Connect with us

Publicystyka filmowa

SZYBKA PIĄTKA #50. Najlepsze filmy wybranych dekad

W jubileuszowej SZYBKIEJ PIĄTCE #50 odkrywamy najlepsze filmy dekad, które zdefiniowały historię kina. Przygotujcie się na filmowy maraton!

Published

on

SZYBKA PIĄTKA #50. Najlepsze filmy wybranych dekad

Jubileuszowa Szybka piątka musiała zostać należycie uczczona. A cóż może być lepszego niż wybór najlepszych filmów? I to wybór nie byle jaki, bo rozstrzelany po całej historii kina. Wzięliśmy pod lupę X muzę na przestrzeni dekad i postanowiliśmy powybierać z nich te NAJ tytuły. Kolejność i chronologia dowolna – w imię zasady: jeden film na dekadę. Liczymy, że sami również pobawicie się w to w komentarzach. I oby do setki!

Advertisement

Jarosław Kowal

Do wybrania najlepszego filmu dekady trzeba przyjąć klucz, bo jak zadecydować, czy w latach 70. lepsza była Suspiria, Wejście smoka, Mad Max, Annie Hall czy Lot nad kukułczym gniazdem? O obiektywizmie nie ma mowy, więc sięgnąłem po to, co jest mi najbliższe, czyli film grozy i początki jego istnienia.

Lata 10. Golem

Advertisement

Pierwszy „monster movie” i jeden z pierwszych horrorów w ogóle. Historia zaczerpnięta z żydowskiej legendy, której adaptacja straszy dzisiaj przede wszystkim warunkami, w jakich została stworzona, czyli czernią i bielą, niską jakością obrazu oraz brakiem udźwiękowienia.

Lata 20. Nosferatu – symfonia grozy

Advertisement

Jeżeli myślicie, że problemy z prawami autorskimi to znak dzisiejszych czasów, przypadek tego filmu zmieni wasze spojrzenie. Nietrudno się domyślić, że hrabia Orlok to tak naprawdę hrabia Dracula, co było jasne także dla Florence Stoker, wdowy po autorze powieści Drakula. Sąd przyznał jej odszkodowanie, które doprowadziło do bankructwa Prana Film, a wszystkie istniejące kopie miały zostać zniszczone. Przetrwała jedna, już wysłana za granicę i tylko dzięki temu wciąż możemy oglądać tę kultową pozycję.

Lata 30. Dracula

Advertisement

W odróżnieniu od wielu innych niskobudżetowych filmów grozy, Dracula nie został ostro skrytykowany tuż po premierze i nie musiał stopniowo pracować na późniejszą popularność. Krytycy od razu zachwycili się filmem z Belą Lugosim w roli głównej, ale nie obyło się bez kontrowersji. Ostatnia scena, w której spiker przekonuje, że wampiry istnieją naprawdę, została wycięta z powodu obaw przed zbulwersowaniem religijnej części społeczeństwa… Niestety ślad po niej zaginął i wszystko wskazuje na to, że nigdy nie zobaczymy prawdziwego zakończenia wzoru dla wszystkich późniejszych filmów o transylwańskim hrabim.

Lata 40. Porywacz ciał

Advertisement

Ponownie Bela Lugosi, tym razem w parze z inną gwiazdą horroru z tamtych lat – Borisem Karloffem. Było to ich ostatnie ekranowe spotkanie.

Lata 50. Inwazja porywaczy ciał

Advertisement

Nie ma żadnego związku między tym filmem a Porywaczem ciał. Przede wszystkim nie ma tu cmentarnych hien, są natomiast kosmici zainteresowani przejęciem naszej planety. W momencie premiery zainteresowanie wizją reżysera Brudnego Harry’ego było znikome, ale z czasem zaczął uchodzić za wyjątkowo trafną alegorię amerykańskiej polityki lat 50. W 1994 roku Inwazja porywaczy ciał trafiła do National Film Registry – spisu filmów tworzących kulturalne dziedzictwo Stanów Zjednoczonych.

Szymon Skowroński

Lata 40. Czarny narcyz

Advertisement

Jeden z filmów idealnych. Łączy w sobie wspaniałą opowieść, egzotykę, zakazany romans, fenomenalną scenografię i nieograniczone pokłady reżyserskiej kreatywności duetu Emeric Pressburger i Michael Powell. Uwielbiam mieć świadomość, że część krajobrazów to dorysówki, wykonane przez niezwykle utalentowanego grafika. Uwielbiam Deborah Kerr w roli zakonnicy. Wreszcie uwielbiam korespondencję kultur, a w tym filmie niemal poetycko utrwalono styk dwóch różnych światów.

Honorowe wyróżnienie: krótkometrażowa animacja Koncert na cztery łapki. To ten film, w którym Tom urządza Jerry’emu koncert Liszta. Jeśli chcecie wiedzieć, co to znaczy idealnie zmontować film – obejrzyjcie to miniaturowe arcydzieło.

Advertisement

Lata 50. Rio Bravo

Dekada zbyt dobra, by była prawdziwa – a jednak! Mógłbym jednym tchem wymienić dwadzieścia tytułów, którym chętnie przyznałbym pierwsze miejsce. Ale skoro muszę się ograniczyć, to wskazuję western doskonały – Rio Bravo. Howard Hawks u zmierzchu gatunku nakręcił jeden z jego najbardziej klasycznych i istotnych przedstawicieli. Posągowa rola Johna Wayne’a zostaje tu wsparta przez świetny drugi plan z mistrzowskimi rolami Angie Dickinson, Deana Martina i Waltera Brennana. Howard Hawks opowiada po amerykańsku – w szerokich, statycznych kadrach. Dobrzy goście są tu dobrzy, źli goście są tu źli. Nigdy nie odpuszczę seansu tego dzieła!

Advertisement

Honorowe wyróżnienie: tak jak wspomniałem, byłoby tego zbyt dużo, więc zwrócę uwagę na mniej znany, lecz fenomenalny kryminał Na krawędzi prawa.

Lata 60. Psychoza

Advertisement

Wybór dość tendencyjny, ale jednak – w pełni uzasadniony. Alfred Hitchcock w 1960 nie musiał już nic nikomu udowadniać. Postanowił więc udowodnić samemu sobie, że za niecały milion dolarów (w większości – z prywatnych pieniędzy) zrobi czarno-biały film, dziejący się w większości wokół jednej lokacji i zabije główną bohaterkę przed połową seansu, a także, że pokaże kilka rzeczy, których amerykańska publiczność wcześniej w mainstreamie nie widziała: kobiece ciało w bieliźnie oraz muszlę klozetową. Co wyszło? Ponadczasowe arcydzieło, które oglądane po raz setny daje mi tyle samo emocji co zawsze. No cóż… we all go a little mad sometimes.

Honorowe wyróżnienia: polskie kino epickie, czyli Faraon Jerzego Kawalerowicza oraz amerykańskie kino zaangażowane – Lombardzista Sidneya Lumeta.

Advertisement

Lata 70. Annie Hall 

Wybór niezwykle prosty. Komedia romantyczna, która w dziewięćdziesięciu minutach streszcza całą życiową prawdę o związkach międzyludzkich. Dla neurotyków – pozycja obowiązkowa. Dla miłośników kina – pozycja obowiązkowa. Dla studentów montażu filmowego – pozycja obowiązkowa. Dla ludzi z poczuciem humoru – pozycja obowiązkowa. Dla antyfanów Woody’ego Allena – pozycja obowiązkowa.

Advertisement

Honorowe wyróżnienie: Cały ten zgiełk Boba Fosse’a.

Lata 80. Akira

Advertisement

Pierwszy seans mógłbym określić jako gwałt na mojej psychice. Co nie zmienia faktu, że nie mogłem, po prostu nie byłem w stanie, odkleić oczu od tego filmu. Wizja miasta, i w ogóle – świata niedalekiej przyszłości, jaką roztacza Katsuhiro Ôtomo, jest hipnotyczna. Historia ma wiele wątków, z których tylko część zostaje w pełni wyjaśniona (reszta jest w mandze), ale nie ma się wrażenia, że coś jest niepełne lub nieskończone. Te liczne detale po prostu budują olbrzymi, różnorodny, wielowarstwowy świat Akiry. Gdzieś w okolicach piątego seansu zauważyłem, że w malutkiej scenie w pralni jakaś epizodyczna bohaterka, która rozmawia przez telefon, macha sobie nogą, a na jej stopie podskakuje klapek.

Czy tego szczegółu mogłoby tu nie być? Oczywiście… ale właśnie w takich detalach tkwi siła tego obrazu. Akira to także niewyczerpane źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń twórców science fiction.

Advertisement

Honorowe wyróżnienie: Rób, co należy – bezkompromisowy głos Spike’a Lee w delikatnych kwestiach, zamknięty w ramach przemyślanego, świetnie skonstruowanego dramatu z niesamowitym wyczuciem wizualnym.

Dawid Konieczka

Lata 50. Dwunastu gniewnych ludzi

Advertisement

Film zbudowany niemal wyłącznie na dialogach, a mimo tego mało kto potrafi się od niego oderwać. Napięcie między bohaterami jest ogromne i z każdą chwilą wyraźnie się zwiększa, podobnie jak dramaturgia całego filmu. W Dwunastu gniewnych ludziach każda kwestia staje się podbudową dla kolejnych wniosków i przemyśleń, zarówno fantastycznie zagranych przysięgłych, jak i pochłoniętego bez reszty widza.

Lata 60. 2001: Odyseja kosmiczna

Advertisement

Największe arcydzieło w historii kinematografii. Dbałość o szczegóły, skrupulatność inscenizacyjna, doskonała kontrola tempa filmu, przełomowość technik realizacyjnych – Stanley Kubrick, znany przecież z perfekcjonizmu w podejściu do procesu twórczego, wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności. Do tego cała kopalnia interpretacji, symboli i przemyśleń o charakterze egzystencjalnym oraz transcendentnym, która potrafi zaprzątać głowę przez wiele tygodni od seansu. Absolutne mistrzostwo.

Lata 70. Obcy – 8. pasażer „Nostromo”

Advertisement

Co tu dużo mówić. Kultowa pozycja i doskonały mariaż horroru z science fiction, w którym ksenomorfa, przemierzającego stalowe korytarze statku „Nostromo”, może nie widać za dużo, ale dzięki temu straszy najbardziej.

Lata 80. Idź i patrz

Advertisement

Najbardziej przerażający i… brudny film wojenny. Z perspektywy nastoletniego Flory obserwujemy upadek ideałów, podstawowych wartości i jakiegokolwiek człowieczeństwa. Elem Klimow skupia się na głównym bohaterze i pokazuje jego stopniową wewnętrzną dekonstrukcję – Flora nie staje się potworem, ale człowiekiem złamanym już za młodu, patrzącym pustym wzrokiem na otaczające go okrucieństwo. Poza tym, sekwencja bombardowania lasu nakręcona długimi ujęciami z „naziemnej” perspektywy do dziś wywiera piorunujące wrażenie.

Lata 90. Milczenie owiec

Advertisement

Thriller, który zapoczątkował modę na inteligentnych i szarmanckich psychopatów. Fascynująca para głównych bohaterów i dość niepokojąca chemia między nimi to zdecydowanie najbardziej pasjonujący element Milczenia owiec. Sama fabuła opowiadająca o poszukiwaniach mordercy obdzierającego ze skóry swoje ofiary, jakkolwiek niebezpiecznie wciągająca, jest oczywiście „tylko” pretekstem (gdyby każda pretekstowa fabuła stała na takim poziomie…).

Przemysław Brudzyński

Wymienione filmy nie zawsze są tymi, które uważam za absolutnie najlepsze w danej dekadzie; raczej takimi, które uważam za jedne z najbardziej wyróżniających się i godnych wspomnienia w kontekście danego dziesięciolecia. W niektórych przypadkach dlatego, że wydają mi się szczególnie wyraziście oddawać klimat, duchowość i kulturową specyfikę konkretnej dekady, innymi razy są to zaś wybitne dzieła twórców, którzy odegrali w swoich czasach szczególnie ważną rolę. Nade wszystko zaś każdy z tych utworów jest mi w jakiś sposób bliski i w tym czy innym moim artykule po prostu musiałby się pojawić.

Advertisement

By uczynić tekst możliwie najbardziej przekrojowym, wyróżniam tu filmy reprezentujące co drugą dekadę, poczynając od lat 30. i kina niemego, a kończąc na kinie najnowszym i dekadzie wciąż trwającej.

Wiek XX

Advertisement

Lata 30. Dzisiejsze czasy

Choć mistrzów owego najwcześniejszego okresu w historii kina było wielu, Charlie Chaplin już chyba na zawsze pozostanie tym najbardziej charakterystycznym, niejako uosobieniem magii, jaką film był w stanie wykreować od samego początku swojego istnienia. Twórca Dyktatora za kinem dźwiękowym nie przepadał i trudno nie odnieść wrażenia, że dźwięku w istocie wcale nie potrzebował. Za pomocą mowy ciała, mimiki, wyrazu twarzy, gestów, spojrzeń, komunikował więcej, niż większość artystów jest w stanie przekazać za pomocą słów.

Advertisement

Swą niepodrabialną ekranową prezencją zjednywał sobie widza niemal natychmiastowo, a jego filmy, niosąc ze sobą radość, beztroskę, ale też refleksję, melancholię, a czasem nawet niepokój, wywoływały – i wciąż wywołują – uczucie nie tylko intelektualnej, ale przede wszystkim emocjonalnej ponadczasowości. Dzisiejsze czasy to, być może, najbardziej porażający aktualnością ze wszystkich jego utworów; obraz człowieka w coraz bardziej zmechanizowanym świecie, który za pośrednictwem typowej dla Chaplina, pozornie beztroskiej komediowej konwencji okazuje się być szczególnie wizjonerski i bezkompromisowy.

Lata 50. Bulwar Zachodzącego Słońca

Advertisement

Jedno z arcydzieł kina lat pięćdziesiątych, Bulwar Zachodzącego Słońca to film zrodzony z fascynacji i lęku. Z fascynacji kinem (ale też i sztuką w ogóle), magią obrazu, wyjątkowością procesu twórczego. I z lęku – przed byciem odrzuconym i zapomnianym, przed starzeniem się i przemijaniem w świadomości innych ludzi. Nie trzeba być bowiem gwiazdą kina niemego, czy kimkolwiek innym podziwianym przez tłumy, by zrozumieć, co utwór ten ma nam do powiedzenia o chwili, w której traci się uczucie bycia ważnym – choćby i tylko dla jednej osoby. Obraz został wyreżyserowany przez jednego z wielkich twórców złotej ery Hollywood, Billy’ego Wildera i unikatowym klimatem zachwyca do dziś, ostrością i błyskotliwością dialogu jest zaś w stanie zawstydzić prawie każdego współczesnego twórcę komedii. Norma Desmond to postać jak żadna inna w filmie (choć personifikuje przecież całe dziesiątki realnych postaci, znanych z historii kina i nie tylko), jej dom to miejsce niepodobne do żadnego innego filmowego miejsca, a sam Bulwar to obraz jak żaden inny w dziejach X Muzy.

Lata 70. Egzorcysta

Advertisement

Czy możliwe jest istnienie pięknego filmu grozy? Takiego, który nie tylko przeraża, ale również wywoływać może estetyczny i emocjonalny zachwyt? Jeśli tak, to właśnie Egzorcysta Williama Friedkina powinien być wymieniony jako taki w pierwszej kolejności. To bardzo stylowy film, stworzony z dbałością o szczegół, zrodzony z prawdziwej twórczej pasji i ponadprzeciętnego artystycznego talentu. Kiedy straszy, czyni to wyjątkowo nienachalnie – nawet najbardziej spektakularne z zawartych tu przerażających momentów odczuwa się po prostu jako kolejne niezbędne elementy fabuły, nie zaś – czynione z premedytacją usilne zabiegi twórców.

Być może jest tak dlatego, że celem prymarnym Egzorcysty nie jest wywoływanie przerażenia, lecz opowiedzenie historii, która ma swoją duchową i intelektualną wartość, dotyka problemów całkowicie uniwersalnych – jak natura zła, miłość macierzyńska, tracenie i odnajdywanie wiary. Ten charakteryzujący się znakomitym aktorstwem (Max von Sydow, Ellen Burstyn, nieco zapomniany już Jason Miller i nastoletnia Linda Blair), słynnym muzycznym motywem przewodnim (niezapomniane Tubular Bells Mike’a Oldfielda) i pięknie sfotografowany (zdjęcia Owena Roizmana i Billy’ego Williamsa) film zachwycił mnie wieloma scenami, ponad wszystko zaś sławną sekwencją, w której ojciec Merrin przyjeżdża do domu nawiedzonej, sfilmowaną jako hołd dla jednego z moich ulubionych obrazów – Królestwa Świateł Rene Magritte’a (zdjęcie powyżej).

Advertisement

Lata 90. Cienka czerwona linia

Cienka czerwona linia to powrót Terrence’a Malicka po dwudziestu latach przerwy w tworzeniu filmów. Stał się jedną z najwybitniejszych i najbardziej enigmatycznych postaci amerykańskiego kina lat siedemdziesiątych, choć wyreżyserował jedynie dwa filmy – Badlands i Niebiańskie dni. To jednak wystarczyło, by zyskał sławę, jego styl twórczy zaś – uznany został za zupełnie wyjątkowy. Malarskie kadry, poetycka narracja, formalne wizjonerstwo i odwaga, by mierzyć się z najważniejszymi problemami ludzkiej egzystencji – to wszystko cechowało jego wczesne filmy i to cechuje jego twórczość do dziś.

Advertisement

Wraz z postępującą coraz intensywniej komercjalizacją kina i coraz bardziej eksperymentalnym zacięciem kolejnych jego obrazów, filmy Malicka są jednak doceniane przez coraz węższą publiczność. Czy zbliżająca się premiera jego najnowszego dzieła, Radegund, zapowiadanego jako jego najbardziej klasyczna narracja od lat, będzie w stanie to odmienić? Tak czy inaczej, jego filmy prawie zawsze wywoływały skrajne reakcje – z Cienką czerwoną linią nie było inaczej. W swoim czasie mocno przyćmiona przez inny udany, choć o wiele bardziej konwencjonalny utwór o II wojnie światowej, Szeregowca Ryana Stevena Spielberga, z biegiem czasu stała się coraz bardziej doceniona jako jeden z najbardziej wizjonerskich filmów wojennych. Zderzenie rajskiego piękna wyspy Guadalcanal z bitewnym szaleństwem i okrucieństwem, filozoficzne refleksje i przede wszystkim – szczególny, polifoniczny styl narracyjny filmu czynią z Cienkiej czerwonej linii jedno z niezapomnianych kinowych widowisk lat dziewięćdziesiątych.

Wiek XXI

Advertisement

Lata 10. Drive

Mam ambiwalentne odczucia co do twórczości duńskiego reżysera Nicolasa Windinga Refna, jednak jej ósmy rozdział pod tytułem Drive wzbudza wyłącznie mój zachwyt. To niezwykle stylowa mieszanka thrillera, dramatu, filmu sensacyjnego, filmu noir, ale też bardzo angażująca emocjonalnie, jakkolwiek nietypowa historia miłosna. Bohaterowie charyzmatycznego Ryana Goslinga  i pięknej Carey Mulligan to para, jakich niewiele we współczesnym kinie: ich relacja, choć oparta na minimalnej liczbie słów, naznaczona jest głęboką i intensywną uczuciowością.

Advertisement

 Drive jest wspaniale sfotografowany, ma rewelacyjną ścieżkę dźwiękową, walorom formalnym nie ustępuje także błyskotliwy, oryginalny scenariusz i gra aktorska (również świetne role drugoplanowe Bryana Cranstona, Rona Perlmana i Alberta Brooksa). Film zderza brutalność z niewinnością, klimat lat osiemdziesiątych ze współczesnością, zawiera jedną z najbardziej spektakularnych sekwencji kina XXI wieku – scenę w windzie, w której zawarty zaś został jeden z najpiękniejszych filmowych pocałunków.  

Jacek Lubiński

Lata 60. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie

Advertisement

Wielokrotnie już się rozpisywałem o tym filmie, więc teraz napiszę jedynie, że to arcydzieło totalne.

Lata 70. Gwiezdne wojny, Część IV: Nowa nadzieja

Advertisement

To nawet nie jest epizod, który oceniam najwyżej, ale na Borga!, nie sposób nie przecenić tego, co ten film uczynił z kinem i całą popkulturą. Na dobrą sprawę można je podzielić na okres przed i po Star Wars. Reszta jest milczeniem.

Lata 80. Blade Runner 

Advertisement

Chyba najtrudniejsza dekada do wyboru, no ale stawiam na Tolk… Ridleya Scotta, który pokazał mi rzeczy, o jakich mi się nie śniło. A może jednak…?

Lata 90. Gorączka

Advertisement

Złapała mnie jakieś dwa lata po oficjalnej premierze kinowej i od tamtej pory nie puszcza. Lekarze nie wiedzą, co robić. Dobrze, że chociaż starzeje się lepiej od wina.

Lata 00. To nie jest kraj dla starych ludzi

Advertisement

To jest znakomity amerykański film dla wszystkich ludzi, także młodych i polskich. Aż trudno uwierzyć, że ma już… dekadę.

Maciej Niedźwiedzki

Lata 70. Ojciec chrzestny II 

Advertisement

Choćby za tych kilka scen/spięć między Michaelem a Fredo. Każda z nich tak ma w sobie tak potężny emocjonalny ładunek, że włosy stają mi dęba. Najlepszy film lat 70. Najlepszy film w ogóle.

Wyróżnienie: Ziemia obiecana i Egzorcysta.

Advertisement

Lata 80. Wściekły byk 

De Niro i Scorsese u samego szczytu swoich twórczych możliwości. Z tego musiało wyjść arcydzieło. Wysmakowane formalnie kino, ale, co paradoksalne, zachowujące spore pokłady naturalizmu.

Advertisement

Wyróżnienie: TerminatorBatman.

Lata 90. Toy Story 

Advertisement

Wielkie otwarcie dla nowej technologicznej epoki w kinie, ale przede wszystkim chwytające za serce zawiązanie przyjaźni między Chudym i Buzzem. Pierwszy pełnometrażowy film Pixara i od razu spełniony artystyczny triumf.

Wyróżnienie: Fargo Chłopcy z ferajny.

Advertisement

Lata 00. Tajemnica Brokeback Mountain 

Aż brak mi słów, by opisać to, co dzieje się między Ennisem a Jackiem. Heath Ledger i Jake Gyllenhaal stworzyli razem mój ulubiony ekranowy duet. To kino, które w krystaliczny sposób chwyta w kadr niejeden rodzaj emocji.

Advertisement

WyróżnienieWesele Gladiator Wall-E.

Lata 10. Życie Adeli – rozdział 1 i 2

Advertisement

Wielki triumf Abdellatifa Kechiche’a. Jego umiejętności obserwacji i wydobywania z aktorów maksimum. Życie Adeli było jednym z najbardziej pochłaniających seansów, jakich kiedykolwiek doświadczyłem. Lea Seydoux i Adele Exarchopoulos wznoszą się na wyżyny aktorskiego zaangażowania, praktycznie zacierając granicę między graniem postaci a byciem nimi.

Wyróżnienie: The Social Network i Toy Story 3.

Advertisement

Filip Pęziński

Lata 60. Psychoza

Nieważne, ile razy wracam do Psychozy Hitchcocka, za każdym zachwyca mnie niestarzejącą się intrygą i realizacją, oraz poraża atmosferą niepokoju i niesamowitym Anthonym Perkinsem.

Advertisement

Lata 70. Obcy – 8. pasażer Nostromo

Jeden z najważniejszych obrazów w mojej osobistej historii kina. Prosty, ale doskonały pomysł, perfekcyjna realizacja i niepowtarzalny klimat. Zeszłoroczny seans na wielkim ekranie był wyjątkowym przeżyciem.

Advertisement

Lata 80. Gwiezdne wojny: Imperium kontratakuje 

Gwiezdne wojny to jedyna w swoim rodzaju, niepodrabialna seria filmowa, która ma wyjątkowe miejsce w moim sercu. Kiedy wybieram najlepszy film lat osiemdziesiątych, nie mogę nie postawić na najlepszą odsłonę Sagi.

Advertisement

Lata 90. Powrót Batmana

Przepiękna, idealnie łączący mrok z czarnym jak smoła humorem anty-baśń o inności, odrzuceniu i samotności. Znam na pamięć i nie wyobrażam sobie przynajmniej corocznej powtórki.

Advertisement

Lata 00. Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj 

Aktorski popis całej obsady, znakomite sceneria i zdjęcia, cudowny humor, piękna muzyka i przede wszystkim niezwykle inteligentny, przemyślany scenariusz.

Advertisement

Karolina Nos-Cybelius

Co to znaczy najlepsze? To samo co ulubione? Mam się kierować subiektywnymi upodobaniami, intuicją i sercem kinomana, czy próbować obiektywnie oceniać filmy pod kategoriami: scenariusz, gra aktorska, muzyka, etc., i sumować plusy? Posłużę się innym kluczem. Dla mnie najlepsze są te filmy, do których często wracam. Czasami kompulsywnie, czasami cyklicznie, bo już dawno nie oglądałam i coś w środku skrobie. Dlatego w tej piątce filmy, które szacunkowo – bo przecież nie prowadzę rejestrów – widziałam najwięcej razy. Mistrzowskie kino, które nigdy się nie znudzi.

Lata 50. 400 batów

Advertisement

Film o dorastaniu, samotności, nieprzystosowaniu. O zawieszeniu między byciem dzieckiem a pierwszymi próbami wkroczenia w świat dorosłych. A przede wszystkim o ogromnym pragnieniu wolności. Bohater 400 batów, nastoletni Antoine (Jean-Pierre Léaud), to alter ego reżysera, Françoisa Truffauta (Jules i Jim, Miłość dwudziestolatków). Obraz ten był i jest uznawany za jeden z najważniejszych filmów francuskiej Nowej Fali oraz za filmowy manifest pokolenia. Jest jednak opowieścią na tyle uniwersalną, że nic nie stracił na aktualności.

Lata 60. Dziecko Rosemary

Advertisement

Dzieło totalne. Genialny dreszczowiec, który prześcignął – co nie zdarza się często – książkowy oryginał. Połączenie hitchcockowskiego suspensu z niesamowitością i elementami surrealizmu. Pełen napięcia film grozy, ale też thriller psychologiczny. Z pewnością zasługuje na miano jednego z filmów wszech czasów. Mogłabym się godzinami rozpływać w zachwytach na Dzieckiem Rosemary Polańskiego, ale lepiej poświęcić ten czas na ponowny seans.

Lata 70. Harold i Maude

Advertisement

Aż ciśnie się na usta frazes: dziś już nikt nie robi takich filmów. Słodko-gorzka opowieść o szaleństwie, dorastaniu, przyjaźni, miłości i śmierci. Przede wszystkim śmierci. Harold i Maude to pełna czarnego humoru komedia, można też nazwać film Hala Ashby’ego (Wystarczy być) bardzo nietypowym love story. Opowieść, która zaskakuje, przekracza tabu, dostarcza wzruszeń. Wyjątkowe i niebanalne kino.

Lata 80. Lśnienie

Advertisement

Film, który jedni kinomani uznają za kultowy i uwielbiają, inni nienawidzą. Kubrickowska wariacja na temat powieści autorstwa „króla horroru”. Jej mroczniejsza i bardziej niejednoznaczna wersja. Lśnienie Kubricka to filmowy majstersztyk. A oglądanie Jacka Nicholsona i Shelley Duvall na ekranie jest jak hiperrealistyczny senny koszmar. Boisz się, ale chcesz znów to poczuć.

Lata 90. Dracula

Advertisement

Wiele było filmów o Draculi i o wampirach w ogóle, ale ten Francisa Forda Coppoli jest bezkonkurencyjny. Z jednej strony reżyser wiernie oddaje klimat gotyckiego powieściowego pierwowzoru, z drugiej wprowadza do obrazu wiele autorskich pomysłów i sztuczek. Żaden dotychczasowy ani późniejszy film wampiryczny nie oddaje w takim stopniu dramatu egzystencjalnego nieumarłego.

Dracula Coppoli to horror, romans, dramat, miejscami satyra. Mistrzowskie połączenie gatunków. Zmysłowa i świetnie zagrana (w obsadzie między innymi Gary Oldman, Winona Ryder i Anthony Hopkins) historia o miłości i śmierci, która blisko trzydzieści lat później nadal robi ogromne wrażenie.

Advertisement

Specjalnie wyróżnienie dla serialu Miasteczko Twin Peaks i filmu Ogniu krocz ze mną. Bo to kwintesencja i synonim filmowych lat dziewięćdziesiątych. Można oglądać na okrągło. Produkcje poza wszelkimi kategoriami.

Jan Dąbrowski

Lata 30. M – morderca

Advertisement

Pierwszy dźwiękowy film Fritza Langa pozostaje zaskakująco aktualny, choć to niemal stuletnia produkcja. Śledztwo w sprawie mordercy dzieci, którego próbuje złapać i policja, i bossowie przestępczego półświatka. Przemyślana, wciągająca intryga, dynamiczny rozwój wydarzeń, ciekawi bohaterowie, a przede wszystkim klimat dusznych gabinetów zadymionych od papierosów, które palili tam chyba wszyscy. Aż dziwne, że tak niewiele się mówi o tym filmie, skoro po jego obejrzeniu połowa współczesnych kryminałów okazuje się mało oryginalna.

Wyróżnienie: Dziwolągi.

Advertisement

Lata 50. Świadek oskarżenia

Dramat sądowy, komedia i kryminał w jednym. Niesamowity Charles Laughton jako podstarzały adwokat, zjawiskowa Marlena Dietrich jako kobieta po przejściach i Tyrone Power jako mężczyzna z przeszłością. Jest tu miejsce na proces, śledztwo, wojnę, zaskakujący zwrot akcji i nawet polski akcent. Prawdziwa perła z lamusa.

Advertisement

Wyróżnienie: Dwunastu gniewnych ludzi.

Lata 60. Zabić drozda

Advertisement

Film słynący z przedstawienia wzorcowego ojca rodziny i szlachetnego, praworządnego obywatela. Atticus Finch w wykonaniu Gregory’ego Pecka to postać z jednej strony posągowa, a z drugiej całkowicie wiarygodna. Wcielenie rozsądku i uczciwości, niesamowicie cierpliwy i wyrozumiały rodzic, wybitny prawnik. Zabić drozda – choć to film o ludzkich dramatach i nienawiści – ma w sobie ponadczasowe pokłady łagodności, którą zaraża widzów podczas seansu. Aż chce się być lepszym człowiekiem, bo widać, że można nim być w każdej sytuacji.

Wyróżnienie: Lalka.

Advertisement

Lata 80. Coś

Klasyk Johna Carpentera łączy w sobie trzy rzeczy, które uwielbiam w kinie: garstkę bohaterów zamkniętych w jednym miejscu, zagadkę do rozwiązania i pierwszorzędne, tradycyjne efekty specjalne. Do tego Kurt Russell w szczytowym momencie swojej kariery, muzyka Ennia Morriconego i niesamowita atmosfera ciągłego zagrożenia. Co jakiś czas powtarzam sobie dla przyjemności i z każdym kolejnym seansem upewniam się, że ten film w ogóle się nie zestarzał. Szkoda, że nie udało mi się zobaczyć go w kinie.

Advertisement

Wyróżnienie: Ostatnie kuszenie Chrystusa.

Lata 90. Pulp Fiction

Advertisement

Ścisła czołówka na mojej prywatnej liście ulubionych filmów. Kiedy w 2004 roku można było znów obejrzeć go w kinie, prawie wpadłem pod samochód biegnąc na seans, by nie uronić ani sekundy. Nad biurkiem w domu do dziś wisi plakat z Pulp Fiction, a pirackiej kasety z muzyką słuchałem kiedyś w kółko. Co jakiś czas do niego wracam i ani przez chwilę się nie nudzę, choć znam go na wyrywki. Historia dwóch gangsterów, boksera i pary rabusiów łączy się tu w niemal idealną całość. Czego by nie powiedzieć o twórczości Quentina Tarantino, tym razem wyszło mu arcydzieło.

Wyróżnienie: Dracula.

Advertisement

Dawid Myśliwiec

Nie podjąłem się wybierania najlepszych/ulubionych filmów z lat 40., bo wtedy nakręcono po prostu za dużo dobrych rzeczy, ani np. z pierwszej dekady XXI wieku, bo tam także nie wiedziałbym, na co się zdecydować. Moje typy to przede wszystkim ukochane przeze mnie filmy – nie kierowałem się wyłącznie kryteriami jakościowymi (choć raczej nikt nie zakwestionuje jakości tychże dzieł), ale też często osobistymi emocjami, które dany tytuł wywołał.

Lata 50. W samo południe / Pożegnania

Advertisement

Lata 40. i 50. to bez wątpienia dwie najlepsze dekady w historii kina, choć i kolejne dziesięciolecie obfitowało w genialne produkcje. W latach 50. w kinie działo się na tyle dużo, że postanowiłem wybrać dwa tytuły – jeden ze świata, a jeden z naszego kraju, bo przecież to w tamtej dekadzie miały miejsce rzeczy kluczowe dla pozycji rodzimej kinematografii w świecie. Pożegnania (1958) Wojciecha Jerzego Hasa to w moim odczuciu najpiękniejszy romans polskiego kina, materializacja tęsknoty, straty, nostalgii i całej masy uczuć, które tak trudno wyrazić w filmie. Hasowi udało się to jak nikomu wcześniej czy później i bardzo ubolewam, że Pożegnania są filmem nieco zapomnianym, a już na pewno niewystarczająco promowanym wśród innych dzieł Szkoły Polskiej.

Nad pozycją z kina światowego wahałem się długo, w końcu jednak postawiłem na smutną niezłomność Gary’ego Coopera i ślepą, podszytą strachem miłość Grace Kelly do głównego bohatera. W samo południe Freda Zinnemanna to klasyka westernu, ale tego oszczędnego, bardziej skupiającego się na postaciach i historii niż samej akcji (choć i tej nie brakuje, zwłaszcza w finale). Will Kane to bez wątpienia mój ulubiony filmowy szeryf, a także bohater, którego darzę ogromnym szacunkiem.

Advertisement

Lata 60. Powiększenie

Tutaj wątpliwości nie było – odkąd obejrzałem Powiększenie Michelangelo Antonioniego, żaden film z lat 60. nie był w stanie zagrozić temu hipnotyzującemu, fascynującemu dziełu. Tu jest wszystko – wspaniała intryga, takież aktorstwo, genialna muzyka Herbiego Hancocka i pytania o misję i posłannictwo sztuki. Są szalone imprezy, gwałtowne kobiety (Vanessa Redgrave!) i swingujący Londyn, w którym nie sposób się nie zakochać.

Advertisement

Lata 70. Annie Hall

Krótko – najlepszy film Woody’ego Allena, który mogę oglądać w nieskończoność. Większość najbardziej pamiętnych cytatów z Mistrza pochodzi właśnie z Annie Hall (1977), a gdybym był amerykańskim nastolatkiem w czasie, gdy film Allena święcił triumfy, bezapelacyjnie wieszałbym nad łóżkiem plakat z Diane Keaton. Kwintesencja Allenowskiej neurozy i dialogowej maestrii, która nigdy się nie nudzi.

Advertisement

Lata 80. Footloose

Kto by pomyślał, że film, w którym bohaterowie ścigają się traktorami, może być tak fantastyczną rozrywką. Gdy pierwszy raz obejrzałem Footloose (1984) na VHS (miałem później swoją własną kopię, którą regularnie odgrzewałem), właśnie te traktory zapadły mi w pamięć, ale dziś doceniam wszystko – świetnego Kevina Bacona w roli pląsającego Rena, wywracającego do góry nogami lokalną społeczność małego miasteczka, całkowicie już dziś zapomnianą Lori Singer, której wróżono wówczas wielką karierę, i znakomitą ścieżkę dźwiękową, przy której przetańczyłem wiele godzin. Dziś to Dirty Dancing określane jest jako najsłynniejszy film taneczny lat 80., ale warto pamiętać, że trzy lata wcześniej to Herbert Ross przecierał szlaki.

Advertisement

Lata 90. Truposz

Wraz z obejrzeniem filmu Jima Jarmuscha zmieniło się moje postrzeganie kina. Nie potrafię tego do końca wyjaśnić, ale nigdy wcześniej nie oglądałem niczego tak spójnego, tak kompletnego. Chłonąłem każdą sekundę Truposza (1995), a jeszcze długo po seansie o świcie (film oglądałem po raz pierwszy ok. 4:30 w TV) nie mogłem zasnąć. Byłem na filmowym haju. Do dziś na nim jestem – Truposz zachwyca mnie tak samo przy każdym seansie, a klimatyczna muzyka Neila Younga towarzyszy mi od tego pierwszego seansu nieprzerwanie.

Advertisement

Karolina Chymkowska

Lata 40. To wspaniałe życie

„I want to live again!” – krzyczy błagalnie George Bailey i to właśnie jest istota tego filmu. Tak naprawdę bardzo przecież prostego, o nieskomplikowanym przesłaniu i odwołującego się do najbardziej podstawowych ludzkich pragnień. Śmiech, łzy, przyjaźń, miłość, życiowe wyzwania, straty i porażki i próba wykuwania siebie z dnia na dzień, życia najlepiej, jak się potrafi. Nigdy mi się nie nudzi, a finałową sekwencję mogę oglądać w nieskończoność.

Advertisement

Lata 50. Dwunastu gniewnych ludzi

Dwunastu aktorów na wąskiej scenie jednego pokoju, a jednak napięcie można kroić nożem, zaś nudy nie ma ani przez moment. Siateczka interakcji międzyludzkich, odsłanianych tajemnic, konfrontacji z cieniem i mistrzostwo słowa. Wzór dla każdego ambitnego scenarzysty zgłębiającego sztukę dialogu i psychologicznego prawdopodobieństwa.

Advertisement

Lata 60. Nieugięty Luke/Osiem i pół

Wiem, że trochę naciągam zasady, ale naprawdę nie byłam w stanie się zdecydować między tymi dwoma tytułami. Nieugięty Luke przemówi do każdego, kto za najgorszy życiowy horror uważa uwięzienie w pułapce zobowiązań i konwenansów, a nade wszystko ceni sobie niezależność i duchową wolność. Osiem i pół to z kolei jedna z bardziej wyraziście pokazanych podróży w głąb siebie i konfrontacji z własnymi demonami, jakie kiedykolwiek pokazano w kinie. Prowadząca przy tym do stuprocentowej afirmacji życia – ze świadomego wyboru i wbrew wszystkiemu.

Advertisement

Lata 70. Ojciec chrzestny

Jeden z najważniejszych filmów w mojej karierze kinomana. Niegdyś jeden z tych, które obudziły we mnie fascynację filmem. Obecnie sprawdzony przyjaciel, towarzysz niezliczonych seansów. Spotkania z Ojcem chrzestnym zawsze niosą to samo oczarowanie, podziw dla sztuki aktorskiej i dla potęgi ekranowego oddziaływania.

Advertisement

Lata 80. Dawno temu w Ameryce

Film mojego życia. Tak po prostu. Arcydzieło absolutne.

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *