Connect with us

Publicystyka filmowa

ŻYĆ I UMRZEĆ PO SWOJEMU. 5 najlepszych ról STEVE’A McQUEENA

„ŻYĆ I UMRZEĆ PO SWOJEMU” to fascynująca opowieść o Steve’ie McQueenie – niegrzecznym chłopcu Hollywood, który żył intensywnie i bez kompromisów.

Published

on

ŻYĆ I UMRZEĆ PO SWOJEMU. 5 najlepszych ról STEVE'A McQUEENA

„Jego życie byłoby smutne, gdyby pragnął czegoś innego” – stwierdza dr Jameson w Ziarnkach piasku (1966), patrząc na odchodzącego McQueena. To w istocie najlepsze podsumowanie tego „niegrzecznego chłopca” w Hollywood. Żył szybko, agresywnie, nie akceptując rzeczy, które uważał za nieinteresujące bądź szkodliwe dla siebie. Mało obchodziło go, co świat o nim sądzi. Zapewne dlatego to określenie „być jak Steve McQueen” tak kusi młodych facetów, mnież na pewnym etapie również. Bo to życie kolosalną pełnią – i nie ma znaczenia, że zakończone zbyt szybko.
Advertisement

Intensywne, za kierownicą pięknych samochodów, przed butelką whiskey, z papierosem w ustach i w ramionach wielu kobiet. Później się z tego wyrasta albo ginie, wciąż niezaspokojonym i wolnym.

Jake Holman, Ziarnka piasku (1966), reż. Robert Wise

Za tę rolę McQueena nominowano do Oscara. Całkowicie zresztą słusznie, chociaż film niekoniecznie przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy są spragnieni emocjonującej, szybkiej akcji. Pamiętajmy, że Ziarnka piasku zostały nakręcone w latach 60., a i tak zachwycają plenerami i oddaniem detali. W miejscu pracy Holmana, czyli w maszynowni, gdzie znajduje się silnik parowy, można siedzieć godzinami, zaś McQueen gra swoje. Pasuje do wielkich tłoków i dźwigni. Jest grubo ciosanym marynarzem, który przestrzega jednak zasad. Jakich? Racjonalnych i ludzkich, co nie zawsze stoi w zgodzie z wojskowymi regułami jego zawodu.

Bunt jest w końcu koniecznością. I bynajmniej nie chodzi tu o przysporzenie sobie wrogów wśród załogi. Holmana sprzeciw jest znacznie głębszy. On nie godzi się na takie Chiny ani na amerykańską w nich obecność w takiej formie. Marynarze, z którymi walczy, to zaledwie symbole, jednostkowo nic nieznaczące, bo Jake za wszelką cenę nie chce się dostosować, jakby poprzez takie działania mógł zmienić otoczenie. Mcqueenowszczyzna w Ziarnku piasku potowarzyszy Steve’owi aż do końca kariery. Nie jest ona już taka młodzieńcza i ślepa. Powoli trzeźwieje, staje się w pewnym sensie wyrachowana, chociaż wciąż w dalekiej perspektywie skazana jest na przegraną. Ewoluuje w kierunku nieugiętości Bullitta. Jest w niej też jakaś forpoczta przedwczesnego końca. To ciekawe, że McQueen nie wygląda na swoje lata. Czas biegnie dla niego szybciej.

Advertisement
Henri „Papillon” Charriere, Motylek (1973), reż. Franklin J. Schaffner

Są różne rodzaje buntu, w których specjalizował się McQueen. W Motylku akurat przyszło mu zagrać o tyle trudną rolę, że prócz radykalnej niezgody na więzienną rzeczywistość, w której go umieszczono, musiał dodatkowo sugestywnie ukazać kolejne stany rozpadu fizycznego człowieka. Henri Charriere (Motylek) to nie żaden antybohater czy bezsensowny buntownik, a postać tragiczna. Jakby na marginesie całej fabuły zostały jego przewinienia. One nie są ważne. Nie na tym ma się skupić widz. Tamto życie poza więzieniem w Gujanie Francuskiej nie istnieje, zostało wykreślone i Motylek o tym dobrze wie.

Nie chce się jednak z tym pogodzić i tak naprawdę nie może – inaczej straci tożsamość, a o to chodzi w tym systemie łamania ludzi. Staje więc przed wyborem, drastycznym i prawie niemożliwym – dawać sobie nadzieję kolejnymi próbami ucieczek, za co grozi tzw. rekluzja, czyli po ichniejszemu karcer, albo zamienić się w pokornego więźnia jak Louis Dega (Dustin Hoffman). To desperackie zbliżanie się do śmierci i oddalanie od niej, zagłodzenie, problemy z tożsamością z powodu utraty sił, a wreszcie szalony gniew i zdecydowanie mimo przeciwności McQueen pokazał po mistrzowsku.

Advertisement

Oglądając go, w ogóle nie odnosi się wrażenia, że on nie czuje tego, co gra. Jest do końca swoją postacią, dlatego od Motylka nie sposób się oderwać. Kibicuje się mu podczas każdej ucieczki, nieważne, co zrobił kiedyś. Liczy się szansa na zmianę obecnie oraz cała przyszłość. Charriere w końcu skutecznie ucieka, jak na ironię wtedy, gdy jego ciało jest już tak zniszczone, że nie może dać mu żadnej radości poza więzieniem. W istocie jest Motylkiem, który żył za długo.

Frank Bullitt, Bullitt (1968), reż. Peter Yates

Chociaż film ten ma wiele wad, m.in. bardzo, ale to bardzo „twardy” montaż, co w dzisiejszych czasach ogląda się z mozołem, delikatnie rzecz ujmując, to McQueen dzięki tej roli właśnie osiągnął apogeum swojej legendarnej nieugiętości, twardości i wewnętrznego zbuntowania. Jego twarz przypomina maskę, a równocześnie aż kipi emocjami. Skłócenie ze światem nie przybiera żadnej gwałtownej formy, a jednak jest silniejsze niż każdy ślepy bunt. Może z początku przynosi efekty, bo Bullitt rozwiązuje sprawę, ale nic nie poradzi na sieć układów. Z tym systemem przegra, bo nie potrafi się ugiąć.

Advertisement

Nie zrobi więc kariery. Nie ułoży sobie szczęśliwego życia, bo zbyt dużo myśli o trupach w pracy, o swojej walce i zgorzknieniu. Kiedy zabija, jego twarz pozostaje tak samo niewzruszona, gdy ściska w ramionach swoją kobietę. Jest zarazem bohaterem i antybohaterem. Nie ma w nim patosu, a pokłady nierozładowanego gniewu. W dzisiejszym kinie mało już takich postaci – jeśli któraś z nich przeżywa smutek, to albo musi się rozpłakać, albo wygłosić podniosły monolog. Bullittowi nie potrzeba takich farmazonów. Owa postawa właśnie skusiła wielu młodych, imponowała im siłą złączoną z bezkompromisowością. Być jak Steve McQueen to w gruncie rzeczy być jak Frank Bullitt i chłodzić łokieć w fordzie mustangu.

Doc McCoy, Ucieczka gangstera (1972), reż. Sam Peckinpah

Zobaczyć McQueena jako twardego mężczyznę i jednocześnie czułego romantyka to rzadkość. Maska antybohatera zaciemnia cały czas jego emocjonalne oblicze. W Ucieczce gangstera pozwolił sobie na trochę więcej, zwłaszcza w obecności swojej przyszłej żony, nieco przaśnie wyglądającej z tymi niewyregulowanymi brwiami Ali MacGraw. Takie wręcz dwuznaczne zachowanie wcale nie odjęło mu męskości. Grając u Peckinpaha, miał 42 lata, zaledwie, a po twarzy wręcz nie do uwierzenia. Liczne zmarszczki sugerowały, że jest starszy o co najmniej 10 lat. Doskonale zatem pasował do gangstera z romantycznymi odruchami, mającego więzienną przeszłość i cierpiącego na problemy w dostosowaniu się do życia na wolności.

Advertisement

Antybohaterskość więc nie oznacza bycia negatywną postacią dla widza. W przypadku McQueena ocena moralna jego czynów jest zrelatywizowana do jego buntu, niedostosowania społecznego i patriarchalnej roli, którą niewątpliwie ikonicznie wypełnia, chociaż bez żadnej antyfeministycznej, negatywnej konotacji. W duecie z Ali góruje nad nią aktorsko, co jest słabą stroną produkcji. Jego pełen energii głos w dialogach i jej ciche, bełkotliwe kwestie pozostawiają niemiłe wrażenie niedopasowania castingowego aktorki do odgrywania roli u boku silnej osobowości. Nie wszystko jednak musi być idealne, bo klimat filmów sensacyjnych z lat 70. rekompensuje braki warsztatowe MacGraw. Akcja leniwie, lecz z suspensem prze do przodu, a McQueen góruje nad wszystkimi innymi postaciami swoją niegrzeczną charyzmą.

Kapitan Hilts, Wielka ucieczka (1963), reż. John Sturges

John Sturges ma rękę do tzw. niedzielnych filmów. Ucieczka z Fortu Bravo (1953), Stacja arktyczna Zebra (1968), Orzeł wylądował (1976) to filmy nadające się wybitnie na leniwy, wolny od pracy dzień i wciągające tak bardzo, że można zapomnieć o dramacie nadchodzącego poniedziałku. Wielka ucieczka również się do nich zalicza. McQueen idealnie wpasowuje się w klimat filmu wojennego, ale to przecież nic osobliwego. Bycie nieco zbuntowanym więźniem oflagu w czasie II wojny światowej nie różni się zbytnio od grania buntownika w czasach pokoju, tyle że deczko skorumpowanych, nieuznających prostych zasad.

Advertisement

Zadziwia pozytywnie za to luz, niemal komediowość postaci Hiltsa, bo jego bunt ma w Wielkiej ucieczce wymiar nieco rozrywkowy. Wojna w produkcji Sturgesa jest wyczyszczona z jej mroku, bezmyślnej przemocy i najgorszego poniżania człowieka. Takie podejście ma spełnić określoną rolę – odpowiadać na rozrywkowe potrzeby widzów, którzy chcą kina wojennego, ale pełnego nadziei. Kreującego bohaterską rzeczywistość, a nie podkreślającego bezmyślną przemoc, mimo że to nieraz dalekie od prawdy historycznej. Co ciekawe, McQueen mimo swojego twardego image’u wkomponowuje się w nieco dowcipną rzeczywistość obozu jenieckiego, co nie oznacza, że Wielką ucieczkę oraz jego rolę należy traktować w kategoriach stricte komediowych. To raczej bezkrwawy, niedzielny, nieco przygodowy obraz wojny dla dużych chłopców.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *