search
REKLAMA
Recenzje

CO W DUSZY GRA. Pixar o sprawach ostatecznych

Maciej Niedźwiedzki

26 grudnia 2020

REKLAMA

Przechodzącemu kryzys wieku średniego Joemu Gardnerowi, znudzonemu pracą nauczycielowi muzyki w szkole średniej, trafia się niezwykła okazja na zerwanie z monotonnym życiem. Kontaktuje się z nim jego były uczeń i zaprasza na przesłuchanie dla pianisty do jazzowego zespołu uznanej saksofonistki, Dorothea Williams. Gardner szczęśliwie przekonuje do siebie liderkę grupy. Następnego dnia będzie występował w klubie, spełniając swoje marzenie z lat młodości. Udowodni przy tym swojej mamie, że ma talent muzyczny, a przede wszystkim nada swojemu życiu nowy sens. Zyska motywację, by codziennie rano wstawać z łóżka, bo gdzieś na zewnątrz jeszcze coś dobrego na niego czeka.

Niestety zaraz po wyjściu z przesłuchania i otrzymaniu szansy na przełom w artystycznej karierze Joe wpada do studzienki kanalizacyjnej, ląduje w szpitalu, a jego dusza przenosi się do zaświatów, gdzie przywitać się ma z nieoczekiwaną śmiercią. W swoim najnowszym filmie etatowy reżyser Pixara, Pete Docter (Potwory i spółka, Odlot), ponownie bierze na warsztat wielopłaszczyznową ludzką naturę. W przebojowym W głowie się nie mieści skoncentrował się na warstwie psychicznej człowieka, mechanizmie pamięci i przebiegu reakcji emocjonalnych. W Co w duszy gra sięga sięga po podobny szkielet fabularny i narracyjny (paralelność światów, przekładanie abstrakcyjnych pojęć na konkrety), ale opowiada o duchowości, o tym, co nas od podstaw określa: jakie mamy zainteresowania, na czym budujemy nasz charakter, jakie będziemy mieć umiejętności i predyspozycje.

Mimo że poszukiwanie podobieństw między W głowie się nie mieści i Co w duszy gra wydaje się nieuniknione, to za obiema animacjami stoją nieco inne założenia i osiągnięty zostaje inny efekt. Pete Docter tym razem operuje subtelniejszymi stylistycznie środkami wyrazu i pozostawia widza z mniej intrygującym materiałem do przemyśleń, z mniejszą liczbą znaków zapytania. Brakuje tak wieloznacznych momentów jak rozstanie z Bing Bongiem we W głowie się nie mieści, kiedy tak dużo dzieje się w podtekście, w tym, co niewypowiedziane wprost. Najciekawszą koncepcją w Co w duszy gra jest na pewno to, jak Docter postrzega śmierć. Nie ma ona wyłącznie fizycznego wymiaru, ale manifestuje się również w ogólnej postawie człowieka: mentalnym zastoju, poddaniu się i rezygnacji. Nawet jeśli wszystkie funkcje życiowe funkcjonują bez zastrzeżeń, to wewnętrznie możemy być martwi.

Za Co w duszy gra przemawiają przede wszystkim intuicja, domysły i wyobraźnia Doctera. Przestrzeń zaświatów podzielona jest na dwa główne obszary: kolejkę do Życia Pośmiertnego oraz terytorium Przedżycia, gdzie formowane są młode dusze, zanim trafią na Ziemię. Uważam, że w tych lokacjach powinniśmy spędzić nieco więcej czasu, powinny być “daniem głównym” całego projektu. Niestety są one niewystarczająco zgłębionymi (żartobliwie opisanymi przy użyciu korporacyjnej terminologii) punktami odniesienia do głównego, ziemskiego wątku. Ten natomiast sprowadza się do znanej formuły kina motywacyjnego, przypominającego o wartości i pięknie życia, które objawia się nawet w najprostszych rzeczach i prozaicznych doświadczeniach, jak smak pizzy czy schwytanie w locie spadającego z drzewa listka.

Widzieliśmy to już w Tym wspaniałym życiu, Dniu świstaka czy Zakochanym bez pamięci. Docter porusza się w tym samym symbolicznym uniwersum, ale jego wariacja na temat sprawia wrażenie zbyt zachowawczej. Co w duszy gra jest w największym stopniu celebracją życia, przypomnieniem, by z każdego dnia i z każdej minuty wydobyć maksimum. Szczere i ładne, ale też na swój sposób wtórne i aż nadto już znajome. Przy podjętym temacie spraw ostatecznych Co w duszy gra może się wydać się powierzchowne, momentami wręcz nieangażujące.

Wywołująca wzruszenie emocjonalna puenta jest znakiem rozpoznawczym Pixara. Często, choć oczywiście nie zawsze (Wall-E, Dawno temu w trawie), wieńczy ona najwybitniejsze produkcje amerykańskiego studia. Co w duszy gra utrzymane jest w raczej letnim tonie. Film Doctera prędzej wprowadzi w kontemplacyjny nastrój, niż wywoła katartyczne łzy. Może nie zapaść głęboko w pamięć kinomana, ale sprowokuje do oceny podjętych w życiu decyzji. Dla wielu widzów na pewno będzie to mieć ogromną wartość.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydzieło, czyli Tajemnicę Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą serię Toy Story. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA