search
REKLAMA
Recenzje

CHINATOWN. Demony przeszłości

Jerzy Babarowski

22 kwietnia 2017

REKLAMA

Bohater z bandażem na nosie

 Produkcja filmu przebiegała szybko i sprawnie. Po latach Polański wspominał, że był to pierwszy film w jego karierze, przy pracy nad którym czuł się absolutnie swobodnie, nie miał żadnych ograniczeń i dostawał wszystko, czego potrzebował. Zatrudnienie Jacka Nicholsona było formalnością – Towne z myślą o nim napisał głównego bohatera. W złowrogiego Noaha Crossa wcielił się John Huston – legendarny reżyser, scenarzysta i aktor. Najwięcej kontrowersji wiązało się jednak z Faye Dunaway, która ostatecznie zagrała femme fatale tej mrocznej opowieści, Evelyn Mulwray. Amerykańska aktorka była na planie spięta, humorzasta i miała problemy z zapamiętaniem tekstu. Jednak w ostateczności wyszło to produkcji tylko na dobre – w końcu taka właśnie jest też grana przez nią bohaterka. Projektując jej kostiumy i makijaż Polański ponoć miał w głowie swoją matkę, którą pamiętał z wojennego dzieciństwa.

Zdjęcia przebiegały w spokojnej, rozluźnionej atmosferze i zakończyły się sześć dni przed terminem. Produkcja przeszła zaledwie jeden poważniejszy kryzys – zwolniony został operator Stanley Cortez, którego polski reżyser zatrudnił ze względu na klasyczny styl jego zdjęć. Metody pracy Amerykanina okazały się bardzo uciążliwe dla ekipy, został więc zastąpiony przez Johna A. Alonzo.

Pisząc o “Chinatown” naturalnie nie można nie wspomnieć o scenie z nożem, w której sam Roman Polański wcielając się w intrygująco ubranego gangstera przecina nos J.J. Gittesowi. Efekt był tak autentyczny, że pytanie o jego osiągnięcie było jednym z najczęstszych, jakie reżyser słyszał jeszcze wiele lat po zakończeniu produkcji. Otóż użyto noża ze specjalnym ostrzem, którego tylko jedna strona była ostra – w filmie Polański używa tej drugiej.

Największym punktem spornym przy produkcji “Chinatown” okazało się oczywiście zakończenie. W jego pierwotnej wersji Evelyn zabijała Crossa i trafiała do więzienia, ratując tym samym córkę. Na takie właśnie rozwiązanie akcji nalegali Evans i Towne przez cały okres produkcji. Polański jednak uznał, że to na tragicznym zakończeniu zasadza się cały sens historii. Już wcześniej dokonał w scenariuszu wyraźnych zmian – między innymi usunął narrację Gittesa z offu – ta jednak miała być najbardziej radykalna. “Musisz zostawić widownię z pragnieniem czegoś więcej” – mówił po latach. – “Z płonącą potrzebą zmiany rzeczywistości, zmiany swojego życia. Jeśli tego nie zrobisz, pozwolisz wszystkim odjechać w stronę zachodzącego słońca i wygodnie domkniesz linie fabularne, ludzie zapomną o twoim filmie po obiedzie”.

Zakończenie okazało się kością niezgody produkcji – Evans i Towne tak długo upierali się przy pierwotnej wersji, że minął praktycznie cały okres zdjęć, a ekipa wciąż nie wiedziała, jaka będzie ostatnia scena. Po długich kłótniach Robert Evans w końcu zgodził się na wersję Polańskiego, a ten dopisał ją do scenariusza dosłownie na parę dni przed jej faktycznym nakręceniem. Po wielu latach obaj mężczyźni przyznali, że reżyser miał rację.

As little as possible

 Zresztą trudno się nie zgodzić, że jego reżyseria to jeden z największych atutów filmu. Polański wiedział, że jeśli “Chinatown” wybije się na jakimś polu, to będzie nim scenariusz, swoją reżyserię oparł więc na dwóch podstawowych fundamentach.

Po pierwsze, zrobił to, co na jego miejscu zrobiłby każdy inteligentny twórca – nie przeszkadzał. Jego poprowadzenie fabuły to wzorowy przykład statycznej, powściągliwej narracji, której głównym celem jest opowiedzenie historii w możliwie najprostszy i najelegantszy sposób. Nie uświadczymy w “Chinatown” gwałtownych ruchów kamerą, nagłych zoomów czy nielinearnego montażu – reżyser najczęściej obserwuje akcję z jednego tylko miejsca, a jego naczelną zasadą jest pozwolić bohaterom mówić i po prostu sfilmować to, co się dzieje. Wydawać by się mogło, że takie podejście to pójście na łatwiznę, jednak cechą wszystkich wielkich rzeczy w kinie jest to, że po ich obejrzeniu ma się wrażenie, iż właściwie każdy mógłby to zrobić. Narracja w “Chinatown” należy do najdojrzalszych w karierze polskiego reżysera i o jej geniuszu świadczy właśnie ascetyczność. Mniejszej klasy twórca zapewne podszedłby do filmu zupełnie inaczej.

https://www.youtube.com/watch?v=Q34OSPw17o4

Drugą naczelną zasadą była maksymalizacja napięcia poprzez całkowite zsubiektywizowanie narracji do perspektywy Gittesa na wzór klasycznych literackich opowieści kryminalnych. Polański był co do niej bardzo rygorystyczny i konsekwentny – Gittes pojawia się w każdej scenie filmu, a gdy z jakichś powodów jego perspektywa czasu zostaje zaburzona, to narracja się do tej zmiany dostosowuje – na przykład, gdy zostaje oszołomiony przez farmerów w gaju pomarańczy w Owens Valley (w filmie – San Fernando Valley). Kamera często tkwi za plecami bohatera, a widownia patrzy na akcję jego oczami. Zamysł tego zabiegu jest prosty – “Chinatown” to historia kryminalna, a poprzez jej całkowite zsubiektywizowanie do perspektywy detektywa widzowie odkrywają kolejne poszlaki w tym samym czasie co on.

Muzyczna gorączka

Po zmontowaniu filmu przyszedł czas na pokazanie go widowni. Po pierwszym pokazie testowym w Santa Barbara ponad połowa widzów wyszła przed końcem seansu. Niezadowoleni twórcy uznali, że powodem jest muzyka, którą napisał niedoświadczony Philip Lambro. Evansowi udało się przekonać wytwórnię do zmiany daty premiery, a Polański znalazł w tym czasie nowego kompozytora.

Tym kompozytorem był Jerry Goldsmith, a historia partytury, którą napisał do “Chinatown”, to jedna z najbardziej inspirujących opowieści w nowoczesnej historii muzyki filmowej. Amerykanin napisał ją w dziesięć dni, a jego twór stał się natychmiastowym klasykiem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów filmu, trwale zapisując się w historii branży. Wysmakowane, wijące się saksofonowe pasaże od razu przywodzą na myśl klasykę gatunku noir, tworząc jednocześnie niepokojący, nieprzyjemny klimat czyhającego za rogiem zagrożenia, wreszcie urzekając melancholijnością oraz siłą emocjonalnego tła. Muzyka Goldsmitha nie rości sobie prawa do przedstawienia całej rzeczywistości – słuchając jej, od razu wiemy, że jest ilustracją jedynie wycinka losów tych postaci; od razu przeczuwamy bagaż ich przeszłości, ból wspomnień sprzed lat i bezradną rezygnację, gdy są świadomi niemożności – czy może nawet niechęci – ich zmiany.

Skaza na tęczówce

 Po wejściu na ekrany w 1974 roku “Chinatown” okazało się sukcesem kasowym, a krytycy nie mogli się dość filmu nachwalić. Produkcja stała się przepustką Jacka Nicholsona – wtedy jeszcze wschodzącej gwiazdy – do prawdziwej sławy; wrzuciła zresztą na szczyt prawie całą pracującą przy niej ekipę.

Film Polańskiego dostał siedem nominacji do Złotego Globu i cztery statuetki – za reżyserię, aktora pierwszoplanowego, scenariusz i wreszcie film – oraz jedenaście nominacji do Oscara, choć niestety tylko jedną nagrodę: również za scenariusz. Podobnie jak wiele lat wcześniej przy okazji nominacji “Noża w wodzie” do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, Polański również tym razem miał pecha do konkurentów. Niegdyś jego debiut przegrał z “8 i pół” Felliniego, a tym razem był to akurat rok, w którym Francis Ford Coppola zgarniał wszystko co możliwe za “Ojca chrzestnego II”.

Sytuacja nie do końca niesprawiedliwa, gdyż zarówno film Coppoli, jak i Polańskiego zapisały się w historii kina w podobnym stopniu. A jednak to “Chinatown” wydaje się bardziej wpływową produkcją – przyczynił się do wzrostu ogólnego zainteresowania historią Los Angeles i przekrętów związanych z prawami do ziemi i wody, a jego ikonografia i styl opowiadania na stałe wpisały się w historię X Muzy. Wiele późniejszych filmów z tej ikonografii korzystało, a jednym z ostatnich była wyprodukowana w 2011 roku komediowa i odwołująca się do historii kina animacja “Rango”.

Również sami twórcy nie zapomnieli o swoim magnum opus i wiele lat później postanowili powrócić do wykreowanego przez siebie świata. Scenariusz Roberta Towne’a do “Chinatown” był pierwszą częścią planowanej trylogii o J.J. Gittesie, przekrętach na najwyższych szczeblach władzy Los Angeles i kradzieży dobra publicznego przez osoby prywatne. Tematem “Chinatown” była woda, druga część miała traktować o ropie, a trzecia – o ziemi.

Ta druga część powstała w 1990 pod tytułem “The Two Jakes” (Dwóch Jake’ów), a jej akcja rozgrywała się w 1948 roku. Na swoje stanowiska powrócili wszyscy kluczowi gracze z produkcji z 1974 roku – Jack Nicholson, Robert Evans, a Towne ponownie napisał scenariusz. Również wiele drugoplanowych postaci z “Chinatown” można było ponownie ujrzeć na ekranie, raczej jednak w ramach mrugnięcia okiem do widzów niż czegokolwiek innego. Z powodów oczywistych przy pracy nad filmem nie mógł uczestniczyć Polański, reżyserią zajął się więc sam Nicholson (i bynajmniej nie był to jego debiut w tej roli).

Traktujący o ropie, zdradzie, seksie, pieniądzach i – co najważniejsze – radzeniu sobie z przeszłością sequel nie osiągnął jednak sukcesu poprzednika. Jego produkcja była cały czas zakłócana przez kłótnie głównego triumwiratu – Evansa, Towne’a i Nicholsona – na tle artystycznym, a sam film okazał się finansową i artystyczną klapą. Jego porażka pogrzebała plany nakręcenia ostatniej części trylogii, mającej się rozgrywać w okolicach 1968 roku.

“Chinatown” przetrwało próbę czasu, choć nie było mu łatwo – o filmie na długi czas zapomniano (a jeśli o nim mówiono to raczej w kontekście seksualnych ekscesów reżysera), a po raz pierwszy wydano go na Blu-rayu dopiero w ubiegłym roku – z opcjonalnym  komentarzem reżyserskim niejakiego Davida Finchera.

Wpływ dzieła Polańskiego na współczesną kinematografię jest jednak niepodważalny. Jakiś czas temu oglądałem materiał dokumentalny traktujący o serii o Obcym i jej przyszłości. Przypominam sobie wypowiedź scenarzysty pierwszej części, Dana O’Bannona: “Co do mnie, to możecie zrobić i dziesięć następnych części, nie obchodzi mnie to. <Alien> i tak zabił gatunek horrorów science-fiction, bo niczego lepszego w tej materii zwyczajnie nie da się nakręcić. Jak niby zrobić film detektywistyczny po <Chinatown>?”.

“Cóż, możecie próbować”.

Avatar

Jerzy Babarowski

REKLAMA