Ranking

FILMY SYLWESTROWE. Wyjątkowa noc, wyjątkowe tytuły

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

W sylwestrową noc zdarzają się cuda i dziwy. Być może spędzacie tę wyjątkową noc we własnym domu, a może szalejecie gdzieś dalej. Reżyserzy także lubią zaszaleć, osadzając akcję swoich filmów w czasie tej jednej, szczególnej nocy w roku, kiedy przypadki i prawa prawdopodobieństwa zyskują równy status.

Niejedne bohater stracił wówczas życie, zwłaszcza jeśli akurat znalazł się nad Bulwarem Zachodzącego Słońca, niejedna fortuna została rozbita akurat w tę noc – począwszy od brawurowego planu obrabowania pięciu najważniejszych kasyn w Las Vegas z Ocean’s Eleven (1960), skończywszy na milenijnej obsesji, iż zerujący się rok (czyli przełom 1999 na 2000) zagraża wszystkim systemom komputerowym, co jest dobrą okazją na włam, jak twierdzą bohaterowie Osaczonych. Właśnie w sylwestrową noc, na kilka godzin przed wybuchem kubańskiej rewolucji, Michael Corleone obdarza swojego brata Freda śmiertelnym pocałunkiem, mówiąc, iż tamten złamał mu serce swoim zachowaniem… A kilkadziesiąt lat później, siedząc w piżamie nad wiaderkiem lodów, Bridget Jones zaczyna pisać swój dziennik, mający zmienić jej życie na lepsze.

Jak to mawiają rodzice: uważajcie na fajerwerki, race i latające butelki po różnorakich trunkach… chociaż to dosyć błahe zagrożenia wobec tego, co fundują nam sylwestrowe filmy.

Tragedia „Posejdona”

Klasyk kina katastroficznego lat 70. i film, który wciąż ogląda się z zapartym tchem – bardzo wyrazista pozycja na tle morskich zatonięć, przy której Titanic to ledwie niepoprawny romans z ludźmi w mokrych ubraniach. Tuż po północy, w środku szampańskiej zabawy sylwestrowej, gwałtowna fala uderza w liniowiec, powodując niebezpieczny przechył. Kiedy statek obraca się do góry dnem, żywych pasażerów nie pozostało wielu, a spośród nich tylko kilku śmiałków decyduje się szukać wyjścia pod wodzą pastora Franka Scotta (Gene Hackman). Akcja ratownicza przestaje mieć aż tak duże znaczenie w porównaniu z prywatnymi historiami bohaterów, ich decyzjami i poświęceniem.

Dziwne dni

Film Kathryn Bigelow (m.in. The Hurt Locker. W pułapce wojny, Na fali) to prawdziwe cyberpunkowe kino, na którym nie sposób się nudzić. Jeżeli nie ufacie futurystycznym wizjom sprzed lat (film bowiem powstał w 1995 roku), to tym razem dajcie się przekonać. Bigelow ponad efekciarskie zagrywki i rekwizyty rodem z kosmicznych technologii stawia na tempo akcji i apokaliptyczną atmosferę końca wieku, napisaną skądinąd przez Jamesa Camerona i Jaya Cocksa. Główny bohater (niesamowity Ralph Fiennes), były policjant handlujący nielegalną technologią pozwalającą na nagrywanie i odtwarzanie cudzych przeżyć, wikła się w kryminalną intrygę, która jest ledwie jednym z wątków. Los Angeles na kilka godzin przed początkiem roku 2000 przyduszone jest atmosferą upadku, zmaltretowane przez powszechny brud i przemoc, i niekiedy trudno rozpoznać, czy szalejący tłum właśnie rozpoczyna uliczne zamieszki, czy może tylko tańczy.

Cztery pokoje

Filmowe absurdy sygnowane nazwiskami Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza (z niesłusznym pominięciem Allison Anders i Alexandra Rockwella), a zarazem przestroga dla wszystkich pracujących w sylwestra. Dla Teda (Tim Roth) to miał być dzień jak co dzień, który praktycznie natychmiast zmienił się w niedorzeczny horror pościgów i dziwnych żądań. Główny bohater, przemieszczający się kolejno między czterema nowelami, niechcący zostaje wciągnięty w szabat czarownic (jedną z nich jest np. Madonna), na którym próbuje się wskrzesić boginię, nieopatrznie zostaje wzięty za kochanka żony pewnego furiata, potrafiącego z pistoletem w dłoni wymienić niezwykle dużo przymiotników i synonimów związanych z męskimi narządami, równie przypadkowo zostaje opiekunem dwójki uroczych pociech gangsterskiej pary – o dziwo, nie obędzie się bez alkoholu, papierosów, kanałów z porno czy nawet trupa – a ostatecznie ma sędziować w iście hitchockowskim zakładzie, którego ceną jest samochód lub palec. Wariactwo goni kolejną niedorzeczność i mimo iż bywają lepsze i gorsze momenty, to nie sposób oprzeć się temu szaleństwu.

Kiedy Harry poznał Sally

Rob Reiner wystrzega się lukrowanych banałów, bowiem przez cały film, scena po scenie, naigrawa się ze schematów komedii romantycznej. Harry i Sally nie są typową parą kochanków, którzy zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia i dzięki serii przypadków wreszcie mogą być razem. Jest wręcz odwrotnie: co jakiś czas wpadają na siebie na lotniskach, raczej wywołując tymi drobnymi incydentami irytację, a nie romantyczne uniesienie. Zaczynają się przyjaźnić, chociaż nie wierzą w damsko-męskie przyjaźnie, popełniają kolejne błędy, wygłaszają tyrady o oczekiwaniach niemożliwych do spełnienia i nie zauważają własnych dziwactw tak, jak nie zauważają, że to, co ich łączy, to chyba jednak miłość… I chociaż ten film momentami przypomina komedię anty-romantyczną, to ma najpiękniejszą, sylwestrową scenę ze wszystkich możliwych zakończeń.

Sylwester w Nowym Jorku

Prawdopodobnie nie ma bardziej magicznego miejsca na przywitanie Nowego Roku niż samo serce Manhattanu, pod wielką kulą na Times Square. Garry Marshall angażuje gwiazdorską obsadę, którą nie sposób wymienić – wspominając ledwie Michelle Pfeiffer, Jessicę Biel, Roberta De Niro, Hilary Swank, Sarah Jessicę Parker, a nawet Zaca Efrona, Ashtona Kutchera czy Jona Bon Joviego – by zebrać wszystkie obawy i nadzieje związane z wejściem w kolejny rok. Sylwester… to komedia pomyłek, w której losy różnych bohaterów splatają się i krzyżują, by ostatecznie wspólnie przeżyli ten symboliczny dzień i noc. Mimo iż niektóre wątki są mniej angażujące od innych, a ich wielość może przyprawiać o ból głowy, gdyby wymienić się je po przecinku, to jednak warto pozwolić sobie na chwilę bezkrytycznej naiwności i dobrze się bawić wraz z bohaterami, bo przecież w Nowym Jorku nie ma rzeczy niemożliwych.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane