Seriale TV

DLACZEGO KOCHAM „BIURO”? 10 powodów miłości do amerykańskiej wersji serialu

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

W znacznej mierze nie przepadam za sitcomami. Drażni mnie nadużywanie formy mockumentu we współczesnym kinie i telewizji. Nie przywiązuję się zbytnio do bohaterów seriali. Rzadko kiedy oglądam w całości serie, które składają się z więcej niż jednego, góra dwóch sezonów. Pracowałem w korporacjach przez sześć z dziesięciu lat swojej zawodowej kariery i mam nadzieję, że nigdy tam nie wrócę. Prawdopodobnie właśnie dlatego Biuro z miejsca stało się moim ulubionym serialem komediowym. Na przekór preferencjom dałem szansę kilku pierwszym odcinkom, kierując się głównie nazwiskiem Steve’a Carella. Zostałem na dłużej, a pracownicy oddziału Dunder Mifflin ze Scranton stali się stałymi gośćmi w moim domu.

Poniższy tekst dotyczy amerykańskiej wersji serialu.

Bohaterowie z krwi i kości

Serialową biurową powierzchnię zapełniają dziwne, ekscentryczne, często denerwujące albo nawet głupie postacie. Pierwsze odcinki skupiają się na wyśmiewaniu ich charakterów, przekonań i przyzwyczajeń. A jednak po jakimś czasie (i kilkadziesiąt odcinków później) okazuje się, że każdy bohater został przez scenarzystów potraktowany z należytą uwagą. Zyskują głębię, niuanse, a w miarę jak ich życiorysy odkrywają się przed nami, okazuje się, że każdy z nich jest na swój sposób ciekawy i da się polubić. Gburowaty Stanley na początku stanowi centralny obiekt niepoprawnych politycznie skojarzeń i żartów z czarnoskórych, potem okazuje się wrednym, ale silnym i stanowczym facetem z bardzo określonymi zasadami. Złośliwa i małostkowa Angela zamienia się w pewną siebie kobietę, która potrafi wykorzystać wszystkie środki do osiągnięcia ustalonego celu. Idiotyczny w zachowaniu Andy wyrasta na czułego i utalentowanego człowieka, i tak dalej. Poszczególne perypetie pokazują bohaterów z wieloznacznością i głębią większą niż niejeden dobry dramat. I pomimo tego, że je znamy – ciągle znajdzie się miejsce na niespodzianki i zaskoczenia.

Dwight Kurt Schrute

Na osobny akapit zasługuje postać Dwighta, mojego osobistego faworyta. Antypatyczny, obcesowy, antyspołeczny, wredny, chamski i niedający się darzyć sympatią sprzedawca papieru jest dzisiaj właściwie twarzą produkcji (obok jej gwiazdy, Steve’a Carella, który nie występuje w dwóch ostatnich sezonach). Wystąpił we wszystkich 188 odcinkach i z drugoplanowego antagonisty wysunął się w pewnym momencie na pierwszy plan, dominując produkcję. Dwight od początku konsekwentnie kreowany był na czarny charakter, przeciwwagę dla sympatycznego i „normalnego” Jima Halperta. Po jakimś czasie okazało się, że jego skomplikowany i nietypowy system moralny, na który składają się mizoginia, seksizm, pracoholizm, umiłowanie do broni i poniżania kolegów z pracy są czymś, za co go uwielbiamy. Dwight nie ma poczucia humoru (jest potomkiem niemieckich imigrantów), chociaż zdarza mu się powiedzieć lub zrobić coś zabawnego. Nie przejmuje się opinią innych o sobie, zrobi wszystko, by osiągnąć to, o czym marzy, a za centralny punkt świata uznaje samego siebie. Jak się okazuje, taka postawa przynosi mu wiele korzyści. Dwight z rozwojem serii staje się właścicielem budynku, w którym mieści się tytułowe biuro, zdobywa serca kobiet, na które jego współpracownicy mogą tylko patrzeć z zazdrością, w końcu – dostaje wymarzoną posadę regionalnego kierownika, o którą walczył od samego początku. Amerykański sen w bardzo oryginalnym wydaniu!

Zerknięcia w kamerę

Bohaterowie serialu wiedzą, że są bezustannie obserwowani przez wścibski obiektyw kamery – nie tylko podczas pracy, ale także w sytuacjach prywatnych. Oprócz wypowiedzi i przemyśleń, które kierują bezpośrednio do widza, często kwitują sytuacje dyskretnymi zerknięciami w kamerę. Mistrzem tego gagu jest Jim Halpert, którego spojrzenie wyraża często więcej niż setka słów. Jim dokładnie wie, które z pomysłów jego niedojrzałego szefa okażą się katastrofalną porażką, i porozumiewawczo zerka w kamerę za każdym razem, kiedy wyczuwa zbliżającą się wpadkę. Jego skuteczność wynosi sto procent. Po drugiej stronie medalu stoi Michael Scott – manager i centralna postać serialu. Michael zerka kamerę w poszukiwaniu litości na jego żenujące teksty i zachowania. W jego oczach widać błaganie o wyrozumiałość. Co dziwne – w większości wypadków byłem dla niego wyrozumiały.

Detale i konsekwencja

Biuro rozgrywa się na stosunkowo niewielkiej powierzchni, z okazjonalnymi wypadami dalej – do restauracji, do innych przestrzeni biurowych, do mieszkań bohaterów itp. Twórcy dbali, aby skromne i proste scenografie wypełnić smacznymi detalami. Warto zwrócić uwagę na plakaty motywacyjne, zdjęcia w ramkach, przedmioty na biurkach, karteczki post-it rozmieszczane niemal w każdym możliwym miejscu i drobne osobiste przedmioty każdego z pracowników. Okazuje się, że wszystko ma swój porządek i konsekwencję. W zależności od rozwoju akcji poszczególne drobnostki nabierają nowego znaczenia. Przykładem niech będzie przewijający się w tle w pierwszych sezonach motyw seryjnego dusiciela, który grasuje w miasteczku, gdzie mieści się firma. Początkowo o jego istnieniu dowiadujemy się jedynie z fragmentów gazet czytanych przez bohaterów i artykułów w Internecie, które widać przy różnych okazjach, ale nigdy nie wychodzi to na pierwszy plan. Później jednak sprawa nabiera rozpędu, a morderca staje się na jakiś czas jednym z głównych wątków. To, że jego motyw nie wziął się „znikąd”, ale był wcześniej subtelnie zapowiadany, jest niezwykle satysfakcjonujące – po raz kolejny brawa dla scenarzystów. Przy tej okazji warto też zwrócić uwagę na czołówkę serialu. Tuż przed kartą tytułową jest w niej ujęcie Michaela sięgającego po statuetkę na swoim biurku. Żeby zobaczyć to ujęcie w serialu, musimy czekać… siedem sezonów!

Role gościnne

Przez niemal dwieście odcinków serialu przewinęło się sporo postaci drugoplanowych, w które wcielali się równie ciekawi wykonawcy. Często – obsadzani w bardzo nietypowych dla siebie rolach. I tak, w Biurze gościli Amy Adams, Kathy Bates, Will Ferrell, Idris Elba, Cloris Leachman (zdobywczyni Oscara za Ostatni seans filmowy), Jack Black, Jessica Alba, Will Arnett (głos BoJacka Horsemana), Christian Slater, Jim Carrey, James Spader. Ikonicznym momentem jest oczywiście spotkanie dwóch managerów serialowego Biura – Steve’a Carella i jego brytyjskiego „ojca”, Ricky’ego Gervaisa. Ciekawa jest również postać pracownika działu kadr, Toby’ego Flandersona. Znienawidzony przez Micheala, ignorowany przez resztę pracowników, trochę żałosny i budzący politowanie bohater pojawia się na drugim planie w wielu odcinkach, a wcielił się w niego… jeden z producentów i scenarzystów serii – Paul Lieberstein. Świetny przykład dużego dystansu do własnej osoby!

Ostatnio dodane