Publicystyka filmowa
WIRUJĄCY SEKS NA POLU KONICZYNY, czyli jak tłumaczy się u nas tytuły
WIRUJĄCY SEKS NA POLU KONICZYNY to błyskotliwa analiza sztuki tłumaczenia tytułów, odkrywająca ich zawirowania i nieprzewidywalność.
Voltaire rzekł niegdyś, że tłumaczenie jest jak kobieta – albo piękne, albo wierne. Nie miejsce i czas na zastanawianie się, dlaczego francuski pisarz tak zero-jedynkowo kategoryzował płeć piękną, skupmy się zatem na dwojakiej naturze samego przekładu przez niego zaproponowanej. Jaka jest rola osoby odpowiedzialnej za tłumaczenie tekstu i jaką ścieżkę ma obrać? Wierność słowu, czy wierność stylowi? Może po trochu z każdego? Pytania, na które każdy tłumacz powinien sobie odpowiedzieć choćby po to, by swoją pracą oddać sprawiedliwość i odbiorcy, i twórcy. O ile w przypadku dłuższych form literackich wyzwaniem może być każde kolejne zdanie, o tyle inaczej sprawa ma się, gdy przychodzi do tytułów filmowych.
Tytuły bowiem nie wymagają, aby zachowano styl czy lekkość pióra autora tekstu. Nie zmuszają do radzenia sobie z całą serią nazw własnych. Wytyczna jest teoretycznie prosta: utrzymać sens oryginału, zachować związek z fabułą i jednocześnie nadać tytułowi dobre brzmienie. Jakże inaczej wygląda to w praktyce, gdzie „tłumaczenie” zamienia się w „sprzedawanie tytułem”.
Przyjrzyjmy się polskiemu nazewnictwu – niechlubnym klasykom, rażącym przykładom, jak i ogólnym metodom przekładu, jakimi posługują się dystrybutorzy na rodzimym rynku.
Nadając nowe tytuły
Po pierwsze – panuje duża tendencja na nie tyle niedosłowny przekład, co po prostu zatytułowanie filmu od nowa. Kultowym przykładem jest tu oczywiście Dirty Dancing, które pierwotnie funkcjonowało jako Wirujący seks.
Dziś polski tytuł nie jest z reguły stosowany – chociażby w programach telewizyjnych używa się oryginalnej nazwy – ale bez wątpienia po wsze czasy będzie się przewijać przez podobne listy. Tak samo zresztą jak Skazany na śmierć, czyli Prison Break, choć ten przynajmniej faktycznie bazuje na wątku z serialu i nie każe niczemu wirować. Poza tym, są bardziej skrajne przypadki.
Mówiąc konkretnie, zdaje się, że dystrybutorzy często nie wierzą w inteligencję polskiego widza. Skąd ta teza? Ano z tego, że niejednokrotnie mordują oryginale tytuły tylko po to, aby przedstawić nową, bardziej łopatologiczną wersję. Kilka losowych, acz rażących przykładów na dowiedzenie tezy:
Finding Neverland, ładny i poetycki tytuł biograficznego filmu o twórcy Piotrusia Pana funkcjonuje u nas jako Marzyciel (dobrze, że nie Dyzio). Tak, Barry z całą pewnością marzył na jawie, szkoda jedynie, że oryginalna nazwa – w kontekście filmu dwuznaczna, lecz jasno mówiąca, z czym i z kim związana – na naszym rynku mogłaby nazywać film o kimkolwiek, kto marzy. Czyli chyba po prostu kimkolwiek.
Duplex, często wyświetlana w telewizji komedia Danny’ego DeVito, opowiada o zmaganiach pewnej młodej pary z irytującą starszą sąsiadką, z którą mieszkają w tytułowym dupleksie, rodzaju bliźniaczego domu. Postanawiają pozbyć się uciążliwej lokatorki – polscy dystrybutorzy mocno wzięli sobie do serca zamiary bohaterów i przekonwertowali je na tytuł, zatem Starsza pani musi zniknąć. Ach, gdyby Władca Pierścieni nazywał się Pierścień musi zostać zniszczony w Mordorze!
Forgetting Sarah Marshall, całkiem udana komedia zabarwiona romansem (albo odwrotnie), w której tytułowa Sarah to była dziewczyna głównego bohatera. „Była” na tyle świeżo, że fabuła opiera się wokół jego zmagań ze smutkiem po utracie ukochanej. Jest mu smutno. Pije, próbuje zapomnieć. Płacze. Wokół tego ostatniego polscy dystrybutorzy zbudowali funkcjonujący u nas tytuł, wszak w filmie udowodniono, że Chłopaki też płaczą. T. Love kłamało.
Kolejny przykład, a właściwie dwa naraz: No Strings Attached i Friends With Benefits. Oba obsadzone przez Pięknych Ludzi – Kutcher i Portman, Timberlake i Kunis – i traktujące o podobnym temacie, jak same tytuły wskazują (ach, ta oryginalność w Hollywood). Związki bez zobowiązań, opierające się głównie na seksie. Seks jest tutaj zresztą kluczowym słowem, wabikiem dla widza, który prawdopodobnie nie zna układu przedstawionego w filmach, a do kina pójdzie po to, by pooglądać fizyczną miłość państwa Pięknych.
Sex story i To tylko seks. Czy jest jakaś szansa, by skojarzyć te tytuły z oryginalnymi? Prawdopodobnie nie. Czy nadawanie angielskiemu tytułowi nowej nazwy angielskiej to absurd? Prawdopodobnie tak. Chociaż może być gorzej, bowiem istnieje też opcja na zmiksowanie dwóch języków w jednym tytule.
Mianowicie Cloverfield. Lubię ten film, to interesujące podejście do gatunku found footage, dynamiczne, dobrze wyglądające, wciągające. Tytuł to kryptonim sprawy inwazji wielkiego potwora na Nowy Jork. Rzec można – nazwa własna, dosłownie: pole koniczyny. Strach pomyśleć, jakie były wszystkie pomysły na polską nazwę tak chwytliwą i ładnie brzmiącą jak oryginalna, skoro najlepszym z nich okazało się Projekt: Monster. Widocznie „Projekt: Koniczyna” brzmiało jednak zbyt jak nazwa nowego programu ogrodniczego w paśmie lifestyle.
Million Dollar Baby. Pewnie większość osób kojarzy, że w Polsce film Eastwooda funkcjonuje jako Za wszelką cenę. Nie wnikając w zasadność tłumaczenia, czyni go to jednym z dziesięciu (!) filmów istniejących na polskim rynku pod tym tytułem. Co więcej, tytuły pozostałych dziewięciu też nie kojarzą się jednoznacznie z polskim zwrotem – To Die For, Turn It Up, Make It or Break It to tylko niektóre z nich. Tak jakby starano się go wepchnąć, cóż, za wszelką cenę.
In Bruges. To ostatni wyróżniony w tej części przykład, bo w innym wypadku poświęcę jej cały tekst. Mały ewenement – teoretycznie łatwy do przełożenia tytuł (W Brugii nie brzmi przecież źle, a o filmie mówi dokładnie tak mało, jak oryginał) został u nas zarżnięty, bo dystrybutor postanowił przetłumaczyć tagline z plakatu. „Shoot first, sightsee later”. Tak powstało Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj. Śmiać się? Płakać (chłopaki też)? A może zabawić się w grę pt. „Gdyby każdy film miał tytuł będący taglinem”? Ot, choćby Park Jurajski nazywałby się według tej reguły „Przygoda tworzona od 65 milionów lat”. Chwytliwe!
Te kilka przykładów to tylko malutka kropla w morzu zalewającym polską dystrybucję. Gorzej, że choć już teraz można mnożyć takie kwiatki (zachęcam do wymieniania ulubionych, nie udało mi się nie ominąć wielu słynnych, bo jest ich za dużo), to tendencja do rzucania nowym nazewnictwem wcale się nie zmniejsza…
Bazując na popularności
Można nadać filmowi nowy tytuł, ale można to też zrobić tak, aby z miejsca celować w większy target. Wiadomym jest, że swoje robi dobre skojarzenie, stąd też bywa, że dystrybutorzy posiłkują się popularnością na przykład poprzednich filmów tych samych twórców, niekoniecznie w sposób delikatny. Pierwsze z brzegu – kino w 2002 roku dało nam Był sobie chłopiec, bardzo sympatyczny film na podstawie powieści Nicka Hornby’ego, który z kolei siedem lat później popełnił scenariusz do An Education. Tyle wystarczyło, by nadać temu drugiemu polski tytuł Była sobie dziewczyna (książce, będącej podstawą filmu, również). Czekam na Było sobie dziecko. Podobnie sprawa ma się z filmem Sofii Copolli, Somewhere. Nudno byłoby przełożyć to po prostu na Gdzieś, tak więc oficjalnie funkcjonuje u nas jako Somewhere. Między miejscami, co jest więcej niż oczywistym nawiązaniem do Między słowami, najpopularniejszego filmu reżyserki. Fascynujący marketing!
Te cholerne sequele
Dumny ze swojej pracy tłumaczeniowej dystrybutor musi poczuć falę gorąca, gdy okazuje się, że sprytnie zatytułowany przez niego film otrzymuje nagle sequel. Przychodzą mi do głowy dwie takie sytuacje z ostatnich lat – pierwsza to, oczywiście, Hangover, zatytułowany u nas jako Kac Vegas. Tutaj nie będę się pastwić, bo to akurat całkiem zgrabna gra słów, dużo bardziej kreatywna niż oryginał, będący po prostu rzeczownikiem. Gorzej – i to dużo – wygląda sprawa w przypadku części drugiej, której akcja toczy się w Bangkoku. Kac Vegas w Bangkoku.
Toporne. Brzydkie. Nawet jeśli przyjąć, że „kac vegas” to taki synonim najgorszego kaca świata, żeby trochę usprawiedliwić logikę, to lepiej zrobiłaby tutaj zwyczajna „II”, zwłaszcza że w zakończeniu trylogii użyto dokładnie takiej metody i dano po prostu numerek. Druga sytuacja to seria Descpicable Me. Przeanalizujmy, co dzieje się tutaj:
Część pierwsza, dosłownie nikczemny ja, dostała na rodzimym rynku tytuł Jak ukraść Księżyc.
Cześć druga, w oryginale po prostu Despicable Me 2, to u nas Minionki rozrabiają.
Prequel serii, Minions, w naszych kinach wyświetlano jako Minionki (udało się!).
Część trzecia – Despicable Me 3. Ewentualnie Gru, Dru i Minionki.
Nie klei się, prawda? Gdyby jeszcze od początku oparto polskie nazewnictwo na bazie popularności Minionków jako postaci to byłoby to w jakiś sposób zrozumiałe, niestety w tym momencie seria ta to kompletny pod kątem polskich tytułów chaos, w którym część druga głównej serii brzmi jak sequel prequela, część trzecia jak tytuł potencjalnej części pierwszej, a faktyczna część pierwsza jak zupełnie inna seria. Głowa paruje!
Jest jeszcze trzeci przypadek, bardziej „klasyczny” w kontekście popularności. Chodzi naturalnie o Die Hard, czyli Szklaną pułapkę. Pomimo że to też casus tytułowania od nowa, to lubię polski odpowiednik (co ciekawe, w jednym z tłumaczeń pojawił się tytuł Brutalna śmierć, bliższy oryginalnemu). Fakt, kolejne części też rozmijają się w treści i tytule, niemniej „szklana pułapka” to już na tyle popularny zwrot, że jednoznacznie kojarzy się z Bruce’em Willisem i chyba w tym momencie nie czyni większej różnicy, co też Bruce Willis w danym filmie robi.
Bezsensownie udziwniając
Lada dzień wchodzi do kin Logan. Ostatni (na pewno?) występ Hugh Jackmana w jego najsłynniejszej roli, świetnie zapowiadający się film mocno skoncentrowany na postaci. Logan to zatem bardzo dobry tytuł, prosty, ale wskazujący, że skupimy się na tej ludzkiej stronie Wolverine’a. Niestety, u nas oficjalny tytuł to Logan. Wolverine, bezpośrednie wytłumaczenie „kto to właściwie jest”, niestety nieco wypaczające drugie dno i prostotę oryginału.
To tylko jeden z przykładów na zbytnie przekombinowanie przy przekładaniu tytułu. Już wspomniane wyżej Somewhere to reprezentant mieszania na zasadzie „oryginalny, ale i polski”. W ostatnich latach pamiętam szum wokół Still Alice z Julianne Moore, jako że przez nasze kina przemknął pod tytułem Motyl Still Alice. Ciekawa sprawa, bo powieść, na której oparto film, to u nas Motyl właśnie, zatem w rezultacie otrzymaliśmy połączenie jej tytułu i oryginalnego (proszę sobie na podobnej zasadzie wyobrazić np.
Harry Potter i Komnata Tajemnic Harry Potter and the Chamber of Secrets). To naturalnie nie jedyny przypadek, gdy tytuł powieści jest również tytułem filmu – choćby Into The Wild w obu wersjach funkcjonuje u nas jako Wszystko za życie.
Powieści powieściami, mieszanie tytułu oryginalnego z polskim występuje i w innych przypadkach. Clerks – Sprzedawcy, Step Up – Taniec zmysłów – chociażby do tych każdy zdążył się już chyba przyzwyczaić, ale nie zapominajmy, że całkiem niedawno, bo w 2015, film The DUFF był u nas reklamowany jako – uwaga – THE DUFF [#ta brzydka i gruba]. Podążanie za trendami za wszelką cenę? Być może, ale na litość, zachowajmy przynajmniej trochę poprawności językowej i sprawmy, by tytuł wyglądał dobrze, a nie jak post na forum dla młodzieży.
Pytanie: czy można takie zabiegi nazwać jeszcze tłumaczeniem, czy to już czysty marketing? Myślę, że to drugie, stąd starałem się unikać w tekście nazywania osób odpowiedzialnych za polskie nazewnictwo „tłumaczami”, bo to wręcz trochę krzywdzące dla tych drugich. Szkoda, że w celu robienia wszystkiego, by przyciągnąć widza do kina, niejednokrotnie zarzyna się kreatywność i drugie dno charakteryzujące tytuły oryginalne. Co więcej, wcale nierzadko dokonuje się również brzydkich zabiegów na samym języku polskim.
Na szczęście są również wyjątki – tytuły przełożone kreatywnie, ładnie brzmiące i podobnie zabarwione drugim dnem, jak oryginały. O nich już niedługo.
