Connect with us

Publicystyka filmowa

ZA CO TEN OSCAR? Reżyserzy niesłusznie nagrodzeni przez Akademię

ZA CO TEN OSCAR? to kontrowersyjna analiza reżyserów, którzy otrzymali nagrodę, lecz niekoniecznie zasłużyli na uznanie Akademii.

Published

on

Można dyskutować o tym, kto niezasłużenie nie zdobył statuetki Oscara zarówno w przypadku aktorów, jak i reżyserów. Werdykty Akademii to jednak nie tylko pomijanie ważnych nazwisk, lecz także wręczanie prestiżowej nagrody twórcom, którym nie do końca się ona należała. Albo przynajmniej nie za to konkretne filmowanie dokonanie.

Advertisement

Michel Hazanavicius – Artysta (2011)

Kilka tygodni temu paryski twórca kupił mnie filmem Ja, Godard (2017), wcześniej podobali mi się Rozdzieleni (2014), ale nie podzielam werdyktu Akademii o przyznaniu mu Oscara za wyreżyserowanie Artysty. Doceniam to, że udało się oddać ducha epoki kina niemego, że kompozycyjnie ten film rzeczywiście sprawia wrażenie nakręconego jeszcze zanim nastał przełom dźwiękowy.

Aktorzy (Bérénice Bejo czy Jean Dujardin) również nie zawiedli i swobodnie czuli się przed kamerą w nietypowych kreacjach. W Artyście brakuje mi jednak wartości dodatniej poza byciem formą kalki. Ze strony Hazanaviciusa zbyt wiele hołdu i położenia akcentu na stylistykę retro, a za mało próby zrobienia z Artysty dzieła, o którym można byłoby szerzej pisać nie tylko ze względu na jego formę. Historia jest nawet ciekawa, ale przyćmiona przez oprawę wizualną i zabiegi techniczne. Oczywiście nie jest to typowe retro, albowiem nie czas akcji jest najważniejszy, lecz to, jak pieczołowicie oddano ówczesny sposób kręcenia filmu i pojedynczy, wyjęty z całości kadr na pewno mógłby posłużyć jako zmyłka dla osób nieznających kontekstu, niemniej w moim odczuciu to za mało.

Advertisement

Bernardo Bertolucci – Ostatni cesarz (1987)

Z 1970 roku pochodzi świetny Konformista i solidna Strategia pająka. Uwielbiam popisową rolę Marlona Brando z Ostatniego tanga w Paryżu, dobrze się bawiłem na Marzycielach (2003), a nawet przesadnie sentymentalna Rzymska opowieść (1998) ma świetne momenty.

Ostatni cesarz mnie jednak rozczarował, a oczekiwania były spore. Zawiniła właśnie reżyseria. To utwór ze znakomitą, rzetelnie przygotowaną scenografią oraz kostiumami. Oko ma co chłonąć. Problemem jest jednak sposób opowiadania. Bertolucci nieumiejętnie zastosował skoki na osi czasu. W efekcie nie uatrakcyjniają prowadzonej narracji, lecz wprowadzają niepotrzebny chaos. Niektóre wątki zostały nadmiernie rozbudowane (aby już nie mówić o rozwleczeniu), zaś inne, teoretycznie ciekawsze, poruszono oszczędniej. Brakuje mi także przekonania wobec protagonisty. Chyba dopiero pod koniec zacząłem dzielić z nim uczucia… Wcześniej większą uwagę skupiał Reginald Johnston (w tej roli Peter O’Toole) niż główny bohater. Szkoda, ponieważ większe możliwości finansowe Bertolucci wykorzystał należycie. Wizualnie to dzieło bezsprzecznie się podoba.

Advertisement

Vincente Minnelli – Gigi (1958)

Niniejszego filmu i jego reżyserii tak bym się nie czepiał, gdyby nie został wręcz obsypany Oscarami. Ot, stosunkowo poprawne kino musicalowe. Jeżeli jednak Vincente Minnelli sięgnął po statuetkę, a Gigi ze spektakularnymi osiągnięciami zapisała się w kartach historii filmu, to trudno zaistniałą sytuację pozbawić komentarza. Gigi cierpi na wielu polach. Nie sprawdza się jako musical (trudno wrócić myślami do jakiegokolwiek utworu), a osoby, które liczyły na popisy taneczne, spotka doza rozczarowania (niejeden kawałek zaśpiewany wręcz na siedząco).

Jako melodramat dzieło Minnellego także nie porywa, nie inaczej w przypadku oprawy wizualnej. Podoba mi się zastosowana w filmie wyrazista, sugestywna czerwień, lecz w wielu innych wnętrzach otrzymujemy albo przesyt kolorów, albo wybrano takie, które się ze sobą gryzą. Operatorsko nie jest to również dzieło nad wyraz zróżnicowane i uciążliwa jest dominacja planów pełnych oraz amerykańskich przy częstym postawieniu na statyczne ujęcia.

Advertisement

Nie jestem wielkim fanem Amerykanina w Paryżu (1951), ale jeżeli Minnelli miał otrzymać szczególne wyróżnienie za musicalowe dokonanie, to właśnie za ten film. Gigi blednie bardziej, gdy zestawimy ją z innymi przedstawicielami gatunku. Z uśmiechem można spojrzeć na to, w jakim stopniu doceniono Deszczową piosenkę (1952) czy Zabawną buzię (1957), a to tylko dwie z wielu uznanych pozycji.

Tony Richardson – Tom Jones (1963)

Jeden z najważniejszych brytyjskich reżyserów w historii. W Smaku miodu (1961) czy Samotności długodystansowca (1962) dla Richardsona istotny był kontekst zwyczajnego człowieka, zwyczajnych sytuacji, a przy tym podejmował ciekawą próbę upoetyzowania codzienności. Niniejszy twórca, jak przystało na przedstawiciela nurtu Free Cinema, prezentował zrujnowane budynki, podnoszące się po wojnie miasto, ludzi próbujących przetrwać. Dostrzegalne w jego twórczości są wpływy Outsidera Colina Wilsona czy sztuk Johna Osborne’a. Niestety, Tom Jones to dzieło nieudane.

Advertisement

Richardson za czas akcji obrał XVIII wiek i odczuwalne stało się to, że już nie opowiadał o realiach znanych mu z własnego doświadczenia. Doza komizmu także jego filmowi nie posłużyła. Oczywiście nie brakuje zabawnych momentów, ale w ogólnym spojrzeniu Tom Jones nie stanowi przedniej formy rozrywki. Można docenić Richardsona, że bardzo szybko starał się urozmaicić swoją twórczość i spróbować czegoś nowego. Być może jednak wykonany przeskok z bezkompromisowych, dramatów naturalistycznych w stronę „luźniejszego” kina nastąpił zbyt gwałtownie.

Sydney Pollack – Pożegnanie z Afryką (1985)

Przed seansem spodziewałem się mdłego melodramatu i pod tym względem Pollack mnie zaskoczył. Oczywiście wątek romansu jest silnie obecny, lecz nie w takim stopniu, jakiego się spodziewałem. Gorzej, że reżyser nie ustrzegł się gatunkowych klisz, a sama historia… Miałem problem z zaangażowaniem się w nią. Niby Robert Redford, niby ładnie skomponowane kadry portretujące Afrykę, co budziło asocjacje z kinem Johna Hustona, ale czegoś zabrakło. Nawet słynna scena z myciem włosów… Dobrze, że została nakręcona bez zbędnych ozdobników (np. podkładu muzycznego), ale wątpię, abym pomyślał o niej jako potencjalnie kultowej, gdyby nie wcześniejsze powszechne głosy. Film oglądałem jednak dobrych kilka lat temu, zatem może przyjdzie czas, aby odświeżyć i bardziej docenić.

Advertisement

Martin Scorsese – Infiltracja (2006)

Wolałbym, aby poczekać jeszcze kilkanaście lat i wręczyć Amerykaninowi nagrodę honorową. Oscar specjalny odnosiłby się przede wszystkim do jego naprawdę wybitnych dokonań, a tak mamy statuetkę z roku 2007 za przeciętną Infiltrację. To tylko niezły kryminał, nie do końca udany remake, ale przede wszystkim jedno ze słabszych osiągnięć Scorsesego. Niekoniecznie słabych, ale słabszych. Skoro nie dostał Oscara za Chłopców z Ferajny (1990), nie był nawet nominowany za Taksówkarza (1976) czy New York, New York (1977), to nie powinien z przymusu go otrzymywać za zdecydowanie mniej udane dzieło.

Gorące nazwiska w obsadzie, zajmujący gatunek, dość przeciętna konkurencja… Wreszcie się udało. Infiltracja przyniosła pożądaną (nie tylko przez reżysera, ale i jego sympatyków) nagrodę. Szkoda, ale z drugiej strony… Zawsze mogło być gorzej. A nuż Akademia wcisnęłaby Oscara za Gangi Nowego Jorku (2002) albo Aviatora (2004)…

Advertisement

William Friedkin – Francuski łącznik (1971)

W latach 70. nakręcono wiele kryminałów ukazujących „brudną” Amerykę. Francuski łącznik jest jednym z ważniejszych tytułów, pod pewnymi względami pełni rolę prekursora, a pamiętne role stworzyli Gene Hackman oraz Roy Scheider. Tego nie neguję, lecz nie mogę pozbyć się poczucia nadmiernej liczby absurdów w tymże kinie akcji. Zdobywca nagród Akademii z 1972 roku momentami wychodzi naprzeciw prawom fizyki, ludzkiej psychologii… Mnóstwo rzeczy się tam nie zgadza i jestem w szoku, że został tak doceniony. Jasne, obrany przez Friedkina gatunek wymaga pewnej umowności, ale wszystkiego konwencją wybronić nie można. Realizacja scen na stacji metra czy wątku ze snajperem… To tylko przykłady złych reżyserskich posunięć.

John Ford – Spokojny człowiek (1952)

Oscar za zdjęcia jest zrozumiały. Winton C. Koch bowiem bardzo ładnie sportretował uroki życia w małym miasteczku, a dominująca w plenerowych ujęciach zieleń dodaje filmowi niezwykłego klimatu. Niestety sam świat jest bardzo papierowy, momentami wręcz sztuczny i (w pejoratywnym tego określenia znaczeniu) teatralny. Ponadto szkoda, że idea nakręcenia dzieła o powrocie do korzeni została sprowadzona do walki o miłość.

Advertisement

Absolutnie nie mam nic przeciwko kinu romansu, ale początek dzieła Forda zapowiadał bardziej urozmaiconą i odkrywczą tematycznie historię. Tajemnicza przeszłość głównego bohatera, byłego sportowca, powracającego w rodzinne kąty, aby odbudować się mentalnie po doświadczeniu tragedii, jakiej był sprawcą… Pierwsze momenty pobytu w ojczyźnie pokazują, że wskrzeszenie optymalnej kondycji psychicznej łatwe jednak nie będzie. Przez resztą dzieła dominuje wątek miłosny, który właściwie mógłby zostać poprowadzony z pominięciem całej otoczki i wiodącej na otwarciu idei powrotu po latach. John Ford to ważny, zasłużony dla sztuki filmowej artysta, ale nakręcił szereg lepszych utworów. Spokojny człowiek jest tym dużo słabszym.

Carol Reed – Oliver! (1968)

Bycie wiernym powieści Karola Dickensa wyszłoby temu filmowi na lepsze. Próba przeobrażenia klasycznej powieści na materiał musicalowy okazało się niewłaściwym posunięciem. Warstwa plastyczna czy układy choreograficzne mogą się momentami podobać, ale przede wszystkim na polu warstwy słownej (piosenek) niestandardowość adaptacji staje się odczuwalna, co w tym przypadku stanowi mankament. W kinie także spotkaliśmy bardziej ujmujące kreacje dziecięce, ale jeszcze inną kwestią jest twórczość Reeda oraz jego konkurenci. Niepotrzebni mogą odejść (1947) czy Trzeci człowiek (1949) autorstwa brytyjskiego twórcy to utwory, które zdecydowanie bardziej zasłużyły na Oscarowe uznanie. W 1969 roku o statuetkę rywalizował m.in. ze Stanleyem Kubrickiem oraz Franco Zeffirellim. Nie trzeba od razu sięgać po banał, jakim będzie 2001: Odyseja kosmiczna (1968). Opowiedzenie o Romeo i Julii, jakiego na ekranie się podjął włoski reżyser, także należałoby ocenić wyżej niż musicalowe potknięcie Reeda.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *