Publicystyka filmowa
Zapomniane potwory, czyli najbardziej NIEDOCENIANE filmy z gatunku MONSTER MOVIE
Wielka małpa na szczycie wielkiego budynku to zawsze była czysta magia kina. Które filmy z gatunku Monster Movie zasługują na więcej uwagi?
Kino z wielkimi potworami to najlepszy przykład rozrywki wprost stworzonej pod wielkie ekrany. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że właśnie dla takich produkcji powstało samo kino. Pozwalają zawieszać niewiarę i powoływać do życia stworzenia, które nie istnieją albo dawno wyginęły. Pozwalają też spełniać dziecięce marzenia, urzeczywistniać zabawy wyobraźni. Dla mnie wielka małpa na szczycie wielkiego budynku to zawsze była czysta magia. Ulegałem jej jako dziecko i ulegam jej dziś. Tak odbieram KINO. Kiedyś w dyskusji filmoznawczej i akademickiej się tego trochę wstydziłem.
Musiałem chyba dojrzeć do… bycia dzieckiem. Dziś staram się zachować zdrowy balans, bo kocham też filmy, które pozwalają mi się zatrzymać, zastanowić, zasmucić, zaśmiać, zatrwożyć. Bo w życiu potrzeba nam całej palety emocji. KINO jest tylko jedno – to wielkie potwory atakujące ludzi, rozwalające miasta, wydostające się z ogrodzeń, wyłażące z głębin i podziemi, udowadniające, że żywioły nie mają barier i granic, a człowiek to w tym świecie taka mała, zbyt pewna siebie pchła. Dlatego często przymykam oko na idiotyzmy, brak logiki czy to, że lotniskowiec nie tonie pod ciężarem Konga i Godzilli. 
Jednak nawet w najbardziej wynaturzonym fantasy, czyli Monster Movie, tym jest lepiej, im większe wrażenie prawdziwości otrzymujemy ze strony serwowanej nam ułudy. Przecież bez takich filmów jak King Kong, Godzilla, Rodan czy Bestia z głębokości 20 000 sążni nigdy nie powstałyby Szczęki i Park Jurajski, które powszechnie uważa się za przełomowe i niezwykle ważne dla całej kinematografii.
Dla mnie to dwie najważniejsze produkcje mojego życia i chociaż Są też takie, które wykorzystują tematykę do dyskusji o rzeczach naprawdę niespodziewanych. Dzisiaj wybrałem filmy z gatunku Monster Movies, które są po prostu niedoceniane lub do dziś nie otrzymały należytej uwagi.
„Colossal” (2016)
Parafrazując klasykę brytyjskiego humoru: Nikt nie spodziewał się Anne Hathaway współodczuwającej emocje z Kaiju. Colossal już na poziomie samego pomysłu jest chyba najbardziej przewrotną i nietypową produkcją, która pojawi się w tym zestawieniu. Główna bohaterka, niedojrzała imprezowiczka, po kolejnym nieudanym związku wraca do rodzinnej miejscowości. Jej styl życia się jednak nie zmienia, aż do momentu, gdy w odległym Seulu nie pojawia się najzwyklejszy potwór, który w nietypowy sposób jest z nią połączony.
Ten film pozostaje wielką, może trochę zbyt ogólną metaforą radzenia sobie z przemocą, alkoholizmem. Produkcja chyba na tym trochę straciła, bo większość widzów oczekiwała typowego Monster Movie, ewentualnie komedii.
„Orka – Wieloryb zabójca” (1977)
Jednym z tych wspaniałych, niesłusznie zapomnianych starych filmów, które zafascynowały mnie za źrebaka i na zawsze zmieniły moje jestestwo, był Orka – Wieloryb zabójca. Byłem wtedy (nadal jestem) fanatykiem Szczęk i do seansu filmu Michaela Andersena uważałem, że nie ma potężniejszego chada w wodach tego świata od żarłacza białego. Wyobraźcie sobie opad mojej, nomen omen, szczęki, gdy w pierwszej scenie Orki samiec robi z ludojada wycinankę.
To było doznanie formujące moją wyobraźnię na nowo. Dobrze, że obejrzałem później Uwolnić orkę, bo odczuwałbym permanentny lęk wobec tych stworzeń. Moim zdaniem, to produkcja, której naprawdę trochę brakuje do kultowego już filmu Spielberga (przede wszystkim nie jest tak sprawnie opowiedziana i zmontowana), ale aktorsko, wizualnie i dźwiękowo to jest GENIALNE dzieło. Na poziomie wymowy, głębi przesłań i dramatyczności wyprzedza też Nie wystarczy taka rekomendacja? To łapcie to! Całość jest okraszona muzyką Ennio Morricone, a niesamowity Richard Harris pokazuje swoje najlepsze aktorstwo. Jednak najwspanialsze są tu ujęcia, klimat i onieśmielająco-przerażające orki. Te stworzenia są ukazane tak odlegle, jak tylko się da od wbitego w świadomość społeczną obrazu Willy’ego ze wspomnianego już
„Potwór z Czarnej Laguny” (1954)
Nie byłbym sobą, gdybym nie polecił tu jakiegoś absolutnie niedocenianego klasyka Universala sprzed doby cyfrowych efektów specjalnych. A takim, w mojej opinii, jest właśnie Potwór z Czarnej Laguny. Fabuła filmu znów jest prosta – ekspedycja naukowa rusza w górę Amazonki, aby odnaleźć tajemnicze, prehistoryczne stworzenie. To, co odnajdują, zmienia ich wyprawę w prawdziwy horror.
To, czym urzeka film Jacka Arnolda, jest klimat i design tytułowego potwora. Humanoidalna postać i charakteryzacja do dziś robią wrażenie, a fakt, że może funkcjonować na lądzie i w wodzie rozpala wyobraźnię, buduje uczucie grozy. Takie efekty wciąż działają swoim nadrealizmem. W przeciwieństwie do niektórych produkcji całkowicie opartych na CGI. Co ciekawe, mimo tego, że głównym highlightem produkcji jest element fantastyczny związany z monstrum, to całość broni się na poziomie fabularnym, bo sporo tu się dzieje w warstwie przesłania i znaczeń. To jedna z tych produkcji, którym udanie wychodzi wyłuszczenie znanej prawdy – największymi potworami są ludzie. Ten film, mimo tego, że nie jest wymieniany wśród najbardziej znanych Monster Movies, jest źródłem wielu inspiracji dla późniejszych twórców. Przyznawał się do nich chociażby Guillermo del Toro, który stworzył oscarowy
„Łowca trolli” (2010)
Jestem fanem zabawy z kulturą, dekonstrukcji mitologii, szukania w niej nowych sensów i nadawania życia. Stąd szalenie mnie bawił utrzymany w klimacie found footage norweski Łowca trolli z 2010 roku. Chcecie zobaczyć miks Blair Witch Project z szukającym mitycznych stworzeń Indianą Jonesem po 30 latach picia wódki pod fiordem? Zatem odpalajcie właśnie ten film. To produkcja bezpretensjonalna, uczciwa formalnie, zaskakująca na poziomie pomysłu, kreacji postaci. Nie jest może czymś nowym, a jednak eksploruje tematykę, której found footage jeszcze nie przemieliło. Film pozostaje jednak wciąż niszowym, co motywuje jeszcze bardziej do tego, aby odkryć go na nowo. Naprawdę warto.
„The Host: Potwór” (2006)
Tym filmem wielką karierę rozpoczynał twórca nagradzanego Oscarami i Złotą Palmą w Cannes Parasite, czyli Joon-ho Bong. Serio. Zaznaczam, że przez lata nie byłem wielkim fanem kina Dalekiego Wschodu. Odkryłem je na nowo ostatnio. Jednak do seansu The Host moje zainteresowanie nim ograniczało się do filmów Kurosawy, filmów o Godzilli i horrorów z przełomu XX i XXI wieku.
Na horror Joon-ho Bonga natrafiłem totalnie przypadkowo któregoś lata podczas zwyczajnego przerzucania kanałów na rodzicielskim telewizorze. Od początku coś mnie musiało ująć, bo inaczej bym kontynuował poszukiwania. Jak dobrze, że się zatrzymałem! Pamiętam, że początkowo zastanawiałem się, czy to nie jakiś pastisz, dziwny twór z pogranicza kina Klasy B, ale po dłuższej chwili moje zainteresowanie rosło i w końcu… wsiąknąłem. Była to dla mnie tak odżywcza, odmienna i świeża forma zaprezentowania tematyki Monster Movie, że przez długi czas Joon-ho Bong nie wychodził mi z końskiej łepetyny. Już wtedy widać było ten krytyczny komentarz społeczny, który tak trafia w jego twórczości. Może i efekty z
„Siedem minut po północy” (2016)
Kolejna bardzo nietypowa produkcja na mojej liście. Jeżeli zachwyciliście się Jojo Rabbitem, to pokochacie zdecydowanie ten mniej rozreklamowany, wspaniały, smutny, ale też niezwykle mądry i ciepły film. To historia chłopca, który odkrywa, że równo siedem minut po północy budzi się niedaleko jego domu ogromny potwór. Nie jest to opowieść, której możecie się spodziewać, a raczej zacierająca granicę między rzeczywistością a wyobraźnią historia o stracie, przemijaniu, bliskości, samotności, potrzebie zrozumienia i akceptacji. Polecam w ciemno, bo niewiele filmów wzruszyło mnie tak mocno, jak Monster Calls. A jeżeli nie czujecie się jeszcze przekonani, to dorzucę ciekawostkę – Liam Neeson podkłada głos potworowi i jest w tym po prostu IDEALNY.
„Śmiertelny rejs” (1998)
W swojej klasie to wręcz bezczelne, wydestylowane z najlepszych wzorców kino o potworach, świadomie korzystające ze wszystkich pokładów bycia produkcją B klasy. Na Śmiertelny rejs trafiłem kiedyś zupełnie przypadkowo, jeszcze za czasów, gdy oglądałem telewizję. Jakiż to był satysfakcjonujący seans! Historia jest prosta jak konstrukcja cepa – luksusowy statek transatlantycki podczas swojego pierwszego rejsu zostaje zaatakowany przez piratów. Okazuje się, że na pokładzie są tylko trupy i… potwory. Rozpoczyna się walka o przetrwanie.
Brzmi sztampowo, jednak jest zaskakująco dobrze, bo Sommers dokładnie wie, jaki robi film, niejednokrotnie puszcza oko do widza, bawi się nawiązaniami do Obcego i klasyki horroru. Efekty trochę rażą, absolutnie nie czuć 45 milionów budżetu. Jednak zabawa jest naprawdę przednia.
„Pacific Rim” (2013)
Zgoda, to najbardziej uznany przez widzów i krytyków film w całym zestawieniu. Będę udawał, że dzieło Guillermo del Toro to jednak wciąż produkcja, o której mówi się zdecydowanie za mało. Chodzi mi tylko, rzecz jasna, o pierwszą część, która przywróciła blask i odświeżyła gatunek Monster Movie. Teoretycznie jest to bardzo sztampowa, schematyczna historia ludzkich bohaterów sterujących wielkimi robotami w walce z potężnymi Kaiju. Pacific Rim jest jednak destylatem z wszystkiego, co najlepsze w tego typu opowieściach, gwarantuje immersję, spektakl, poczucie spełnienia. To wielkie widowisko. Cóż, del Toro dokładnie wiedział, czego oczekują widzowie i fani, bo sam się do nich zalicza.
„Godzilla” (1998)
Tak, to moje guilty pleasure – film niedobry, jednak za dzieciaka wywołujący prawdziwe rumieńce na twarzy. Cóż mam powiedzieć? Godzillę z 1998 kochałem jak niewiele innych filmów i katowałem VHS z wypożyczalni do zdarcia taśmy. Jako 9-latek byłem oszołomiony wizją Nowego Jorku zaatakowanego przez legendarną Godzillę. Cóż, dziecko kochające Monster Movies widzim jak wielki potwór rozwala miasto i robi to w takim stylu, że… rozwala mu też mózg i wyobraźnię. Będę również kontrowersyjny – podobał mi się kuropodobny design Króla Potworów z wielką szczęką. Chad. To właśnie w tamtym czasie największe wrażenie robiły też na mnie sceny z Zaginionego świata Parku Jurajskiego z tyranozaurem w mieście.
Działało na mnie chyba po prostu to połączenie mojego, dobrze znanego, realistycznego świata z tym z marzeń sennych. Wystarczył realistycznie zrobiony, jak na tamte czasy, potwór, który włazi do miasta, niszczy, jest akcja i napięcie i to wszystko. Dopiero po latach zauważyłem, że Wiecie jednak co? Do dzisiaj mam ogromny sentyment do tej produkcji. To się nie zmieniło. I nie zmieni. Jak Jimmy Page odpala gitarę, to płynę znów z Matthew Broderickiem i Jeanem Reno na fali nostalgii.
„Godzilla vs. Kong” 2021
Moje KINO absolutne. Godzilla vs. Kong to film, który może i urąga inteligencji, jednak spotyka się ze mną na tych samych rejestrach pojmowania tego, czym jest widowisko. To produkcja, której powinno się poświęcać zdecydowanie więcej uwagi. Zwłaszcza w perspektywie nijakich produkcji MCU w IV Fazie. W swojej miłości do potworów i wręcz ostentacyjnej świadomości tego, czym chce być, dała mi mnóstwo czystej frajdy, wizualnej uczty i niekłamanej satysfakcji. To nie była świetna fabuła, to nie było wiarygodne, sensowne kino. Jednak ile tam było zrozumienia, miłości do klasyki i najczystszej, nieskrępowanej radości z bijatyki potworów.
To było – niemal całkowicie – to, czego oczekiwałem. Widziałem jak Kong leje toporem Godzillę, widziałem, jak upada i powstaje. Wciąż żałuję, że w tej historii występują ludzie. Wystarczyłoby, żeby wielka małpa chodził sobie po świecie, skrobała się po tyłku i później walczyła o prawo do tego, żeby móc to robić w spokoju. Bo w życiu liczą się rzeczy proste, o nie warto walczyć.
