search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

ZAGUBIENI. Więcej niż serial

Łukasz Budnik

14 marca 2017

REKLAMA

Czwartek, 3 listopada 2005. Bezcelowe skakanie po kanałach zakończyło się w momencie, gdy trafiłem na scenę ucieczki trojga osób przez skąpaną w deszczu dżunglę. Poziom mojej dezorientacji nie odstawał od niewiedzy samych bohaterów. Drugi odcinek, wyemitowany tego samego wieczora, nakreślił nieco sprawę – grupa ocalałych z katastrofy lotniczej znalazła się na wyspie na Pacyfiku, a goniący ich tajemniczy „potwór” to tylko jedna z anomalii i tajemnic, jakie na niej znajdą. Zostałem kupiony. Rozpoczęła się moja przygoda z Zagubionymi.

W tamtym czasie byłem na tyle niedoświadczonym i młodym widzem, że nie miałem wcześniej okazji śledzić żadnego serialu od początku do końca. Pilot Zagubionych wciągnął mnie gęstą atmosferą i tajemnicą; pal licho, że przegapiłem trzy czwarte pierwszego odcinka, i bez tego zawisłem na krawędzi fotela wpatrzony w rozwijającą się akcję. Od tamtej pory każdy czwartek był małym świętem. Emitowane co tydzień dwa epizody rozpalały wyobraźnię do cna; pomysłów na rozwój fabuły było bez liku, a myśli krążyły wokół potencjalnych odpowiedzi na „jak”, „dlaczego”, „kto” i „kiedy”. Szczególnie że pytania mnożyły się właściwie co odcinek, a odpowiedzi z reguły szczędzono.

Podane to było niezwykle dobrze. Konstrukcja każdego odcinka, oparta na skupieniu się na jednej postaci i ukazywaniu jej wspomnień w formie retrospekcji mających odniesienie do akcji rzeczywistej, pozwalała na fantastyczne rozbudowanie i pogłębienie charakteru danego bohatera, a jednocześnie dodawała smaczku wydarzeniom na wyspie. Te z kolei mocno dawały po głowie kolejnymi odkryciami dokonywanymi przez bohaterów i ukazaniem, jak człowiek zmienia się w tak skrajnej sytuacji.

Niedoświadczony i młody widz był mocno niepocieszony, gdy sezon dobiegł końca, zakończony w dodatku paskudnym w swojej doskonałości cliffhangerem. Po raz pierwszy w życiu odczułem tę pustkę, którą ma się po zakończeniu oglądanego serialu (choć wiedziałem, że w Stanach emitują już drugi sezon), a do serii pytań doszło kolejne – co dalej? Szukając odpowiedzi, odkryłem jedno: o Zagubionych było głośno w internecie. Bardzo.

Wkrótce stałem się częścią machiny zwanej fandomem. Oczywiście zaledwie wycinku, bo Zagubieni pobudzali wyobraźnię widzów na niewyobrażalnie szeroką skalę. Stopień zaangażowania miłośników serialu w to, co działo się na bieżąco w fabule i w obmyślanie tego, co dalej, był fenomenem nie mniejszym niż serial per se.

Teorie tworzono na każdy temat. Analizowano pojedyncze klatki, kojarzono ze sobą choćby najdrobniejsze fakty tylko po to, aby przynajmniej w jednym procencie dopasować do siebie elementy całej układanki. Ciąg liczb będący jedną z najciekawszych tajemnic był wykorzystywany w loteriach przez miliony ludzi. Fabuła samego serialu rozwijała się z sezonu na sezon w kilku kierunkach. Przybywało postaci, stosunkowo prosta na początku historia stawała się bardziej zawiła z każdym odcinkiem, a zębate koła napędzające machinę rozpędzały się regularnie co tydzień.

Również w Polsce szał był ogromny – prężnie działało rozbudowane forum, na którym można było podzielić się wrażeniami po odcinkach, teoriami i oczekiwaniami, ale gdzie również bawiono się we wszelakie zestawienia, rankingi oraz sondy. Tworzono działy przeznaczone typowo do publikowania swoich fanfików, a tych było całkiem sporo. Równie popularny był blog, którego autor recenzował na bieżąco najświeższe odcinki i dzielił się newsami i spoilerami zza oceanu. Zagubieni wyszli daleko poza ramy „zwykłego” serialu – dla wielu stali się przeżyciem.

Łukasz Budnik

Łukasz Budnik

Pochodzi z Elbląga. Uwielbia zarówno kino nieme, jak i współczesne blockbustery oparte na komiksach. Nie może się doczekać wspólnych seansów z dorastającym synem.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA