search
REKLAMA
Felietony

TO WSPANIAŁE ŻYCIE – najpiękniejszy film na Boże Narodzenie

Janek Brzozowski

24 grudnia 2020

REKLAMA

Spójrz, Jimmy, wszystko zaczyna się w Niebie. To historia rodzinnego mężczyzny z małego miasteczka, który znalazł się w poważnych tarapatach finansowych i myśli, że jest chodzącą porażką. Gdy przygotowuje się do samobójczego skoku w Wigilię Bożego Narodzenia, anioł Clarence, który marzy o zdobyciu skrzydeł, uprzedza go i skacze pierwszy. Clarence nie umie pływać i nasz bohater musi go ratować. Wtedy Clarence pokazuje mężczyźnie, jak wspaniałe było tak naprawdę jego życie… Cholera, Jimmy, to nie brzmi zbyt dobrze, gdy tak to opowiadam, prawda?”1

Ponoć w taki właśnie sposób Frank Capra zarysował po raz pierwszy Jamesowi Stewartowi fabułę Tego wspaniałego życia – projektu, do którego zdobył prawa kilka miesięcy wcześniej, tj. jesienią 1945 roku. Rozmowa miała zakończyć się chwilowym załamaniem reżysera, który stwierdził, że zamiast fantastycznego pomysłu na film ma w rękach tak naprawdę „najnędzniejszy kawałek gówna, jaki kiedykolwiek widział”. Odesłał więc zdezorientowanego aktora do domu, prosząc, aby ten czym prędzej o wszystkim zapomniał. Stewart musiał jednak dostrzec we wstępnym zarysie projektu coś więcej niż niezdecydowany Capra, gdyż kilka tygodni później zadzwonił do twórcy Pana z milionami i w kilku mocnych słowach przekonał go do rozpoczęcia produkcji.

Widzicie teraz jak na dłoni – mało brakowało, a jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów nigdy by nie powstał (albo przynajmniej nie w takiej formie). Arcydzieło Capry jest dla mnie być może najważniejszym wyznacznikiem świąt Bożego Narodzenia. Rokrocznie, na kilka dni przed Wigilią, odświeżam sobie To wspaniałe życie, zawsze czerpiąc z seansu ogromną satysfakcję, dyskretnie ocierając łzy podczas zakończenia. Oczywiście jest też kilka innych tytułów, które towarzyszą mi w tym wyjątkowym okresie – regularnie sięgam chociażby po To właśnie miłość, Ekspres polarny albo Grincha Rona Howarda. Wynika to jednak przede wszystkim z faktu, że filmy te towarzyszyły mi podczas dorastania – transmitowane na TVN-ie albo Polsacie, stawały się nieproszonymi (choć oczywiście przyjętymi z pełnymi honorami) wigilijnymi gośćmi. W ich przypadku sporą rolę odgrywa więc nostalgia, wymuszająca poniekąd przymykanie oka na niedoskonałości natury fabularnej czy technicznej. Z bożonarodzeniowym klasykiem Capry wiąże mnie natomiast relacja zupełnie innego rodzaju. To wspaniałe życie odkryłem już jako początkujący kinofil, dobierający oglądane tytuły coraz bardziej świadomie. Niecałe cztery lata temu, wcale nie w okresie świątecznym, mój wybór padł właśnie na ten film – zakochałem się od pierwszego wejrzenia, błyskawicznie przeczuwając, że mam do czynienia z czymś absolutnie niezwykłym i niepowtarzalnym.

Co jednak najbardziej urzekło mnie w Tym wspaniałym życiu? Co podbiło moje cyniczne nastoletnie serce? Nie odkryję Ameryki, pisząc, że najmocniejszą stroną filmu Capry jest fabuła – tak, ta sama, którą reżyser nazwał niegdyś „najnędzniejszym kawałkiem gówna”. Punktem wyjścia jest rzeczywiście Niebo – przez pierwszą godzinę filmu obserwujemy oczami anioła Clarence’a różne epizody z życia George’a Baileya. Widzimy, jak bohater ratuje przed śmiercią swojego młodszego brata; jak zaniepokojony stanem psychicznym sklepikarza nie dostarcza „lekarstw”, ocalając w ten sposób pacjenta przed otruciem, a pracodawcę przed więzieniem; jak na imprezie szkolnej zakochuje się w uroczej Mary (Donna Reed), spacerując z nią do późnej nocy po opustoszałych uliczkach. Wraz z upływem czasu dostrzegamy jednak, że historia Baileya coraz bardziej zaczyna przypominać uwspółcześnioną wersję Księgi Hioba. Na bohatera spadają kolejne nieszczęścia – śmierć ojca, Wielka Depresja i knowania bezwzględnego kapitalisty Pottera doprowadzają do tego, że George rezygnuje z realizacji swoich wielkich marzeń o zagranicznych wojażach i na stałe osiedla się w rodzinnym Bedford Falls, z którego od dziecka pragnął się wyrwać. Wielokrotnie stając przed wyborem „ja” kontra „społeczność”, Bailey zawsze stawia na to drugie, ponosząc z tego powodu określone konsekwencje.

Kulminacja nieszczęść następuje w Wigilię Bożego Narodzenia – nieporadny wujek Billy (Thomas Mitchell) gubi 8 tysięcy dolarów, doprowadzając w ten sposób niewielką firmę głównego bohatera na skraj bankructwa. Zrozpaczony George zaczyna panikować – potrząsa nieszczęsnym winowajcą, nazywając go „głupim, starym durniem”; wszczyna awanturę w domu, nie tłumacząc nikomu, o co chodzi; obraża nauczycielkę swojej córki przez telefon; płaszczy się przed Potterem, bezskutecznie prosząc o pożyczkę; w końcu dochodzi do wniosku, że więcej jest wart martwy niż żywy i staje na moście z intencją samobójczego skoku. Te kilka nieprzyjemnych scen, w połączeniu z wyjątkowo mroczną sekwencją alternatywnego Bedford Falls/Pottersville, wprowadza do filmu Capry zupełnie nowy ton, niekojarzony zazwyczaj z twórczością autora Pana z milionami. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podpisać się pod słowami Marka Cousinsa, który w swoim obszernym dziele The Story of Film wspomina: „To wspaniałe życie Franka Capry pamięta się przede wszystkim jako feel-good movie, ale są w nim również elementy filmu noir oraz fragmenty, w których postać Jamesa Stewarta balansuje na granicy psychozy”2.

Rację miał również Roger Ebert, gdy w swojej recenzji Tego wspaniałego życia pisał o tym, że fabuła jest czymś na kształt Opowieści wigilijnej Dickensa à rebours: zamiast zgorzkniałego starca oglądającego obrazki cudzego szczęścia otrzymujemy młodego mężczyznę, który powoli pogrąża się w rozpaczy. Rzecz jasna – do czasu. W ostatniej chwili na pomoc Baileyowi przybywa Anioł Drugiej Kategorii, nieposiadający skrzydeł Clarence. Tajemniczy, nieco zagubiony przybysz prezentuje protagoniście wizję świata, w której jego narodziny nigdy nie miały miejsca. W ten sposób George uświadamia sobie, jak wiele zmienił w życiu poszczególnych mieszkańców Bedford Falls. Jak słusznie zauważa w jednej ze scen Clarence: „Dziwne, prawda? Życie jednego człowieka dotyka tak wielu istnień. Kiedy nagle znika, pozostawia po sobie ogromną pustkę”.

1D. Dewey, James Stewart. A Biography, tłum. własne, Londyn 1997, str. 263-264.

2M. Cousins, The Story of Film, tłum. własne, Edinburgh 2011, str. 200.

Janek Brzozowski

Janek Brzozowski

Student poznańskiego filmoznawstwa. Licencjat poświęcił "Pogardzie" Godarda, "Nocy amerykańskiej" Truffaut oraz skomplikowanej relacji, łączącej obu twórców. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska oraz francuska, a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA