search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

WIRUJĄCY SEKS NA POLU KONICZYNY, czyli jak tłumaczy się u nas tytuły

Łukasz Budnik

1 marca 2017

REKLAMA

Bazując na popularności

Można nadać filmowi nowy tytuł, ale można to też zrobić tak, aby z miejsca celować w większy target. Wiadomym jest, że swoje robi dobre skojarzenie, stąd też bywa, że dystrybutorzy posiłkują się popularnością na przykład poprzednich filmów tych samych twórców, niekoniecznie w sposób delikatny. Pierwsze z brzegu – kino w 2002 roku dało nam Był sobie chłopiec, bardzo sympatyczny film na podstawie powieści Nicka Hornby’ego, który z kolei siedem lat później popełnił scenariusz do An Education. Tyle wystarczyło, by nadać temu drugiemu polski tytuł Była sobie dziewczyna  (książce, będącej podstawą filmu, również). Czekam na Było sobie dziecko. Podobnie sprawa ma się z filmem Sofii Copolli, Somewhere. Nudno byłoby przełożyć to po prostu na Gdzieś, tak więc oficjalnie funkcjonuje u nas jako Somewhere. Między miejscami, co jest więcej niż oczywistym nawiązaniem do Między słowami, najpopularniejszego filmu reżyserki. Fascynujący marketing!

Te cholerne sequele

Dumny ze swojej pracy tłumaczeniowej dystrybutor musi poczuć falę gorąca, gdy okazuje się, że sprytnie zatytułowany przez niego film otrzymuje nagle sequel. Przychodzą mi do głowy dwie takie sytuacje z ostatnich lat – pierwsza to, oczywiście, Hangover, zatytułowany u nas jako Kac Vegas. Tutaj nie będę się pastwić, bo to akurat całkiem zgrabna gra słów, dużo bardziej kreatywna niż oryginał, będący po prostu rzeczownikiem. Gorzej – i to dużo – wygląda sprawa w przypadku części drugiej, której akcja toczy się w Bangkoku. Kac Vegas w Bangkoku. Toporne. Brzydkie. Nawet jeśli przyjąć, że „kac vegas” to taki synonim najgorszego kaca świata, żeby trochę usprawiedliwić logikę, to lepiej zrobiłaby tutaj zwyczajna „II”, zwłaszcza że w zakończeniu trylogii użyto dokładnie takiej metody i dano po prostu numerek. Druga sytuacja to seria Descpicable Me. Przeanalizujmy, co dzieje się tutaj:

Część pierwsza, dosłownie nikczemny ja, dostała na rodzimym rynku tytuł Jak ukraść Księżyc.
Cześć druga, w oryginale po prostu Despicable Me 2­, to u nas Minionki rozrabiają.
Prequel serii, Minions, w naszych kinach wyświetlano jako Minionki (udało się!).
Część trzecia – Despicable Me 3. Ewentualnie Gru, Dru i Minionki.

Nie klei się, prawda? Gdyby jeszcze od początku oparto polskie nazewnictwo na bazie popularności Minionków jako postaci to byłoby to w jakiś sposób zrozumiałe, niestety w tym momencie seria ta to kompletny pod kątem polskich tytułów chaos, w którym część druga głównej serii brzmi jak sequel prequela, część trzecia jak tytuł potencjalnej części pierwszej, a faktyczna część pierwsza jak zupełnie inna seria. Głowa paruje!

Jest jeszcze trzeci przypadek, bardziej „klasyczny” w kontekście popularności. Chodzi naturalnie o Die Hard, czyli Szklaną pułapkę. Pomimo że to też casus tytułowania od nowa, to lubię polski odpowiednik (co ciekawe, w jednym z tłumaczeń pojawił się tytuł Brutalna śmierć, bliższy oryginalnemu). Fakt, kolejne części też rozmijają się w treści i tytule, niemniej „szklana pułapka” to już na tyle popularny zwrot, że jednoznacznie kojarzy się z Bruce’em Willisem i chyba w tym momencie nie czyni większej różnicy, co też Bruce Willis w danym filmie robi.

Bezsensownie udziwniając

Lada dzień wchodzi do kin Logan. Ostatni (na pewno?) występ Hugh Jackmana w jego najsłynniejszej roli, świetnie zapowiadający się film mocno skoncentrowany na postaci. Logan to zatem bardzo dobry tytuł, prosty, ale wskazujący, że skupimy się na tej ludzkiej stronie Wolverine’a. Niestety, u nas oficjalny tytuł to Logan. Wolverine, bezpośrednie wytłumaczenie „kto to właściwie jest”, niestety nieco wypaczające drugie dno i prostotę oryginału.

To tylko jeden z przykładów na zbytnie przekombinowanie przy przekładaniu tytułu. Już wspomniane wyżej Somewhere to reprezentant mieszania na zasadzie „oryginalny, ale i polski”. W ostatnich latach pamiętam szum wokół Still Alice z Julianne Moore, jako że przez nasze kina przemknął pod tytułem Motyl Still Alice. Ciekawa sprawa, bo powieść, na której oparto film, to u nas Motyl właśnie, zatem w rezultacie otrzymaliśmy połączenie jej tytułu i oryginalnego (proszę sobie na podobnej zasadzie wyobrazić np. Harry Potter i Komnata Tajemnic Harry Potter and the Chamber of Secrets). To naturalnie nie jedyny przypadek, gdy tytuł powieści jest również tytułem filmu – choćby Into The Wild w obu wersjach funkcjonuje u nas jako Wszystko za życie.

Powieści powieściami, mieszanie tytułu oryginalnego z polskim występuje i w innych przypadkach. Clerks – Sprzedawcy, Step Up – Taniec zmysłów ­– chociażby do tych każdy zdążył się już chyba przyzwyczaić, ale nie zapominajmy, że całkiem niedawno, bo w 2015, film The DUFF był u nas reklamowany jako – uwaga – THE DUFF [#ta brzydka i gruba]. Podążanie za trendami za wszelką cenę? Być może, ale na litość, zachowajmy przynajmniej trochę poprawności językowej i sprawmy, by tytuł wyglądał dobrze, a nie jak post na forum dla młodzieży.

Pytanie: czy można takie zabiegi nazwać jeszcze tłumaczeniem, czy to już czysty marketing? Myślę, że to drugie, stąd starałem się unikać w tekście nazywania osób odpowiedzialnych za polskie nazewnictwo „tłumaczami”, bo to wręcz trochę krzywdzące dla tych drugich. Szkoda, że w celu robienia wszystkiego, by przyciągnąć widza do kina, niejednokrotnie zarzyna się kreatywność i drugie dno charakteryzujące tytuły oryginalne. Co więcej, wcale nierzadko dokonuje się również brzydkich zabiegów na samym języku polskim.

Na szczęście są również wyjątki – tytuły przełożone kreatywnie, ładnie brzmiące i podobnie zabarwione drugim dnem, jak oryginały. O nich już niedługo.

Łukasz Budnik

Łukasz Budnik

Pochodzi z Elbląga. Uwielbia zarówno kino nieme, jak i współczesne blockbustery oparte na komiksach. Nie może się doczekać wspólnych seansów z dorastającym synem.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA