search
REKLAMA
Zestawienie

Najbardziej PRZEWIDYWALNE filmowe PLOT TWISTY

Szymon Skowroński

29 lipca 2020

REKLAMA

Im więcej filmów obejrzysz, tym trudniej cię zaskoczyć, prawda? Mniej więcej od lat dziewięćdziesiątych XX wieku scenarzyści zaczęli lubować się w zupełnie nieprzewidywalnych plot twistach, czyli scenach wywracających do góry nogami dotychczasowy przebieg fabuły. Zaskakujące i niespodziewane zmiany biegu historii działały znakomicie w takich obrazach jak Siedem, Pulp Fiction, Podejrzani, Lęk pierwotny, Podziemny krąg czy Szósty zmysł. To narzędzie znane jest pisarzom, dramaturgom i scenarzystom w zasadzie od początku istnienia sztuk scenicznych, jednak w ostatnim czasie wyznacznikiem dobrego stała się jego nieprzewidywalność. Bywa, że scenarzyści zbyt mocno ufają swojemu instynktowi, a producenci – zbyt słabo wierzą w instynkt i mądrość widza. Rezultatem są przewidywalne zwroty fabuły i twist endingi. Przedstawiam listę filmów – niekoniecznie złych – w których zwroty akcji dało się wyczuć dużo, dużo wcześniej. 

Tekst oczywiście zawiera spoilery.

W ciemność. Star Trek

– A może to Czakha Khan? Albo Irfan Khan? – Nie, to nasz stary, dobry, znany Khan…

…a więc Benedict to Khan! Nie wiem, komu przyszło do głowy, by próbować ukryć lub zakamuflować ten fakt. Od momentu pierwszych doniesień o sequelu całkiem udanego remake’u klasycznej opery sci-fi, fani spekulowali, że głównym przeciwnikiem może być ponownie Khan – znany głównie za sprawą jednej z najlepszych pełnometrażowych odsłon serii, czyli Gniewu Khana. Prawdziwi trekkies pamiętają zapewne odcinek pierwszej serii, Space Seed, w którym załoga USS Enterprise spotkała Khana po raz pierwszy. Skoro więc J.J. Abrams z ekipą postanowili utworzyć alternatywną linię czasu, by pogodzić wszelkie nieścisłości i niejasności między starą i nową serią i „odmłodzić” znaną załogę, to oczywistym wydawało się, że przywrócą do alternatywnego życia jednego z najbardziej znanych łotrów z tego uniwersum. Choć część publiczności w castingu Benedicta Cumberbatcha upatrywała się odnowionego Khana Noonien Singha, to scenarzyści postanowili udawać, że w gruncie rzeczy mają pomysł na świetny twist. Seansu W ciemność. Star Trek w żadnym wypadku nie można uznać za stracony czas, natomiast pozostaje uczucie niedosytu związane z tak oczywistym rozwiązaniem. Jakby tego było mało, filmowy reveal jest dramaturgicznie podniesiony do granic możliwości. Dysproporcja między pompatycznością sceny a jej przewidywalnością wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego. A można było po prostu wyłożyć karty na stół!

Wyspa tajemnic

– Szepnąć ci na ucho plot twist? – To tu jest jakiś plot twist?

Zaryzykuję stwierdzenie, że w trakcie swojej długiej i pracowitej kariery Martin Scorsese nie zrobił złego filmu. Pomiędzy projektami realizowanymi z pasji (jak chociażby czekające na produkcję 28 lat Milczenie) brał na warsztat produkcyjniaki, które podrzucało mu studio. Po oscarowej Infiltracji i dokumencie Rolling Stones w blasku świateł Scorsese zainteresował się popularną powieścią Denisa Lehane’a – Wyspą tajemnic. Dwie poprzednie adaptacje utworów Lehane’a – Rzeka tajemnic i Gdzie jesteś, Amando?, wyreżyserowane przez odpowiednio Clinta Eastwooda i Bena Afflecka, zdobyły bardzo przychylne recenzje krytyków i publiczności. Scorsese po raz kolejny zaprosił do udziału swojego ulubieńca – Leo DiCaprio, drugi plan wypełnił ciekawymi i utalentowanymi Markiem Ruffallo, Benem Kingsleyem, Emily Mortimer, Michelle Williams, Maxem von Sydowem i niedocenianym Eliasem Koteasem. Opowieść rozgrywała się w otoczeniu szpitala psychiatrycznego ulokowanego na niedostępnej wyspie. Para detektywów – w tym jeden z problemami neurologicznymi i emocjonalnymi – próbowała rozwiązać tajemnicę zniknięcia jednego z pacjentów. Film był istną ucztą zmysłów – sugestywna atmosfera oparta na zdjęciach Roberta Richardsona, aurze niedopowiedzeń i umiejętnej reżyserii oraz nastrojowej ścieżce dźwiękowej pozwalała na całkowite zanurzenie się w historię bohatera granego przez Leonardo DiCaprio. Nie jest jednak – nomen omen – tajemnicą, że zwrot akcji był dość oczywisty, bo prowadziło do niego wiele wątków, w dodatku jakiekolwiek inne rozwiązanie wydawałoby się dość nieprawdopodobne. Uważny widz mógł znaleźć w filmie zapowiedzi prowadzące do rozwiązania, a mniej uważny – raczej nie powinien zaskoczyć się informacją, że główny bohater poszukiwał samego siebie, w ramach eksperymentalnej terapii. Koniec końców, Wyspa tajemnic była satysfakcjonującym thrillerem bez pretensji do bycia arcydziełem, a przewidywalny finał nie przekreślił frajdy z dochodzenia do rozwiązania zagadki razem z bohaterem. 

Life 

– A może w tym zakończeniu jest jakieś drugie dno?

Thriller z Jakiem Gyllenhallem i Ryanem Reynoldsem to przykład nie tylko przewidywalnego twistu w finale, ale przewidywalnej, szablonowej i schematycznej produkcji. Brzmi jak zarzut, ale niekoniecznie nim jest – nie wszystkie filmy muszą być arcydziełami, wywracać gatunki do góry nogami, poruszać głębokim artyzmem. Scenariusz Life zawiera dwa twisty – jeden udany, drugi już mniej. Pierwszy wynika z czynników pozafilmowych. Uśmiercanie bohaterów filmu w ramach rozwoju intrygi to rzecz zupełnie tradycyjna, zwłaszcza w konwencji horroru i thrillera. Nikogo nie dziwi, gdy jeden z – wydawałoby się głównych – uczestników akcji zostaje „zabity na śmierć”. Inaczej sprawa ma się, gdy jest obsadzony jednym z najgorętszych nazwisk sezonu. Tak było w przypadku Life, gdzie połowy seansu nie dożywa Ryan Reynolds. Dlaczego ten twist wynika z czynników pozafilmowych? Bo gdyby jego postać grał jakikolwiek inny aktor o mniejszej sile oddziaływania, ta śmierć byłaby po prostu śmiercią. A tak – nie umiera bohater filmu, tylko tracimy z ekranu Ryana – Deadpoola! – Reynoldsa. Drugi twist zawiera się w zakończeniu. Pamiętacie ten horror, w którym bohaterom udaje się zgładzić potwora, ale ten w jakiś cudowny sposób ożywa, by w finalnym ujęciu iść dalej w świat i robić to, co potwory lubią najbardziej? Celowo nie podaję tytułu, bo to przecież klisza zgrana niczym muzyka z Requiem dla snu. Rozumiem jej znaczenie, rozumiem jej zastosowanie, rozumiem jej kontekst. Niektórym twórcom udaje się jednak znaleźć jakikolwiek pierwiastek oryginalności w takim zakończeniu. Nie uświadczymy tego w Life. Film kończy się standardowym „o rany, to jednak żyje” i niemym okrzykiem uświadomienia, że nasza planeta została zainfekowana przez obcą formę życia.

Avatar

Szymon Skowroński

REKLAMA