rolę autostrad. Jednym ze statków, który odbywa takie podróże, jest mocno wyeksploatowany już Bebop 268170, na pokładzie którego żyją kosmiczni łowcy nagród: właściciel statku Jet Black i główny bohater serialu – Spike Spiegel. Z czasem dołączają do nich kolejne postacie: nałogowa hazardzistka Faye Valentine, mała dziewczynka… Edward, będąca hakerką komputerową, a także wybitnie inteligentny pies Einstein. Poza lepiej rozwiniętą medycyną, protetyką czy kolorowymi hologramami, elementy s-f właściwie się kończą. Design, fryzury, odzież, a także broń palna, wyraźnie nawiązują do… lat 70. ubiegłego stulecia i popkultury amerykańskiej. Plakaty nawiązujące do tamtego okresu czy wszechobecne papierosy, których dym niemal czujemy w nozdrzach, bardzo sugestywnie oddają klimat świata przedstawionego. Sami bohaterowie oraz konwencja większości epizodów to jawne odwołania do kina noir, których jest tutaj prawdziwe zatrzęsienie. Do tego otrzymujemy polewę z kina wuxia oraz kilka pastiszowych i parodiowych elementów. I taki właśnie gatunek Cowboy Bebop sobą reprezentuje: space opera lat 70. w konwencji kina noir, w szatach komedii sensacyjnej. Oryginalne, nieprawdaż?

Fabułę serialu, na którą składa się dwadzieścia sześć odcinków, trudno jednoznacznie opisać i ocenić z powodu jej konstrukcji. Mówiąc w dużym uproszczeniu, wygląda to tak, że główny wątek zajmuje zaledwie pięć epizodów, które rozsiane są od początku do końca serialu. Między nimi występują zaś niezależne od siebie i autonomiczne historie. W praktyce wygląda to nieco inaczej, gdyż każda z tych pozornie oderwanych od wątku głównego historii ma za zadanie powodować coraz wyraźniejsze interakcje między bohaterami, zainicjować i kontynuować ich ewolucję, a także opowiedzieć o każdej z postaci z osobna. Epizody te są same w sobie często ciekawsze, niż główna oś fabuły. Bo czegoż tutaj nie uświadczymy? Pełne akcji, szalone historyjki („Kowbojski Funk”, „Szalony Piotruś”), osobiste rozterki bohaterów i ich próba zmierzenia się z przeszłością („Moja Funny Valentine”, „Mówić jak dziecko”, „Serenada Czarnego Psa”, „Smutna kobieta”), komediowe pastisze słynnych filmów (m.in. Obcego w odcinku „Zabawki na strychu”) oraz wiele, wiele innych pełnych akcji, humoru i nutki dramatyzmu epizodów.

Główny zły jest do bólu klasyczny, przewidywalny, karykaturalny wręcz. Jego motywacja jest tak banalna, że nie chce mi się nawet o niej pisać, co w największym stopniu przygasza iskrę na linii on – Spike.

Na tle tak barwnych historyjek wątek główny wypada dobrze, ale nie zachwyca. Zaczyna się on w odcinku piątym pt. „Ballada o Upadłych Aniołach”, po drodze pojawiają się jeszcze dwa kolejne epizody, a kończą go, podobnie jak i cały serial, dwa finałowe odcinki. Chodzi tu o wewnętrzne przetasowania w organizacji przestępczej Czerwone Smoki, byłą miłość Spike’a – Julię, oraz o głównego antagonistę w serii, czyli Viciousa. Spoilerować nie będę, ale powiem o tym, co mi się tutaj nie spodobało, a jest to przede wszystkim czarny charakter. Mówiąc szczerze, to nie mogę wyjść z podziwu, jak twórcy mogli tak pokpić sprawę, tym bardziej, że wszystkie postacie, jakie się w serialu pojawiają, są bardzo ciekawe. No właśnie, wszystkie oprócz Viciousa. Wprawdzie dubbingujący go seiyuu Norio Wakamoto to jak zwykle wielka klasa, ale nie ma on szans uratować tego, co spieprzyli scenarzyści. Główny zły jest do bólu klasyczny, przewidywalny, karykaturalny wręcz. Jego motywacja jest tak banalna, że nie chce mi się nawet o niej pisać, co w największym stopniu przygasza iskrę na linii on – Spike. Żeby mnie źle nie zrozumieć – wątek przeszłości i przyszłości Czerwonych Smoków jest całkiem ciekawy, a towarzyszące mu sceny akcji – doskonałe. Rozmywa go jednak dość krótki czas na ekranie oraz bardzo słabo zarysowany antagonista, choć pojedynki między nim a Spikiem, to kawał dobrej akcji, okraszonej wspaniałą animacją i muzyką.

Ostatnio dodane