Recenzje
BLADE RUNNER oczami sztucznej inteligencji
Czy maszyny marzą o oglądaniu klasyka fantastyki?
Czy maszyny marzą o oglądaniu „Blade runnera”? Nie musimy już sobie zadawać tego pytania. Maszyna obejrzała film Ridleya Scotta i pokazała światu, jak go postrzega. Powstała najdziwniejsza, najbardziej nietypowa wersja klasyka. Jak wyjęta ze snu, w którym malarskie kadry oryginału zostają poddane ekscentrycznej obróbce: zaczynają się utleniać, rozpływać, naświetlać czy przemieniać w chmury gazu albo smaga je jakiś porywisty elektroniczny wiatr.
Brzmi dziwnie? Dalej jest jeszcze dziwniej.
Zacznijmy jednak od początku. Najpierw była powieść Philipa K. Dicka „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”. Dick – obecnie klasyk powieściowej sci-fi, nazywany Dostojewskim gatunku – był paranoikiem i schizofrenikiem, fanatycznie oddanym poszukiwaniom odpowiedzi na pewne fundamentalne pytania. Chciał wiedzieć, co to znaczy być człowiekiem, jak można odróżnić prawdę od iluzji, w jaki sposób Bóg może objawić swoją obecność na Ziemi. Swoje lęki i niepokoje wyrażał w opowiadaniach i powieściach, a „Androidy” są jednym z jego głośniejszych tytułów. Książkę wydano w 1968 roku i wkrótce doczekała się statusu klasyka.
Dość szybko zainteresowało się nią kino, ale przymiarki do nakręcenia filmu na jej podstawie trwały wiele lat. Ostatecznie w 1981 roku na krześle reżyserskim zasiadł Ridley Scott – wciąż opromieniony sukcesem filmu „Obcy. W roli głównej wystąpił Harrison Ford, znany już światu jako Han Solo z przebojowego cyklu „Gwiezdne wojny.
Reszta jest historią, ale przedstawmy jej główne wątki.
Produkcja przebiegała w ciężkiej atmosferze. Na planie dochodziło do wielu konfliktów. Scott przekroczył stosunkowo skromny budżet i nie cieszył się zaufaniem ekipy, z którą pracował. Film wszedł na ekrany w 1982 roku i nie wywołał większego zainteresowania. Był to obraz starannie przygotowany, mieniący się bogactwem szczegółów świata przedstawionego, ale na publiczność działał dezorientująco.
Ta umiejscowiona na zdewastowanej ziemi historia grupy androidów, zbuntowanej przeciwko ludziom i szukającej możliwości przedłużenia swojego życia, miała w sobie ponury ciężar i dużą dawkę goryczy. Widzowie nie byli gotowi na mroczną wizję Scotta, stawiającą trudne pytania, mnożącą wątpliwości i unikającą prowadzenia widza za rękę. Słowem, powstał film niezwykły, ale zbyt ciężki jak na swoje czasy.
Reżyser pod naciskiem producentów postanowił wypuścić nieco lżejszą wersję obrazu – z niosącym nadzieję zakończeniem i narracją bohatera z offu, wyjaśniającą widzowi wszystko to, co w oryginale pozostawało w domyśle. To jednak nie zmieniło znacząco recepcji „Blade Runnera. Wyglądało na to, że mamy do czynienia z klasyczną klęską.
A jednak…
Obraz zaczął żyć swoim życiem. Stał się przebojem rynku video i telewizji kablowej. Widzowie powoli odkrywali walory tego niezwykłego widowiska. Stopniowo „Blade Runner” zaczął intrygować coraz większe rzesze fanów kina, aż w końcu stał się tym, czym jest dziś – jednym z największych (o ile nie największym) tytułem science fiction wszech czasów.
Film jest nadal chętnie oglądany, cytowany i wznawiany na różnych nośnikach. Pojawia się w każdym zestawieniu „the best of” dotyczącym filmowej fantastyki – zazwyczaj na pierwszym miejscu. Inspiruje – zwłaszcza wizualnie – prawie każde poważne widowisko sci-fi (“Piąty element”, “Raport mniejszości”, “Matrix”). Stał się punktem odniesienia dla wielu twórców teledysków, malarzy, grafików czy projektantów mody. Jest przedmiotem badań, dociekań i opracowań. Jego ścieżka dźwiękowa to klasyk, nadal chętnie kupowany, a także trawestowany i służący jako przykład ilustracji doskonałej.
Film stworzył charakterystyczne uniwersum, które żyje swoim życiem: zyskał kontynuację w postaci przełomowej gry komputerowej, kontynuacje literackie, a wkrótce na ekrany wejdzie jego druga część. Ten ostatni wątek już teraz budzi wielkie emocje w fanach oryginału. Na reżysera wybrano popularnego obecnie Denisa Villeneuve – twórcę, który udowodnił parokrotnie, że ma rękę do mrocznych, nieoczywistych, ale i efektownych historii ( “Labirynt”, ”Wróg”, “Nowy początek”).
W roli głównej wystąpi Ryan Gosling, a na drugim planie pojawi się Harrison Ford. Szykuje się widowisko dużego kalibru. Nawet jeśli nie dorówna historii sprzed lat, ma szansę zachować jej klimat i doczekać się równie starannej realizacji. Tak czy siak, spora część kinomanów znów myśli o „Blade runnerze”.
Gdzieś w cieniu tych głównych wątków, wokół których osnuta jest historia filmu, przebiega jeszcze jedna odnoga opowieści. Mówiliśmy już o wersji, którą Scott nakręcił pod naciskiem producentów. O jej istnieniu wiedzą chyba wszyscy miłośnicy „Blade Runnera”, podobnie jak wiedzą o wersji z dodatkowymi scenami i prawie wszystkim, co ma choćby nikły związek z ich ukochanym tytułem. Pora wspomnieć o eksperymencie, którego film jest nieodzowną składową.
Wyobrażacie sobie, jak to jest być maszyną? Ja nie. Wyobrażacie sobie, jak to jest być maszyną oglądającą film? Chcecie wiedzieć, co widzi maszyna oglądającą „Blade runnera”? Brzmi jak żart? A jednak taki projekt powstał.
Mamy okazję obejrzeć legendarny film oczami sztucznej inteligencji. Remix? Poważny eksperyment? Najdziwaczniejsza wersja kultowego filmu, jaką kiedykolwiek zrobiono? Wyraz zdziwaczenia kultury, w której „wszystko już było”, włączając w to największe kuriozum?
Terence Board, artysta i inżynier, stworzył sztuczną inteligencję. Zbudował sztuczną sieć neuronową, czyli maszynę, której działanie odzwierciedla funkcje, jakie pełni mózg i centralny układ nerwowy człowieka.
Postanowił “wyszkolić” ją, by potrafiła obejrzeć “Blade Runnera”, i zarejestrował to, w jaki sposób zobaczyła film. Inżynier nie wyobrażał sobie innego filmu jako składowej projektu. Podsumowując, technicznie: badania możliwości postrzegania SI. Bardziej literacko: człowiek chce zrozumieć, jak myśli sztuczna inteligencja, która ogląda film o sztucznej inteligencji, którą chce zrozumieć człowiek.
Najpierw Broad wykonał “trening”, sześciokrotnie odtwarzając fragmenty filmu maszynie. Robot w tym czasie doskonalił umiejętności postrzegania (w tym wypadku 200-cyfrowej reprezentacji każdej klatki filmu z osobna). Po nauce odbył się właściwy seans. SI obejrzała całość, którą potem zrekonstruowała w bardzo efektowny sposób, choć to, co możemy zobaczyć, jest interpretacją opartą na ograniczonej umiejętności zrozumienia maszyny.
Na poziomie fabularnym to wciąż ten sam „Blade Runner„, którego dał nam lata temu Scott. Na poziomie wizualnym – również ten sam film… plus mnóstwo dziwnych efektów, wynikających z optyki SI. Oglądamy więc wykoślawioną wersję klasycznej pozycji, w której co chwilę rozmywa się obraz. Bohaterowie czy przedmioty są takie, jak w oryginale, by po chwili zamienić się w coś, co przypomina chmurę gazu – a następnie powrócić do bardziej stałej postaci… i znowu się rozpłynąć.
Film nie dość, że wygląda, jakby chwilami wrzał, parował, gotował się, to momentami zdaje się także zacinać i zwalniać. Od biedy można to porównać do efektów, jakie dawała „zajechana” kaseta VHS, ale żeby odczuć skalę zjawiska, należałoby ich liczbę i natężenie mnożyć razy dziesięć, a dodatkowo dorzucić jeszcze całe mnóstwo innych „estetycznych sprzężeń” wewnątrz obrazu.
Film, który i tak wypełniony był strugami deszczu, papierosowego i przemysłowego dymu, otrzymuje doładowanie w postaci jeszcze większego zawilgocenia i zamglenia. Chwilami można odnieść wrażenie, jakby sceneria i bohaterowie rozbijali się na naszych oczach na atomy dymu i wilgoci.
Obiekty tracą kontury; rzedną, gęstnieją, rozszczepiają się w barwną mgłę, Jest egzotycznie, narkotycznie, sennie i psychodelicznie. Maszyna zdaje się „nie widzieć” pewnych części obrazu. Jedne są dla niej wyraźne, inne rozmyte, pozostałe – niewidoczne. Chwilami jest to film, chwilami bardziej bryzgi światła – walka pary, snopów i kształtów, które wirują kadrze. Czas zatrzymuje się, przyspiesza, potem tryska jak gazowany napój ze wstrząśniętej puszki.
Co istotne, SI nie zapamiętała ścieżki dźwiękowej. Zapomnijcie o Vangelisie i zmęczonym głosie Forda. Zastąpcie brakujący element czymś z własnej playlisty i dajcie szansę temu projektowi.
To,co oglądamy, jest poza kategoriami. To taka (niepotrzebne skreślić) dziwaczna, pretensjonalna, nudna, niepotrzebna, fascynująca, piękna strata czasu. Glitchowa, kwasowa, rozmywająca sens, fabułę, trzepocząca i deliryczna do bólu.
Efekt ten wzmacnia kontekst: oglądamy przecież film oczami maszyny. Próbujemy – przynajmniej symbolicznie – sięgnąć w te rejony, o których wspominała książka Dicka i dzieło Scotta.
Nie, ten dziwny projekt nie pozwoli nam się wczuć w istotę o tak skrajnie innej konstrukcji, jak maszyna, nie odda nam istoty tego bytu, ale eksperyment rzuca dziwny czar. Jakby nie patrzeć, przez te dwie godziny widzimy świat – filmowy, ale jednak – oczami kogoś (czegoś), kto w niczym nas nie przypomina.
I chociaż nie dowiadujemy się, co myśli(?), czuje(?), dowiadujemy się, jak widzi. Może nie jest to wiele, ale nie spodziewałem się, że dane mi będzie kiedykolwiek odbyć taki seans.
Nie będę nikomu podpowiadać, jakie pytania mogą implikować takie doznania. Nie wiem też, czy w kategorii atrakcyjności filmowego widowiska jest to mordowanie czy wzbogacanie klasyka.
Dla jednych być może będzie to paździerz, przypominający odtwarzanie pliku na złym kodeku, dla innych – ciekawe doświadczenie na różnych poziomach. Biorąc pod uwagę choćby aspekt wizualny, „gazowy Blade runner” jest doświadczeniem niezwykłym. Jestem za takimi eksperymentami.
Może ten nie stanowi żadnego przełomu dla kina, ale pokazuje wyraźnie, że granice nie istnieją. To, co zrodziło się 50 lat temu w głowie wyprzedzającego swoje czasy pisarza sci-fi, nadal działa, inspirując już nie tylko ludzi sztuki i kultury, ale i naukowców. Co więcej, ziszcza się na naszych oczach.
Nie jest to seans, który dyskredytuje pierwotną wersję. Niemniej ciekawie ją uzupełnia i jasno daje do zrozumienia, że popkultura i technika pozwalają obecnie na poruszanie się w zaskakujących kierunkach. Jeśli nawet ten nie zmieni waszego życia czy postrzegania, to kto wie, czy kolejny – bardziej odważny, radykalny – jednak tego nie zrobi.
Historia Boarda ma też ciekawe rozwinięcie. Jego eksperymentalny film został „przyłapany” przez maszynę Warner Brothers jako kolejna nielegalnie zamieszczona kopia ich obrazu, czyli – mówiąc wprost – naruszenie praw autorskich.
Podsumowując: film o maszynach, przetworzony przez maszynę, został wytropiony przez maszynę i błędnie zaklasyfikowany jako oryginał. Myślę, że Dick nie byłby zdziwiony takim obrotem zdarzeń. „Blade Runner” Boarda został „zdjęty”. Po interwencji amerykańskiego magazynu VOX przywrócono między innymi stronę z artykułem, ale obecnie można na niej obejrzeć jedynie jego fragmenty. Są krótkie, ale dają posmak tego, czym jest ten eksperyment. Okazało się, że wersja twórcy ocalała w całości na Youtubie, tyle że posiada “podmienioną” ścieżkę dźwiękową i słabą rozdzielczość, co znacząco wpływa na jakość seansu.
Sam Board wie, że jego eksperyment to sprawa bez precedensu i nie jest pewien, jak ją postrzegać przez pryzmat naruszania praw autorskich. Pozostawia te kwestie innym; sam chce kontynuować prace w obranym kierunku.
Board nauczył też swoją SI, jak oglądać „Przez ciemne zwierciadło” Richarda Linklatera; ten film także bazuje na wątkach z powieści Dicka pod tym samym tytułem. Efektem jest kolejny “rozmywający“ się tytuł, równie zadziwiający, co omawiana wcześniej pozycja.
Board wierzy, że dokonał sporego kroku i dla kina, i dla rozwoju sztucznej inteligencji. Nie wyklucza, że wkrótce możemy być świadkami powstania wstrząsającego technicznie obrazu.
Ja za to nie wykluczam, że Hollywood zwróci się wkrótce do Boarda z prośbą o “podkręcenie “ jakiegoś znanego tytułu lub “odświeżenie” starego. A może nawet o nakręcenie czegoś własnego. Pokręcone ścieżki popkultury nie wykluczają takiego scenariusza. Wyobrażacie sobie “Przeminęło z wiatrem”? Lub “Koszmar z ulicy wiązów” widziane oczami SI?
Możecie sobie wyobrazić znacznie więcej. Nie oszczędzajcie fantazji – cokolwiek wymyślicie, może być za jakiś czas możliwe do zrealizowania. O ile już nie jest.
Autor za seans serdecznie dziękuje żonie.
