search
REKLAMA
Felietony

Uważaj, bo FILM ZEPSUJESZ! Kiedy strach przed SPOILERAMI zmienia się w PARANOJĘ

Tomasz Raczkowski

15 maja 2019

REKLAMA

Jeszcze ostrożność czy już fobia?

To jednak w moim odczuciu tylko jedna strona medalu. Od jakiegoś czasu obserwuję pewne zjawisko związane ze spoilerami, które wydaje mi momentami równie drażniące jak one same. Chodzi mi o paranoiczny lęk przed poznaniem niechcianych informacji na temat oczekiwanego filmu, a czasem nawet wręcz każdego, którego się nie widziało. Częściowo rozumiem ten mechanizm obronny w sytuacji, kiedy naprawdę łatwo jest popsuć sobie pierwsze wrażenie znajomością rozwoju akcji. Jednak obserwując czasem przesadzony lament związany z samą możliwością zdradzenia fabuły lub alergiczne reakcje nawet na z założenia „bezpieczne” recenzje, zaczynam się zastanawiać, o co niektórym odbiorcom tak naprawdę chodzi. Jeśli profilaktycznie i programowo nie czyta się recenzji, by uniknąć spoilera, nawet w przypadku filmu, którego premiera już dawno się odbyła, lub filmu, w którym nie o plot twisty i samą intrygę chodzi, coś zaczyna być chyba nie tak z priorytetami filmowymi.

SPOILER: Pod koniec “Czasu Apokalipsy” Willard dociera do Kurtza

W kontekście tej fobii przed spoilerami, którą czasem obserwuję w swoim (tym „namacalnym” i „wirtualnym”) otoczeniu, zasadne wydaje mi się pytanie o to, na czym tak naprawdę opiera się odbiór dzieła filmowego. Oczywiście, fabuła i narracja to niesłychanie ważne komponenty kina – ale czy do tego stopnia, że znajomość pewnych elementów naprawdę pozbawi nas przyjemności oglądania? Nawet przyjemności czerpanej z samej narracji, jeśli została sprawnie skonstruowana? W wyżej przywołanej sytuacji owszem, zirytowałem się niechcianą wiedzą, ale nie odebrała mi ona ostatecznie satysfakcji z seansu, który potraktowałem jako całościowe doznanie. Znałem fragment historii, ale nie całość, więc finalnie nie miałem wrażenia, że coś zostało mi “zepsute”. To trochę tak, jakbym obraził się na film, bo wiem, kto i jak w nim zagra (przecież znani aktorzy mają rozpoznawalne maniery), albo się zdenerwował, bo ze zwiastunów i z promocyjnych fotosów dowiedziałem się, jaka jest tonacja barwna zdjęć. Jeśli poznamy niechcący integralną część fabuły, odpada zaledwie jeden z elementów odbioru, a pozostaje cała reszta, np. to, jak doszło do “zaspoilerowanego” zdarzenia. Film to dużo więcej niż opowieść i warto o tym pamiętać, czekając na kolejne premiery.

Patrząc na to z tej perspektywy, nie sądzę, by spoilery, nawet jeśli są drażniące, uzasadniały agresywne reakcje, w skrajnych formach objawiające się personalnym atakiem na zdradzającego treść, a nawet zaniechaniem oglądania (!) interesującego nas filmu – bo po co, skoro znamy “twist”. Po co oglądać Lśnienie, skoro wiemy, że Jack oszaleje? Pytanie chyba retoryczne. Może jestem znieczulony, bo często oglądam filmy, znając wcześniej elementy ich fabuły i kluczowe zwroty akcji (co w przypadku wielu klasyków jest po prostu nieuniknione), ale myślę, że szkodliwość spoilerów bywa czasem przesadnie udramatyczniana, jakby odbierały one wartość przekazowi narracji i niemalże niweczyły walory formalne danego dzieła. Przecież nie tylko o nieświadomość i odkrywanie historii chodzi, ale też o zdolność scenariusza do zaangażowania widza – dlatego najlepiej opowiedziane historie czytamy i oglądamy wiele razy. Czy spoilery są złe? Tylko do pewnego stopnia – nie ma sensu utożsamiać całej przyjemności z seansu z nieświadomością tego, jak historia się rozwinie. A jeśli jest to jedyna zaleta danego filmu – cóż, nie najlepiej to świadczy o jego jakości.

Każdy udział Seana Beana w filmie można potraktować jako potencjalny spoiler.

Nie chcę przez to powiedzieć, że unikanie spoilerów jest niezasadne i powinniśmy pławić się w szczegółach opowieści przed seansem. Jednak ważne wydaje mi się dostrzeganie pewnej granicy w przywiązaniu do elementu zaskoczenia, tak by uniki przed spoilerami nie zasłoniły nam samej przyjemności oglądania. Bo co z tego, że nie będziemy znać historii, jeśli wprawimy się w stan nerwowego podskakiwania, ilekroć usłyszymy lub zobaczymy coś, co może okazać się spoilerem? Parafrazując pewną popularną ostatnio kwestię, można powiedzieć, że najważniejsze są równowaga i dostrzeganie tego, iż na samej treści filmy się nie kończą – chodzi także o jej „opakowanie”. Dlatego przy zabezpieczaniu się przed niechcianą znajomością fabuły nie popadajmy w spoilerową psychozę, bo to może być paradoksalnie gorsze od samych spoilerów i rzeczywiście odebrać nam satysfakcję płynącą z obcowania z dziełem filmowym.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA