Felietony

Artyści NIE SĄ nadludźmi. Życie prywatne POWINNO MIEĆ wpływ na odbiór ich pracy

Autor: Marcin Kempisty
opublikowano

Jakiś czas temu na łamach portalu pojawił się tekst, w którym Jan Tracz zasugerował istnienie nieprzekraczalnej granicy między artystami a tworzonymi przez nich dziełami. Teza felietonu brzmiała następująco: może i Roman Polański ma coś za uszami, ale przecież stworzył też wspaniałe filmy; może i Michaela Jacksona łączyła „niezdrowa przyjaźń” z dziećmi, ale przecież każdy tupie nóżką, gdy usłyszy piosenkę króla popu. Według Jana życie prywatne w żaden sposób nie powinno determinować recepcji sztuki prezentowanej przez osoby o wątpliwej reputacji. Przedstawiona opinia spotkała się z prawie jednogłośną aprobatą, więc tym bardziej niezbędne jest wsadzenie kija w mrowisko i naświetlenie problemu od zupełnie innej strony.

Zaskakująca jest przede wszystkim lekkość, z jaką wiele osób jest w stanie przeskoczyć nad grzechami artystów, by w pełni rozkoszować się ich twórczością. Według tej optyki przyjemności zmysłowe (bo przecież kino jest doznaniem zmysłowym) i wrażenia estetyczne są o wiele ważniejsze od spraw moralnych, więc wszelkie niedogodności powinny być spychane poza główny nurt dyskusji. Oczywiście nikt nie sugeruje zapominania o dokonanych przestępstwach, lecz uznaje się, że nie mają one żadnego znaczenia w związku z wykonywaną przez twórców pracą. Dla takich ludzi sprawa jest oczywista: jeżeli była zbrodnia, powinna być i kara, ale to nie oznacza, że waga czynów niedozwolonych rzutuje na artystyczne owoce. 

Bill Cosby

Za każdym razem, gdy na tapecie pojawia się dyskusja na ten temat, nadal dziwię się (choć nie powinienem), jak bardzo ludzkie myślenie jest zaprogramowane na wyjątkowe traktowanie artystów i ich sztuki. Gdyby bowiem w miejscu reżysera/pisarki pojawił się przedstawiciel innego zawodu, wtedy głos opinii publicznej brzmiałby zgoła inaczej. Zróbmy eksperyment myślowy: niech każdy w skrytości ducha, z dala od wszelkiej maści autorytetów moralnych i presji środowiskowej, odpowie sobie na kilka pytań. Czy bylibyście w stanie zostawić swoje dziecko osobie, która została skazana za kradzież? Czy jesteście w stanie uwierzyć politykowi, mimo że wcześniej przyłapaliście go na setkach kłamstw? Czy wreszcie pójdziecie na mszę prowadzoną przez księdza, który odsiedział wyrok za molestowanie nieletnich?

Wprawdzie nie istnieje jedyny słuszny model postępowania, ale śmiem twierdzić, że zdecydowana większość trzykrotnie odpowiedziała negatywnie na postawione pytania. Czy tego chcemy, czy nie, oceniamy działania ludzi nie tylko na podstawie efektów i predyspozycji, ale również przez pryzmat czynów dokonywanych w przeszłości. Niby każdy ma prawo do nawrócenia i naprawy wyrządzonych krzywd, ale pod tym względem ludzka pamięć wcale nie jest taka ulotna. Instynkt samozachowawczy każe nam wystrzegać się osób, które niegdyś były na bakier z prawem lub ewidentnie naginały podstawowe zasady moralne. Może to jest czasami krzywdzące, ale też często takie zachowanie chroni przed podejmowaniem nadmiernego ryzyka. Połączenie charakteru człowieka z jego działaniami wychodzi samoistnie. „Człowiek w pracy” i „człowiek po pracy” to nierozerwalnie złączone dwie części bytu, a nie swobodnie dryfujące atomy jakiejś większej całości. 

Michael Jackson

Tymczasem z artystami sprawa ma się zupełnie inaczej. Nadal roztoczony jest wokół nich nimb istot z pogranicza nieba i ziemi, wciąż są traktowani jako demiurgowie, łącznicy między Absolutem a ludzką gliną. Do pewnego momentu, przynajmniej w teorii, ich status był związany ze swego rodzaju narzuconym na nich obowiązkiem moralnym, powinnością względem Boga i odbiorców, ale począwszy od romantyzmu ich sytuacja znacząco się zmieniła. Moderniści dokonali ostatecznego ciosu, wyciągając człowieka sztuki z tłumu i stawiając go na zupełnie innej płaszczyźnie. Dokonało się ubóstwienie, tym razem już bez religijnego i moralnego naddatku. Apologeci takiego stanu z lubością przywołują w takich momentach życie i twórczość Oscara Wilde’a i traktują go niczym wyrocznię, której sądy na temat sztuki są uniwersalne i niepodważalne. 

Zaskakująca jest przede wszystkim lekkość, z jaką wiele osób jest w stanie przeskoczyć nad grzechami artystów, by w pełni rozkoszować się ich twórczością.

Naturalnie nikt otwarcie nie przyzna się do uwznioślania artystów, wszak żyjemy w czasach upadku wielkich narracji zastąpionych przez powszechną niewiarę i ironię. Niemniej jednak na poziomie podświadomym takie traktowanie ludzi sztuki nadal jest na porządku dziennym. Spójrzmy choćby na telewizję lub zajrzyjmy do gazet: co tydzień można zapoznać się z opiniami aktorek, reżyserek czy pisarzy na temat zagadnień społeczno-politycznych. Mają oni możliwość zajęcia wygodnego miejsca i osądzania z pozycji autorytetu, któremu niewygodnych pytań raczej nie wypada zadawać. Nikt nawet nie pomyśli o tym, by spytać o kompetencje w tych sprawach osoby uczącej się tekstu na pamięć i odgrywającej go następnie na scenie; nikt nie podważy otwarcie zdania uznanego twórcy o wielkim dorobku, choć może on nawet nie mieć czasu na śledzenie wiecznie-dziejącej-się polityki. Tak się jakoś dzieje, że pisanie książek i kręcenie filmów automatycznie dodaje twórcom dodatkowe kompetencje w oczach widzów.

Ostatnio dodane