search
REKLAMA
Felietony

TO WSPANIAŁE ŻYCIE – najpiękniejszy film na Boże Narodzenie

Jan Brzozowski

24 grudnia 2020

REKLAMA

Rola George’a Baileya jest jedną z najlepszych kreacji w bogatej aktorskiej karierze Jamesa Stewarta. Amerykanin najwybitniejsze rezultaty osiągał pod batutą trzech mistrzów klasycznego kina: Alfreda Hitchcocka, Anthony’ego Manna i właśnie Franka Capry. W filmach autora Zagubionego horyzontu wystąpił trzykrotnie – po raz pierwszy w 1938 roku (Cieszmy się życiem), drugi w 1939 (Pan Smith jedzie do Waszyngtonu) i po raz ostatni w 1946 (To wspaniałe życie). I choć nieco wyżej cenię sobie Stewarta w roli młodego, wyjątkowo naiwnego senatora, to chylę czoła również przed kreacją George’a Baileya. Złośliwcy – wśród nich m.in. Jean Arthur, która współpracowała z aktorem na planach Cieszmy się życiem i Pana Smitha… – powtarzali, że głównego bohatera Tego wspaniałego życia mógł zagrać tak naprawdę każdy; na tyle uniwersalna i jednowymiarowa jest to postać. Trudno jednak zgodzić się z takim poglądem. Wbrew pozorom rola George’a Baileya jest naprawdę wymagająca, chociażby pod względem fizycznym. Bohater filmu Capry znajduje się w nieustannym ruchu – biega, krzyczy, skacze, wdaje się w kilka niebezpiecznych przepychanek. Nie każdy aktor ma w sobie tyle energii fizycznej, nie każdy potrafi przekonująco zademonstrować ją na ekranie.

Nie każdy ma też wypisane na twarzy tyle niewinności i szlachetności co James Stewart, który, co warto podkreślić, wstępował na plan Tego wspaniałego życia już z określonym aktorskim emploi. Angaże w takich filmach jak poprzednie dzieła Capry, Destry znowu w siodle, Sklep na rogu czy Filadelfijska opowieść sprawiły, że Stewart postrzegany był przez widzów nie tylko jako uroczy, utalentowany młody człowiek, ale również wcielenie najważniejszych amerykańskich wartości. To wspaniałe życie jeszcze mocniej utrwaliło ten wizerunek, będąc swego rodzaju „kropką nad i” – pewnym punktem dojścia w karierze „szlachetnego everymana”. Pod koniec lat 40. i na początku 50. aktor zacznie powoli odchodzić od grania tego rodzaju postaci, kreując m.in. niejednoznacznych moralnie rewolwerowców z westernów Anthony’ego Manna (Winchester ’73, Zakole rzeki, Naga ostroga, Daleki kraj, Mściciel z Laramie).

Co ciekawe, niewiele brakowało, a Stewart w 1945 roku porzuciłby aktorstwo. Po powrocie z wojny Amerykanin poważnie zastanawiał się nad permanentną zmianą wykonywanego zawodu. Tak jak reżyser zwątpił w siebie jeszcze przed rozpoczęciem produkcji Tego wspaniałego życia, tak aktor odtwarzający główną rolę przeszedł załamanie już w trakcie okresu zdjęciowego. W szkicu poświęconym Stewartowi Peter Bogdanovich przywołuje znamienną wypowiedź Capry na ten temat: „Po lataniu bombowcami B-95 Jimmy nie czuł się dobrze, wracając do kina. W środku Tego wspaniałego życia, które było jego pierwszym filmem po wojnie, powiedział mi, że według niego aktorstwo nie jest zawodem dla porządnych ludzi; że aktorstwo stało się głupie, nieistotne w porównaniu do tego, czego doświadczył na wojnie”3. Dopiero poważna rozmowa z Lionelem Barrymore’em (o ironio, odtwórcą roli bezdusznego pana Pottera) postawiła Stewarta na nogi. Starszy, bardziej doświadczony kolega po fachu miał zwrócić się do Jimmy’ego słowami: „Rozumiem, dlaczego uważasz aktorstwo za niewystarczająco wartościowy zawód. Ale musisz dostrzec, że to tak naprawdę poruszanie emocji milionów ludzi, kształtowanie ich serc, dawanie im poczucia spełnienia… Jaki inny zawód dysponuje tak potężną, tak ważną siłą? Kiepski aktor jest tylko kiepskim aktorem. Ale aktorstwo samo w sobie jest jednym z najstarszych i najszlachetniejszych zawodów w historii świata, młody człowieku”4. Czy naprawdę tak to wyglądało? Czy Barrymore użył dokładnie takich, wyjątkowo podniosłych słów? Nie wiem, jednak Capra, a w ślad za nim Bogdanovich przytaczają właśnie taką wersję wydarzeń. Faktem jest, że Stewart koniec końców pozbył się chwilowych wątpliwości i ukończył pracę nad filmem, który później wielokrotnie określał mianem „ulubionego” i „najważniejszego”.

Początkowo aktor był jednak w swojej opinii dość odosobniony – To wspaniałe życie nie okazało się wielkim box office’owym hitem (w rankingu rocznym uplasowało się dopiero na 26. miejscu), nie wygrało też żadnych ważnych nagród (nie licząc Złotego Globu za reżyserię dla Franka Capry). Prawdziwy zachwyt przyszedł ponad 20 lat po premierze, gdy film stał się żelaznym punktem ramówek amerykańskich stacji telewizyjnych – o tym jednak za chwilę. Stewart próbował wytłumaczyć niechęć widowni w taki oto sposób: „Jedynym wytłumaczeniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest to, że ludzie, którzy właśnie przeszli przez doświadczenia wojenne, szukali w kinie czegoś innego. Ten film, choć zawierał w sobie również komediowe elementy, był naprawdę bardzo poważny. Miał swoją mroczną stronę. Myślę, że widownia oczekiwała Reda Skeletona, komedii slapstickowych, westernów, eskapizmu. Dopiero co zakończyła się wojna. Może to był po prostu zły czas na zrealizowanie tego filmu”5.

Nieco więcej szczęścia To wspaniałe życie odnalazło za granicą – m.in. we Francji, do której po 1945 roku masowo zaczęły napływać amerykańskie filmy (podczas wojny były one, rzecz jasna, zakazane). Dziełem Capry zachwycił się chociażby młodziutki François Truffaut, który kilkanaście lat później w swoim artykule nazwał reżysera Pana z milionami „uzdrowicielem”: „Narastająca szorstkość powojennego życia społecznego, rozwój egoizmu, uparte przekonanie bogaczy, że mogą „zabrać ze sobą wszystko” [nieprzetłumaczalna gra słów z anglojęzycznym tytułem Cieszmy się życiemYou Can’t Take It with You] sprawiają, że jego cuda wydają się jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Jednak w obliczu ludzkiego bólu, zwątpienia, niepokoju i walki z ciężką codziennością Capra jest swego rodzaju uzdrowicielem, to znaczy wrogiem «oficjalnej» medycyny. Tak się akurat złożyło, że ten świetny doktor jest również wspaniałym reżyserem”6. O fascynacji Truffauta filmem Capry pamiętał Claude de Givray, który podczas uroczystości pogrzebowych autora 400 batów wygłosił piękne, poruszające przemówienie inspirowane właśnie Tym wspaniałym życiem: „Gdyby François nigdy się nie narodził, gdyby nigdy nie został reżyserem…”7.

3P. Bogdanovich, Who the Hell’s in It. Portraits and Conversations, tłum. własne, Londyn 2005, str. 254.

4P. Bogdanovich, op.cit., str. 254.

5D. Dewey, op.cit., str. 272.

6F. Truffaut, Frank Capra, The Healer w: The Films in My Life, tłum. własne, Nowy Jork 1985, str. 69.

7A. De Baecque, S. Toubiana, Truffaut. A Biography, tłum. własne, Los Angeles 1999, str. 394.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA