Publicystyka filmowa
YES-MENI. O dwóch takich, co naprawiają świat
YES-MENI to pełna humoru opowieść o dwóch aktywistach, którzy z uśmiechem zmieniają świat, łącząc politykę z szaloną maskaradą.
The Yes Men, Yes-Meni naprawiają świat oraz Yes-Meni idą na rewolucję – kojarzycie te filmy? Pewnie nie. Dwa ostatnie miały co prawdą premierę w polskich kinach, ale pokazywane były w śmiesznej ilości kopii. Dokument, w dodatku taki, który ma zabarwienie polityczne, społeczne, dla niektórych może i agitacyjne, to nie jest coś, co sprzedaje się łatwo. Taki seans najczęściej kojarzy się z przyswajaniem ogromnej ilości faktów, liczb, „gadającymi głowami” używającymi zbyt trudnych słów i odwołującymi się do wydarzeń, o których mało kto pamięta. Oczywiście przesadzam, ale tzw. „zwykłemu widzowi” trudno przekonać się do takich filmów.
Yes-Meni to jednak zupełnie inna para kaloszy. Produkcje opowiadające o działalności Andy’ego Bichlbauma i Mike’a Bonnano ogląda się jak najlepsze komedie – niestety jednocześnie bardzo gorzkie. Ich poczynania często przypominają to, co robił w Boracie Sascha Baron Cohen, ale ci panowie mają o wiele poważniejsze cele niż rozśmieszanie widzów, Złoty Glob i miliony dolarów wpływów z biletów. Swoimi prowokacjami kulturowymi chcą sprawić, by świat stał się lepszy. Są jednymi z najbardziej znanych alterglobalistów. Swoją rewolucję, w odróżnieniu od wielu innych aktywistów, prowadzą z uśmiechem na ustach, w sposób szalony, wygłupiając się i robiąc coś w rodzaju maskarady. Ale to tylko wierzchnia warstwa. Pod spodem jest zawsze walka o prawdę.
Słynny hiszpański socjolog Manuel Castells o alterglobalistach mówi w ten sposób:
Jest to ruch, który mówi ‘nie’ w imieniu ludzkości, włączając w tę negację tych, którzy są nadal pozbawieni głosu. Z tego odrzucenia wyłania się możliwość innego świata, którego zasady i horyzont historyczny są funkcją debaty, jaką ruch alterglobalistyczny pobudził swoimi walkami.
I choć kilku liderów ruchu rzeczywiście wsławiło się swoim głośnym „nie” rzuconym w stronę elit rządzenia, Bichlbaum i Bonnano stosują wręcz odwrotną taktykę. Sprzeciwiając się globalizacji, mówią wyraźnie „tak!”.
Panowie na tak
Yes-Meni, czyli „przytakiwacze” bądź „panowie na tak”, to grupa alterglobalistów, która zajmuje się tzw. „culture jamming” (zagłuszanie kulturowe). Chodzi tu o dezinformację – liczne prowokacje, mające na celu zwrócenie uwagi świata na niedorzeczności obecnego modelu biznesowego. Mimo że w akcjach bierze udział wiele osób, głównymi aktorami są w nich zawsze Bichlbaum i Bonnano – dwaj Amerykanie, pracujący na co dzień jako wykładowcy uniwersyteccy. Wyjątkowość ich strategii polega na tym, że nie krytykują wprost. Wręcz przeciwnie – śledzą działania wielkich korporacji, „przytakują”, zgłaszają nowe pomysły zgodne z polityką danej firmy czy organizacji. Ale w ten właśnie sposób pokazują absurdy tego świata, wyśmiewają go i stają się przyczynkiem do globalnej dyskusji. Mówiąc prawdę, Yes-Meni obnażają kłamstwa. A jak się to wszystko odbywa?
Zaczyna się zazwyczaj od założenia fałszywej strony internetowej. Yes-Meni podszyć mogą się pod kłamliwą, ich zdaniem, korporację, niewywiązującą się ze swoich zadań instytucję rządową itd. Strona wygląda bardzo profesjonalnie, wyglądem przypomina tę oficjalną. Problem jest zawsze z adresem – przecież jest już zajęty. Ale Yes-Meni potrafią sobie z tym poradzić. Przykładowo, gdy zakładali własną witrynę Światowej Organizacji Handlu (WTO), posłużyli się adresem www.gatt.org (General Agreement on Tariffs and Trade – Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu, czyli swoisty „poprzednik” WTO).
Gdy strona już działa, czekają na kontakt. A właściwie czekają na czyjś błąd – gdy ten się przydarzy, dostają zaproszenia na konferencje, wykłady, sympozja… Jako reprezentanci danej firmy czy organizacji otrzymują możliwość wypowiedzenia się podczas ważnych wydarzeń. A co za tym idzie, podarowana jest im scena oraz publiczność do „przytakującej” prowokacji.
Świeczka z ludzkich zwłok
W 2007 roku wystąpili na największej w Kanadzie konferencji energetycznej. Podając się za przedstawicieli ExxonMobil oraz NPC (National Petroleum Council – Narodowa Rada Paliwowa), wygłosili referat o alternatywnych możliwościach uzyskiwania energii. Zasugerowali, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby otrzymywać ją z ludzkich zwłok. Projekt ten zatytułowali Vivoleum. Swój pomysł uwiarygodnili, wręczając każdemu z obecnych świecę w kształcie człowieka, po czym odtworzyli film opowiadający historię śmiertelnie chorego pracownika ExxonMobil, który zdecydował się przekazać swoje ciało do dalszego wykorzystania.
Uczestnicy konferencji dostali jasną informację – trzymane przez nich świece zrobione zostały z mężczyzny przedstawionego w filmie. Po ich zapaleniu dało się zresztą wyczuć dziwny zapach, przypominający smród spalonego mięsa. Wskazując zalety Vivoleum, Yes-Meni z powagą podkreślali, że złoża materiału do produkcji są odnawialne, ogólnodostępne i odpowiadają na potrzeby niszowego rynku zwiększającą się podażą. Dopiero przy samym końcu swojej prezentacji zostali zdemaskowani i poproszeni o opuszczenie konferencji. Wielu z uczestników nawet wtedy nie zorientowało się, że mieli do czynienia z manipulacją. Wychodzących z sali Yes-Menów żegnali brawami i dopiero po pewnym czasie, dopytując się znajomych, zdawali sobie sprawę z tego, że ci dwaj panowie wcale nie byli przedstawicielami ExxonMobil i NPC.
Pomysł z wykorzystywaniem ludzkiego ciała jako, swojego rodzaju, biopaliwa, był szokujący, ale – jak widać – dla wielu osób możliwy do realizacji. Taktyka alterglobalistów jest w tym wypadku prosta – pokazują, jak mało krytyczni jesteśmy w stosunku do działań wielkich korporacji i instytucji. Nie patrzymy im na ręce, pozwalamy, by robiły, co chcą. A to pierwszy krok do tego, aby biznes zawładnął światem.
Defekacja, filtracja, hamburger w Trzecim Świecie
Tego typu akcji Yes-Meni mają już na swoim koncie bardzo wiele. Ich pierwszy film dokumentalny, „The Yes Men” z 2003 roku, w całości skupia się na próbach ośmieszenia Światowej Organizacji Handlu. Jako przedstawiciele WTO przeprowadzili chociażby wykład dotyczący walki z głodem na świecie. Ich sposobem na rozwiązanie tego problemu miało być wielokrotne przetwarzanie żywności – swój projekt przygotowali w porozumieniu z firmą McDonalds. Najkrócej mówiąc, gdy ktoś kupował hamburgera w kraju kapitalistycznym, po procesie defekacji, a następnie filtracji, kotlet mógł zostać sprzedany ponownie – oczywiście w którymś z krajów Trzeciego Świata.
Inną akcją, która odbiła się szerokim echem na świecie, była propozycja nowego stroju roboczego dla menadżerów. Chcąc zapewnić tej grupie możliwie jak największą kontrolę nad pracownikami, Yes-Meni wymyślili specjalny uniform. Obcisły, lateksowy, w złotym kolorze – z okolic krocza wydobywał się balon, kształtem przypominający penisa. Na przymocowanym do niego monitorze menadżer mógł obserwować poczynania swoich pracowników. Dodatkowo zaproponowali, by załogom azjatyckich szwalni wszczepiać pod skórę chipy informujące menadżera o wydajności jego podwładnych. Dzięki kostiumowi menadżer mógł np. wybrać się na spacer i wciąż kontrolować to, co działo się w jego firmie. Choć publiczność seminarium w Tampere, odbywającego się pod hasłem „Tekstylia przyszłości”, kilka razy się zaśmiała, nikt nie podał w wątpliwość tego, że mają do czynienia z reprezentantami WTO. Po raz kolejny ich pomysł okazał się być za mało absurdalny. Nie dość, że nie przerwano im prezentacji, zostali zaproszeni na obiad wraz z innymi referentami, podczas którego pytani byli o szczegóły dotyczące przełomowego kostiumu. Najważniejsze dla Yes-Menów było jednak to, że zrobione zostały im zdjęcia. Dzięki temu o ich akcji usłyszeć mógł cały świat.
Trup, który przynosi korzyści
Bilchbaum i Bonnano przyznają wprost – nie przeprowadzają tych wszystkich manipulacji dla kilkudziesięciu czy nawet kilkuset osób uczestniczących w konferencji. Chodzi o to, aby akcja odbiła się szerokim echem. Tak było też w Tampere – po ich wystąpieniu media przez kilka tygodni informowały o niecodziennym pomyśle WTO. Oczywiście, większość doniesień zawierała już informację o tym, że była to tylko mistyfikacja, ale Yes-Menom zupełnie to nie przeszkadza. Ważne, aby zwracać uwagę świata na problemy, pokazywać, do jakiego absurdalnego stanu rzeczy dążymy. Jeśli ktoś przeczyta artykuł w gazecie tylko i wyłącznie dlatego, że zainteresowało go zdjęcie mężczyzny w średnim wieku ubranego w obcisły, złoty kostium – nie ma to żadnego znaczenia. Najistotniejszy fakt jest taki, że dowie się, dlaczego ta akcja została przeprowadzona. A to pierwszy krok do sukcesu.
Yes-Meni wskazują też, że wartość życia ludzkiego w dobie globalizacji może być łatwo zestawiana z wartością pieniądza. W jednej ze swoich akcji przedstawili oni projekt „Akceptowalne ryzyko”, polegający na dość specyficznym wyliczaniu bilansu zysków i strat. W największym skrócie chodziło o to, by określić, jak dużo ludzi może umrzeć przy pracy, by inwestycja wciąż przynosiła korzyści. Wskazywali na to, że rynek kieruje się własnymi prawami i choć teoretycznie każde życie ludzkie powinno mieć taką samą wartość, to śmierć mieszkańca tzw. Trzeciego Świata nie jest tak samo istotna jak kogoś ze Stanów Zjednoczonych.
Podczas swojego wykładu posługiwali się także złotym szkieletem, „Gildą – trupem, który przynosi korzyści”. Mimo to nie zostali zdemaskowani, ba!, słuchający ich przedstawiciele banków z całego świata bardzo ciepło wyrażali się o tym pomyśle. Yes-Meni skomentowali to w swoim specyficznym, dobitnym, stylu:
Firma mogła powiedzieć ‘Będziemy mieć tandetną fabrykę w słabo rozwiniętym kraju ze skorumpowanym systemem prawnym. Zakład może wybuchnąć i ludzie mogą umrzeć, ale zarobimy dużo pieniędzy.’ Wówczas bank mówi ‘Świetnie! Brzmi jak biznesplan’.
Naprawa tożsamości
Właściwie o każdej akcji Yes-Menów informowały media całego świata – jednak jedno z ich wystąpień przebiło wszystkie pozostałe. Co ciekawe, w tym przypadku Bilchbaum i Bonnano zmienili nieco strategię działania. Nie pokazywali już absurdów obecnego modelu biznesowego. Zajęli się sprawą, która została „zamieciona pod dywan” – katastrofą w indyjskim Bhopalu z 1984 roku. W wyniku wypadku doszło tam wtedy do uwolnienia 40 ton toksycznego gazu z fabryki pestycydów firmy Union Carbide. Skutki były tragiczne. Dane co prawda różnią się między sobą, ale wszystkie one mówią o śmierci na miejscu ponad trzech tysięcy osób.
Kolejne 15 tysięcy zmarło w wyniku powikłań, zaś łącznie poszkodowanych mogło być nawet 560 tysięcy ludzi
Szefostwo Union Carbide wypłaciło ofiarom odszkodowania w kwocie 470 milionów dolarów, co oznaczało, że większość osób otrzymała nie więcej niż tysiąc dolarów. Skomentowane zostało to przez przedstawicieli firmy w sposób następujący:
Pragniemy poinformować akcjonariuszy Union Carbide, że jesteśmy przekonani, iż ofiary otrzymały uczciwą i sprawiedliwą rekompensatę, bez istotnej straty dla firmy, która mogłaby wpłynąć na kondycję finansową Union Carbide Corporation.
Gdy firma Dow Chemical kupiła Union Carbide, jej zarząd zapowiedział, iż wypłaci odszkodowania ofiarom z tytułu wcześniejszych zaniedbań przejętej korporacji. Częściowo wypełnili obietnicę – zajęli się nieuregulowanymi sprawami na terenie Stanów Zjednoczonych. Wypłacili choćby dwa miliony dolarów 14 osobom, które pozwały Union Carbide za pracę przy azbeście w Teksasie.
Mieszkańcy Bhopalu nie dostali jednak nic. Dlatego Yes-Meni postanowili zrobić to, co – według nich – Dow Chemical powinien zrobić już dużo wcześniej. Znowu podszyli się pod przedstawicieli korporacji, ale, zamiast wyśmiewać jej działania, zdecydowali się „naprawić ich błąd”.
W dwudziestą rocznicę katastrofy, 3 grudnia 2004 roku, sprawa wróciła do mediów. Program o Bhopalu przygotowywali m.in. dziennikarze BBC. Chcąc zaprosić do uczestnictwa w dyskusji przedstawiciela Dow Chemical, przez pomyłkę weszli na fikcyjną stronę Yes-Menów. Dla Bilchbauma i Bonnano była to niezwykła szansa – otrzymali zaproszenie do programu, który „na żywo” oglądać mogło nawet kilkaset milionów ludzi. Postanowili wykorzystać to najlepiej, jak tylko mogli. Bilchbaum, podając się za niejakiego Jude’a Finnisterrę z Dow Chemical, wydał w imieniu firmy oświadczenie.
Ogłosił, iż jego korporacja przekaże 12 miliardów dolarów na zadośćuczynienie ofiarom i ich rodzinom oraz dokładne zabezpieczenie miejsca katastrofy.
Powinniśmy to zrobić trzy lata temu, gdy przejmowaliśmy Union Carbide. Robimy to teraz. Chciałbym również powiedzieć, że jest to bardzo duże wydarzenie, ponieważ po raz pierwszy w historii spółka akcyjna wielkości Dow Chemical podjęła działania, które negatywnie i znacząco wpłyną na jej zysk, tylko i wyłącznie dlatego, że tak należy zrobić. Akcjonariuszy może to nieco zaniepokoić, ale myślę, że jeśli chcą tego, co ja, to będą zachwyceni, że są częścią tego historycznego wydarzenia. Przecież wartości ludzkiego życia nie da się porównać z wartością pieniądza. Musimy zrobić to, co właściwe dla tych, których skrzywdziliśmy.
Przez bardzo długi czas była to wiadomość numer 1. Jako że w Stanach Zjednoczonych w chwili emisji programu była noc, minęło kilka godzin, zanim ktoś z Dow Chemical poinformował, że nikt o nazwisku Finisterra u nich nie pracuje. Yes-Meni osiągnęli swój cel – zmusili firmę do powiedzenia jasno i wyraźnie „Nie ponosimy odpowiedzialności za katastrofę w Bhopalu i nie wypłacimy żadnych pieniędzy ofiarom”. To zdanie, będące gorzką pigułką, powtarzane było w mediach na całym świecie jeszcze częściej niż fałszywa wypowiedź Bilchbauma. Mimo oświadczenia firmy, ich akcje zdążyły spaść o 4,2%, co przyniosło straty rzędu 2 miliardów dolarów. A takie pieniądze już mogłyby pomóc bardzo wielu poszkodowanym.
Gdy cała mistyfikacja wyszła na jaw, Yes-Meni podkreślali, że nie ukradli tożsamości Dow Chemical. Ich zadaniem była raczej naprawa tożsamości firmy.
Złodziejstwo tożsamości jest wtedy, gdy mali kryminaliści podszywają się pod uczciwych ludzi, chcąc ukraść im pieniądze, a ‘korekta’ – gdy uczciwi ludzie podszywają się pod wielkich kryminalistów, by publicznie ich upokorzyć.
Swoim wystąpieniem w BBC chcieli przypomnieć światu, że Bhopal pozostaje niezagojoną raną. Uważają oni, że Dow Chemical oszukuje ludzi, wmawiając im, że nie można nic zrobić z tą sprawą – ich prowokacja miała na celu pokazanie, że jednak można coś zrobić. I to bardzo łatwo.
Oczywiście pojawiały się głosy, że swoim postępowaniem Yes-Meni dali także fałszywe nadzieje mieszkańcom Bhopalu. Dziennikarze wielokrotnie pytali, czy, przygotowując prowokację, myśleli o reakcji ofiar. Bronili się w prosty sposób: „Na pewno wyrządziliśmy poszkodowanym minimalną szkodę, w porównaniu z tym, co zrobiło im Dow Chemical”. W końcu stwierdzili, że to jednak za mało. Ciągle zastanawiali się, czy rzeczywiście wyrządzili krzywdę tym, którym zamierzali pomóc. Wybrali się więc do Indii, by na miejscu przekonać się, jak było naprawdę. Mieszkańcy Bhopalu przyznawali, że najpierw płakali z radości, potem z rozczarowania.
Ale, gdy emocje opadły, stwierdzali, że prowokacja ta miała w sobie dużo dobrego – w końcu świat zwrócił na nich uwagę, w końcu mówiło się o Bhopalu i o tym, jaki jest stosunek Dow Chemical do katastrofy.
Satyra celniejsza niż rzut koktajlem mołotowa
Krytycy twierdzą, że nie ma poważnych dowodów, które usprawiedliwiałyby poglądy alterglobalistyczne. Podkreślają, że w wielu rejonach świata zmniejsza się liczba ludzi żyjących za mniej niż jednego dolara dziennie, że rośnie dostęp do elektryczności, telefonów, czystej wody… Dodatkowo, dla wielu mieszkańców tzw. Trzeciego Świata, globalizacja nie jest problemem. Słynne stały się słowa byłego meksykańskiego ambasadora w USA, który powiedział: „Dla biednego kraju, jak nasz, alternatywą dla niskopłatnych prac, jest jedynie brak pracy”. Wśród przeciwników alterglobalistów ważnym argumentem jest też brak jasnych poglądów, wspólnych dla wszystkich uczestników ruchu.
Poza tym, alterglobaliści mają też często opinię chuliganów. Ich cele wydają się być utopijne, a sposób działania polegać ma tylko i wyłącznie na demolowaniu miast, w których odbywają się spotkania międzynarodowych organizacji finansowych i politycznych. Trzeba więc przyznać, że Yes-Meni ze swoimi „przytakującymi” wystąpieniami, to ciekawa forma tego ruchu. Jak napisał swego czasu Bartek Chaciński w „Przekroju”:
Znając świat filozofii i literatury, Yes-Meni przenoszą dyskusję o globalizmie z poziomu walk ulicznych na poziom starć na poglądy. Yes-Meni to powrót dawnej satyry w kolorowym przebraniu, jak przystało na czasy show-biznesu. W historii alterglobalizmu jeszcze żaden rzut koktajlem Mołotowa nie był tak celny jak satyra Ludzi na Tak.
Swoją strategię Yes-Meni zmieniają rzadko – zrobili to właściwie tylko w przypadku Bhopalu i zaprzestania budowania mieszkań socjalnych w Nowym Orleanie po przejściu huraganu Katrina. W 2008 roku zrobili jednak coś wyjątkowego. 12 listopada, wraz z grupą tysiąca ochotników, rozdali w centrach Nowego Jorku i Los Angeles specjalne wydanie gazety „New York Times”. Było to oczywiście wydanie fałszywe – z datą z „lepszej przyszłości”, 4 lipca 2009. Zawierało tylko i wyłącznie pozytywne wiadomości, takie, które każdy chciałby przeczytać. „Koniec wojny w Iraku”, „Wszystkie państwowe uczelnie będą bezpłatne”, „Ustawa o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym podpisana”, „Ustalono płacę minimalną” itp.
Wydrukowano aż 100 tysięcy egzemplarzy tego numeru. Nie było to po prostu stworzenie fałszywej strony internetowej. Cała akcja wymagała dużo pracy i zaangażowania wielu ludzi. Dlaczego więc to zrobili?
Wiemy, że prawdziwe zmiany nie przychodzą łatwo i potrzeba do nich więcej niż dwóch kolesi w tanich garniturach, tworzących fałszywe strony www. Chcieliśmy więc zaprezentować, jak mogłaby wyglądać prawdziwa zmiana. Pomysł był taki, aby pokazać coś optymistycznego, pokazać, że możemy to wszystko zrobić. No bo czemu by nie?
Ludzie, którzy otrzymali do rąk gazetę, byli zaskoczeni – szybko orientowali się, że mają do czynienia z mistyfikacją. Komentując, powtarzali, że to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Ale, po chwili namysłu, stwierdzali również, że nie jest to przecież niemożliwe. Cytując Yes-Menów, „Jeśli garstka osób będących u władzy może sprawić, że dzieją się złe rzeczy, to niby dlaczego my wszyscy, zwykli ludzie, nie mielibyśmy się zebrać i, dla odmiany, zrobić czegoś dobrego?”.
