Connect with us

Felietony - Cykle

MOJA BABCIA JEST LESBIJKĄ. Seks, starość i poczucie humoru?

W filmie MOJA BABCIA JEST LESBIJKĄ humor spotyka się z odwagą, eksplorując seksualność i starość w sposób, który zaskakuje i porusza.

Published

on

MOJA BABCIA JEST LESBIJKĄ. Seks, starość i poczucie humoru?

Kino od zarania przypomina lustro, w którym zarówno ludzie, jak i społeczeństwo mogą przeglądać się i dzięki temu dokonywać refleksji. W tym zwierciadle widać przeszłość, czasy obecne i przyszłość. Kino więc poprzez rozrywkę odgrywa rolę wychowawczą i uświadamiającą. Tak przynajmniej być powinno. Istnieje jednak taka sfera, która ciągle wymyka się kinematografii, gdyż w samym społeczeństwie z powodu setek lat tabuizacji wciąż kulturowo i tradycyjnie zabrania się o niej mówić w sposób nieskrępowany – SEKSUALNOŚĆ. Kino ma z nią problem, zwłaszcza to amerykańskie.
Advertisement

Wygina się jak pyton na drzewie, żeby tylko jak najmniej i tak, by nikogo nie urazić, coś o seksie powiedzieć i w ten sam sposób go pokazać. Co ciekawe, PRZEMOCY taka postawa dotyczy w zacznie mniejszym stopniu. Być może dlatego taki film jak Moja babcia jest lesbijką powstał na Starym Kontynencie. Amerykańscy widzowie nie przetrwaliby aż takiej dekonstrukcji kobiecej seksualności połączonej z jak na estetykę kinowych ideałów nowatorsko ukazaną starością. Czy jednak ta domniemana kontrowersyjność produkcji faktycznie istnieje?

JĘK EWOLUCYJNEGO ZAPÓŹNIENIA – tak roboczo nazywam sytuację, kiedy ktoś z uporem ideologicznego maniaka nie chce zauważyć procesu społecznych przemian, który trwa, odkąd człowiek zaczął używać narzędzi i ognia, co finalnie odłączyło pierwotne grupy naszych przodków od ich najbliższych krewnych, czyli małp.

Małpy tą drogą nie poszły, za to idą nią niektórzy współcześni konserwatyści, ślepi na jakikolwiek proces zmian zachodzący w toku dziejów, naiwnie przekonani, że świat, w który wierzą, nie ulegnie ewolucji. Więc tak sobie jęczą i biadolą nad ludzką płciowością, tworząc w kinie różnego rodzaju cenzury. Kodeks Haysa jest najbardziej znaną kodyfikacją owych zabobonnych, konserwatywnych, a co najgroźniejsze, mających antynaukowy zalążek przekonań. Gdyby obowiązywał w Europie, wciąż mielibyśmy problem z wolnościowym kinem. Na szczęście pod względem postępu zostawiliśmy Fabrykę Snów daleko za sobą. Zabrakło nam niestety umiejętności rzemieślniczych i co najważniejsze – pieniędzy na wielkie produkcje.

Advertisement

Kino w stylu Moja babcia jest lesbijką niektórzy zapewne będą określać tytułem LGBTQ. Pewnie znajdą się tacy uwielbiający łatki z obu stron ideologicznej barykady. Dopóki jednak będziemy formułować tak hermetyczne podziały, w rozumieniu ludzkiej płciowości i seksualności nic się nie zmieni. Moja babcia… jest po prostu filmem o miłości. Tak należy go traktować. Nie jak lesbijski manifest, a jako ukazanie, że ludzie homoseksualni ani nie mają garba, ani włosów na dłoniach, ani tym bardziej nie zieją ogniem. Tak by ich pewnie chciały widzieć środowiska homofobiczne.

Lewicowe zaś pragnęłyby, żeby najnowsze filmy obyczajowe ociekały tematyką LGBTQ i tworzyły odrębny gatunek dla odrębnego grona odbiorców. Takie podejście również nie prowadzi do zmian w konserwatywnych społecznościach. Dobrze więc, że Moja babcia… jest kinem wyważonym, niekrzyczącym jak zdesperowany manifestant, chociaż traktuje o wychodzeniu z szafy i np. stosunku Kościoła do homoseksualizmu i ślubów par jednopłciowych. Pytanie tylko, czy nie nazbyt, aż do bezemocjonalności i nijakości? Z drugiej strony desperację „tęczowych” środowisk łatwo zrozumieć – ile setek lat da się akceptować poniżanie, życie w podyktowanych tradycją oszukańczych relacjach i zapieranie się własnego ja. To najzwyklejsza walka o wolność, podobna do tej, jaką np. Polacy toczyli z komunistyczną cenzurą, traktującą zresztą homoseksualistów podobnie jak robią to chrześcijanie i instytucja Kościoła.

Advertisement

Wracając jeszcze do podejścia w kinie do seksualności, jakby tego było mało, Moja babcia prezentuje coś, co jest podobnym tabu, co homoseksualizm – relacja seksualna osób starszych, owych babć. Kino przyzwyczaiło nas do pokazywania wyestetyzowanych, pięknych ciał, pomijając lub kompletnie negując to, że osoby starsze również mają ochotę na seks i go uprawiają. Takie podejście ma swoje źródło w tradycji, gdzie seks jako coś, co samo w sobie jest tabu, dopuszczany był w celach prokreacyjnych, a nie jako dająca przyjemność rozrywka.

Stąd po okresie prokreacyjnym, zwłaszcza w stosunku do kobiet, twórcy w kinie zdecydowali się nie pokazywać, że brzydkie, pomarszczone ciała ludzi starszych wciąż mają taką samą ochotę na erotyczne igraszki. Takie podejście skupia w sobie tabuizację seksu jako aktywności stricte prokreacyjnej, niechęć do pokazywania na ekranie brzydoty w jakiejkolwiek formie (starość, niepełnosprawność, brak urody), a także niższy status kobiet, które mają wizualną wartość jedynie wtedy, gdy odpowiadają panującemu kanonowi zseksualizowanego piękna. Nic się tu nie klei. Niby bez seksu, a jednak wobec kobiet czysto seksualnie.

Advertisement

Podobnie dwulicowy stosunek panuje w męskiej świadomości, gdy faceci mówią i myślą o homoseksualistach. Męski homoseksualizm jest ohydny, natomiast damski już nie, o ile seks uprawiają piękne kobiety o dorodnych piersiach i długich nogach, a na dodatek mają ochotę na przyłączenie się do ich zabaw faceta. Wypada się, panowie, zdecydować. Jesteście za homoseksualizmem czy przeciw niemu?

Żałuję, że twórcom filmu i zapewne Netflixowi zabrakło odwagi, żeby pokazać nagość w kontaktach dwóch babć. Twórcy skupili się na relacjach rodzinnych i oczekiwaniach wobec Kościoła, resztę tematów jedynie sygnalizując. Jeśli produkcja faktycznie miała być kontrowersyjna i zasiać trochę fermentu, powinni iść dalej – trochę, nie w sensie agresywnej manifestacji. Odpowiadałoby to również temu, o czym pisałem nieco wcześniej – powinniśmy traktować film Ángelesy Reiné jako zwykłą, obyczajową historię, więc pokazanie seksu jest w nim czymś naturalnym. Taki jest świat, kolorowy, różny, a miłość ma wielorakie oblicza.

Advertisement

Małżeństwo zaś zostało stworzone, żeby przypieczętować i zapewnić ochronę pewnemu typowi relacji między ludźmi, ich płeć zaś jest nadrzędna wobec aktu, który podpisują, jest bowiem ich cechą naturalną. Żaden akt prawny ani instytucja nie powinny mieć realnej władzy nad tych, czym jest płeć oraz sposób jej pojmowania, odczuwania i realizacji przez jednostkę, której wolność jest zwykle gwarantowana prawnie – zdaje się bardzo cicho wspominać reżyserka Moja babcia jest lesbijką. Oczywiście zaprezentowałem tu wyjątkowo idealistyczną motywację stworzenia instytucji małżeństwa. W filmie wspomniana jest także bardziej realna argumentacja jego powstania – konsumpcjonizm i religijna kontrola społeczności.

Bohaterkom filmu chodzi przede wszystkim o to, żeby mogły wziąć ślub i się nie ukrywać. Czy to tak wiele? Sofia i Celia przeżyły większość swojego życia zgodnie z tradycyjną literą, a teraz, po siedemdziesiątce chcą ostatnie lata egzystencji wreszcie nie udawać. Nie chcą propagować homoseksualizmu, jakby w ogóle dało się to robić, no chyba że się wierzy w pseudonaukowe brednie, że stosunki jednopłciowe są chorobą nadającą się do leczenia elektrowstrząsami lub dużymi dawkami insuliny. Chcą, żeby tuż przed śmiercią przepłynęło przez nie prawdziwe życie, zgodne z ich seksualnością i… wiarą w Boga.

Advertisement

Tak, wyobraźcie sobie, że homoseksualiści mogą być wierzący i chodzić do kościoła. Przyznać trzeba, że takie zestawienie problemów, na dodatek w atmosferze komediowej, nie jest proste, żeby widz uwierzył w fabułę i nie potraktował jej jako pastisz lub ideologiczny manifest. To ostatnie się udało. Reszta niestety zawiodła.

Komediowości w filmie właściwie brak, chyba że mamy nią nazwać udawanie małpy, sztywnych Szkotów czy też bez przerwy nad wyraz rozemocjonowanych aktorów. Samymi krzykami nie da się rozbawić widza. Żartom potrzebna jest treść. Oprawienie produkcji w tak dyskretną, knajpianą muzykę, w żaden sposób nieodpowiadającą okazywanym na ekranie emocjom, również okazało się pudłem. Psuło klimat, a raczej nie pozwalało się mu w ogóle w umyśle widza zagnieździć. Jedyne, co estetycznie było piękne, to widoki. Wyestetyzowane jak bohaterowie, których oczekiwania co do życia (prócz tych lesbijskich) były przedstawione raczej mało autentycznie.

Advertisement

Spore pretensje należy mieć do aktorów, zwłaszcza tych młodszych. Nie poradzili sobie z tematem. Ingrid Garcia Jonsson (Eva) i Leander Vyvey (Stuart) przodowali w byciu kawałkami drewna. Ich zachowanie idealnie pasowało do wyczynów naszych polskich specjalistów od komedii romantycznych pokroju Marty Żmudy Trzebiatowskiej i Piotra Adamczyka. Z bólem przyznaję, że Netflix zmarnował temat. Może Francuzi byliby bardziej konkretni, odważni i dowcipni? A już z pewnością Czesi.

Moja babcia jest lesbijką przypomina mi lody na patyku z polewą czekoladową. Niby wszystko ładnie, polewa zrobiona równo, ciemna, jakby nawet deserowa, lecz po nadgryzieniu okazuje się za gruba, za słodka, a w środku znalazło się tanie nadzienie w postaci zamrożonej wody z sokiem owocowopodobnym. Spodziewałem się prawdziwego mleka, śmietanki i przynajmniej intensywnego waniliowego aromatu. Chociaż przyznaję, początkowy styl i dyskrecja w opowiadaniu o problematyce małżeństw homoseksualnych dały mi nadzieję na coś lepszego.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *