Recenzje
BURLESKA. Nieco zjełczały popcorn-movie
BURLESKA to film, który przywraca Cher na ekran, łącząc jej talent z nieco zjełczałym klimatem popcornowego kina. Odkryj na nowo!
Cher. Pierwsze skojarzenia? Maniaczka operacji plastycznych, matka dziewczyny, która postanowiła zostać chłopcem (albo odwrotnie, nieważne), pani śpiewająca komputerowym głosem „Do you belieeeeeeeeeeeeve…” albo „ta, co nagrała teledysk z Beavisem i Butt-headem”. To by chyba było na tyle. Jasne, Cher wciąż ma fanów, którzy o każdej porze dnia i nocy wyrecytować mogliby co najmniej sto najważniejszych punktów jej długiej kariery. W ostatnich latach było jednak o Cher cicho. Zdecydowanie dała o sobie zapomnieć – zwłaszcza jako o aktorce. A szkoda, bo aktorką jest naprawdę świetną. Czy ktoś teraz złapał się za głowę, myśląc „Boże, co on wygaduje?!?”. No to może kilka faktów dla potwierdzenia tej teorii…
Cher wystąpiła w zaledwie kilku filmach. Epizod z kinem zaliczyła już pod koniec lat 60. Nic dobrego jednak z tego wtedy nie wyszło. Film Chastity, w którym zagrała główną rolę, był po prostu słaby. W ciągu następnych kilkunastu lat Cher nie wzięła udziału w żadnej produkcji. Aż do roku 1982. Wtedy do kin wszedł Wróć, Jimmy Deanie Roberta Altmana. No i się zaczyna… Cher dostaje za niego nominację do Złotego Globu dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Rok później zostaje zaangażowana do Silkwood Mike’a Nicholsa, w którym gra u boku Meryl Streep.
Złoty Glob, nominacja do Oscara i BAFTY. Rok 1985 przynosi Maskę – nagroda dla najlepszej aktorki festiwalu w Cannes i kolejna nominacja do Złotego Globu, tym razem już za pierwszoplanową kreację. Ale największy sukces wciąż miał dopiero przyjść. W roku 1987 Cher gra główną rolę we Wpływie księżyca Normana Jewisona.
W styczniu otrzymuje Złoty Glob, w lutym jej gra chwalona jest podczas festiwalu w Berlinie, zaś na początku kwietnia Paul Newman wręcza jej Oscara. W pokonanym polu zostawia m.in. swoją koleżankę Meryl Streep, Glenn Close i Holly Hunter. Wszystkie wyżej wymienione biją jej brawo na stojąco. Prawda, że niezły dorobek jak na zaledwie kilka nakręconych filmów? A wśród tych, za które nie była nagradzana, są chociażby 20 lat… i ani dnia dłużej, Syreny czy Czarownice z Eastwick – za żaden z nich nie musi się zresztą wstydzić.
2010 miał być rokiem powrotu Cher. Zamknięta wcześniej w Caesar’s Palace w Las Vegas, gdzie regularnie dawała koncerty (i policzyła sobie za to 60 milionów dolarów), postanowiła wrócić do kina. Padło na Burleskę. Film promowany hasłem „Potrzeba legendy, by mogła narodzić się gwiazda”, wydawał się być na tę okoliczność idealny. Legendą miała być oczywiście Cher, gwiazdą – debiutująca w kinie Christina Aguilera. Powiedzieć o obu paniach, że mają kawał głosu, to jak nie powiedzieć nic. Niby wystarczyłoby, że zaśpiewają. Trochę dograją (Cher), trochę dowyglądają (Aguilera). A nawet jeśli coś dalej byłoby nie tak, to naokoło będą przecież roznegliżowane tancerki wśród dymu papierosów i lejącego się alkoholu. To nie mogło się nie udać. A jednak…
Żeby nie było wątpliwości – Burleska nie miała być kolejnym Chicago czy West Side Story. Nikt z twórców nie miał ambicji, by zrobić z niej oryginalny musical wywołujący zachwyt u krytyków. W jednym z wywiadów promujących film Cher mówi prosto z mostu – Burleska to popcorn-movie. Niestety, nie wystarczy zaangażować dwóch gwiazd, byśmy z uśmiechem na ustach ten popcorn przełknęli.
Film jest przede wszystkim zbyt schematyczny. Jasne, to taka produkcja w starym stylu o dziewczynie spełniającej swój „american dream”, gdzie wszystko dopasowane jest do wzoru: dziewczyna teoretycznie nie ma szans na sukces, ale ciężką pracą udaje jej się wybić. Gdy wszystko zmierza w dobrym kierunku, dopadają ją problemy i jej świat wali się jak domek z kart. Ale po kilku wylanych łzach nasza bohaterka znów zaciska tyłek i dopina swego – spełnia swoje marzenie, czego kulminacja ma miejsce w wielkim, ekscytującym finale. OK, niech będzie. Tylko że w Burlesce schematyczna jest też forma – a to już przełknąć ciężko.
Film praktycznie nie ma fabuły. Ot, Aguilera opuszcza swoją małą mieścinę i udaje się do Los Angeles. A że potrafi śpiewać i trochę tańczy, próbuje zaczepić się na jakiejś scenie. Podczas poszukiwań trafia do tytułowej burleski. Jest nią zafascynowana. Wyszczekana dziewczyna bierze sprawy we własne ręce i zatrudnia się tam jako kelnerka. Zbierając szkło ze stolików cały czas patrzy jednak na scenę, ćwicząc w myślach wszystkie układy choreograficzne. Aż pewnego dnia przychodzi szczęśliwy dzień – jedna z tancerek zachodzi w ciążę i trzeba ją zastąpić. Ali zna każdy układ na pamięć, jest więc idealną kandydatką. Niby nikt nie chce jej nawet sprawdzić, ale ostatecznie dostaje angaż. No i… to właściwie koniec fabuły. Bo to, co dzieje się potem…
Potem mamy teledysk, nie film. Wygląda to mniej więcej w ten sposób: Aguilera śpiewa piosenkę, gdzieś w połowie numeru na tzw. „przebitkę” dostajemy kilka scen „z życia” – śniadanie, malowanie, spanie, mruganie do zajętego współlokatora, takie tam… Piosenka się kończy. Cher żali się, że jej długi cały czas rosną i dalsza działalność klubu jest zagrożona. Współlokator głównej bohaterki zastanawia się, czy dalej chce być wierny swojej dziewczynie, oddalonej od niego o tysiące kilometrów i delikatnie mówiąc, olewającej go. Kierownik sceny przebiera w fatałaszkach, nadużywająca alkoholu była gwiazda patrzy z zazdrością na Ali.
I następna piosenka. Aguilera (tak, znowu ona) śpiewa, na przebitkę dostajemy śniadanie, malowanie, spanie (czasem jakieś inne -anie), Cher wylewa żale itd… Fabuła jest tutaj szczątkowa. I choć film ten miał potencjał, by spokojnie wybronić się swoim klimatem, jego schematyczność taką obronę utrudnia. No bo niby wszystko jest OK. Aguilera śpiewa fenomenalnie, stroje, układy choreograficzne, scenografia – wszystko to ze sobą współgra i tworzy naprawdę ładny obrazek. Pozytywny jest też fakt, że nie jest to taki musical, w którym bohaterowie tańczą na ulicy, śpiewają wraz z przypadkowo mijanymi przechodniami itd.
Krótko mówiąc, każda piosenka ma swój powód. Ale kiedy po raz kolejny widzimy Aguilerę wchodzącą na scenę rewii, to choćby nie wiem co śpiewała, w pewnym momencie ma się po prostu dość. Tym bardziej, że duża część piosenek napisana jest „na jedno kopyto” i zlewają się one w jedną całość – między takimi „Express”, a finałowym „Show me how you burlesque” naprawdę trudno znaleźć znaczące różnice. Są tu też jednak perełki.
Jedną z nich jest nagrodzona Złotym Globem „You haven’t seen the last of me”. Cher śpiewa w tym filmie dwie piosenki – „Welcome to burlesque”, udanie wprowadzającą w klimat miejsca, w którym spędzimy najbliższe dwie godziny, i właśnie skomponowaną przez Diane Warren balladę. Kawałek jest świetny, a Cher głosu zdecydowanie nie straciła – ale by się o tym przekonać wystarczy kupić płytę z soundtrackiem. Sama scena sprawia wrażenie, jakby została doczepiona do filmu na siłę.
Tak też pewnie zresztą było – no ale czego się nie robi dla Złotego Globu. Jest jednak w tej scenie coś gorszego niż to, że słabo ją umotywowano. Twarz Cher. Dobra, biorąc pod uwagę, że kobieta ma prawie 65 lat, to patrząc na jej zdjęcia, nawet niekoniecznie przyprawione Photoshopem, można być pod wrażeniem. Ale ta twarz już praktycznie nie wyraża emocji. Pod tym względem Cher wyrządziła sobie wielką krzywdę. W „zwykłych” scenach stara się grać minimalistycznie i całkiem nieźle jej to nawet wychodzi. Gdzieś tam spod jadu kiełbasianego daje o sobie znać talent laureatki Oscara. Ale w śpiew wkłada już wszystkie emocje – i wtedy sytuacja wygląda dość dramatycznie.
.. Choć obrazek do „You haven’t seen the last of me” nakręcony został głównie w cieniach, półcieniach i innych ciemnościach, ta twarz może przerazić. Blada jak kreda, wykrzywia się w strasznym grymasie – wygląda to tak, jakby Cher założyła maskę Ghostface’a z Krzyku. I nie ma w tym wiele przesady. Naprawdę szkoda, tym bardziej, że zrobiła to sobie sama… Jeśli Cher zdecyduje się teraz powrócić do filmu na dłużej, musi się chyba przygotować na to, że z Oscarami koniec. Pora na Złote Maliny – pierwsza nominacja, za Burleskę właśnie, już na koncie.
Wśród ciekawych piosenek są jeszcze m.in. „Bound to you” w wykonaniu Aguilery, ale również cover „Beautiful people” Marylina Mansona. Warto przesłuchać. A co do oglądania… W pewnym momencie film ten staje się po prostu męczący. Ale, obiektywnie patrząc, właściwie dla każdego znajdzie się w nim coś miłego. Sceny taneczno-muzyczne wykonane są na najwyższym poziomie. Debiutująca Aguilera całkiem nieźle się w nich odnajduje.
W pozostałych gra może przesadnie – podnosi brwi do góry, gdy ma być zdziwiona, wygina usta w podkówkę, gdy jest smutna. W tej popcornowej konwencji wcale to jednak tak bardzo nie razi. W ogóle postać Ali jest bardzo pozytywnym aspektem filmu – różni się od tych wszystkich filmowych cierpiętnic czekających aż ich marzenie samo się spełni. Ona wie czego chce i sama wyciąga po to ręce, a jeśli ma przy tym kogoś obrazić, no cóż, bywa.
Aguilera też zaskakująco dobrze wygląda. W filmie prezentuje nam się w wersji saute, która zdecydowanie odejmuje jej lat i po prostu służy. Jest na czym zawiesić oko. Również i na drugim planie – skąpo odziane, jędrne tancerki naprawdę potrafią zachwycić. A to wszystko otoczone niezwykłym klimatem burleski – szkoda, że w Polsce nie ma takich miejsc. Po obejrzeniu filmu znalazłoby się pewnie wielu chętnych do kupna biletów. Ale dla pań też się coś znajdzie. Mieszkający z Ali przystojniak ma słodką minkę, często przechadza się bez koszulki, a w jednej scenie nawet i bez dolnej części garderoby.
Stanley Tucci w roli kierownika sceny może i kopiuje swoją postać z Diabeł ubiera się u Prady, ale wnosi do tego filmu dużą dawkę uroku. W wielu momentach jest zabawnie, jest tu kilka świetnych tekstów („Gdzie są ci wszyscy dobrzy tancerze z Los Angeles?” – W „Tańcu z gwiazdami”). No i, mimo że to niby takie głupie, fajnie po raz kolejny przypomnieć sobie, że warto walczyć o swoje marzenia. Czasem potrzeba takiego niezbyt ambitnego filmu, by pomógł nam podjąć decyzję o wzięciu się z życiem za bary. Być może komuś Burleska właśnie da na to szansę.
Tekst z archiwum film.org.pl.
