Publicystyka filmowa
PRZERAŻAJĄCE filmy, które NIE SĄ HORRORAMI
PRZERAŻAJĄCE filmy, które NIE SĄ HORRORAMI to lista dzieł, które wstrząsają widzem, nie korzystając przy tym z klasycznych schematów grozy.
Tekst z archiwum Film.org.pl (5.03.2019)
Przyzwyczailiśmy się do tego, że jeżeli chcemy się w kinie przestraszyć, wybieramy seans horroru. To opowieści tego gatunku filmowego bazują na drzemiącym w człowieku uczuciu lęku, wyrażanym w stosunku do otaczającego świata. Są jednak takie filmy, które potrafią być przerażające, nie będąc właściwie horrorami. Generowana przez nich groza zdaje się jakby… prawdziwsza, mniej odrealniona.
Idź i patrz
Nie ma drugiego tak mocnego uderzenia w kinie wojennym. Radziecki film ukazujący losy szesnastoletniego chłopca, który na ogarniętej wojną Białorusi musi uciekać przed niemieckimi oprawcami, jest niesamowicie sugestywny w ukazywaniu przemocy i bólu. Reżyser Elem Klimow nie idzie z widzem na żadne ustępstwa, każąc mu się przyglądać największemu okrucieństwu, jakie człowiek człowiekowi był zdolny zadać niczym wygłodniały wilk.
Pamiętam dobrze mój pierwszy i zarazem ostatni seans Idź i patrz. Obejrzałem go razem z kolegą w domowym zaciszu. Pozornie bezpieczna przestrzeń nie była w stanie uodpornić mnie na emocje, które zadziałały niczym uderzenie obuchem w twarz. Na napisach końcowych nie bardzo wiedzieliśmy z kumplem, co do siebie powiedzieć, czując na sobie ból ofiar wojennej rzezi. Jeśli ktokolwiek uznał, że Smarzowski w Wołyniu przekroczył granicę dobrego smaku w ukazywaniu przemocy, powinien obejrzeć film radziecki z 1985 roku. Znamienne, że Elem Klimow zakończył karierę reżyserską po zrealizowaniu tego filmu. Lepiej ze sceny zejść nie mógł.
Noc myśliwego
Choć nie jest to ani horror, ani klasyczny dreszczowiec, Noc myśliwego potrafi napełnić nasze serca niepokojem za sprawą stworzenia możliwości do pogrążenia się w mroku ludzkiego zła. Film Charlesa Laughtona opowiada o psychopacie nękającym dzieci w celu wydobycia od nich informacji o ukrytych przez ich ojca pieniądzach.
Mnóstwo jest tu symboliki chrześcijańskiej. Nie bez kozery czarny charakter, w który wcielił się Robert Mitchum, jest samozwańczym kaznodzieją. Najbardziej niesamowite i zapadające w pamięć jest to, w jaki sposób psychopata jest przez kamerę filmowany. Schowany w półcieniach, skąpany w czerni i bieli, jedzie spokojnie na swym koniu w kierunku ofiar. Uosabia grzech, który nie boi się swoich dzieci, gdyż wie, że prędzej czy później i tak je odnajdzie i otoczy wątpliwą troską. Swego czasu krytyk filmowy Pauline Kael określiła Noc myśliwego mianem „jednego z najbardziej przerażających obrazów, jakie kiedykolwiek nakręcono”.
To mocne stwierdzenie, które trudno przełożyć na dzisiejsze, przesiąknięte przemocą realia. Dla wielu film z 1955 roku może bowiem nie mieć takiej siły oddziaływania, jaką miał w roku premiery. Oddając mu jednak sprawiedliwość, trzeba przyznać, że jest w swej ocenie natury ludzkiej, w tym seksualności, brutalnie prawdziwy.
Siedem
Słynnego filmu Davida Finchera nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. To produkcja głośna, którą wielu z nas zdołało już przetrawić. Jednak mimo upłynięcia od premiery filmu dwudziestu czterech lat (sic!) wciąż na myśl o koncepcie, jaki wziął na warsztat Fincher, a już zwłaszcza na myśl o pamiętnym finale tego konceptu, przechodzą mnie ciarki. Bardzo trudno jest pozostać z boku tej historii, nie zaangażować się w nią. Jednym prostym zabiegiem, ukrytym w pudełku, za którego sprawą najwyższą karę ponosi niewinność, Fincher przebił serce każdego z nas i wywołał w nas trwały szok. Najbardziej przerażające w filmie Siedem jest jednak to, że postać grana przez Kevina Spaceya nie myli się w gruncie rzeczy w swej radykalnie pesymistycznej ocenie otaczającego nas świata. Świata, w którym ludzkość na skutek grzechu pierworodnego nie może nawet doskoczyć do poprzeczki, jaką wyznaczył jej Bóg. Świata pozbawionego nadziei, pogrążonego w dekadencji, dążącego do moralnego upadku. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto z nas jest bez winy.
Kieł
Pamiętam, jak swego czasu na studiach, na zajęciach z psychologii społecznej, film ten został użyty jako przykład radykalnej, w pełni szkodliwej indoktrynacji. Film Lantimosa oparty został na niezwykłym i wstrząsającym pomyśle. Grecki reżyser nie bał się pofilozofować i zadać trudnego, z punktu widzenia socjologii, pytania: co by się stało, gdybyś wychowując swoje dziecko w całkowitej izolacji, wywrócił do góry nogami całą dostarczaną mu wiedzę o świecie? Domowy reżim autorytarny, jaki w ten sposób byś wprowadził, miałby tę przewagę, że twoi „poddani” nie potrafiliby dostrzec dokonywanych na nich aktów terroru, nie wiedzieliby także, przeciwko czemu mieliby się buntować.
Nie mogliby upomnieć się o wolność i godność, nie znając znaczenia tych słów. Byliby jak ten kanarek, który wykluty w klatce z miejsca uznaje ją za jedyną właściwą przestrzeń do życia, akceptując wszystkie ograniczenia z nią związane. Popsuć plan mogą w tym wypadku jedynie jakimś trafem dostarczone informacje ze świata zewnętrznego. Ale i bez tego sytuacja wydaje się dogłębnie przerażająca i, jakkolwiek by patrzeć, nieludzka.
Scena zbrodni
Wbrew oczekiwaniom żądnego krwi widza w filmie dokumentalnym z 2012 roku nie uświadczymy scen zbrodni. Te pojawią się jednak w naszej wyobraźni. Joshua Oppenheimer nie dotarł do ofiar masakry dokonywanej na ludności Indonezji w czasach antykomunistycznej czystki. Lokalne władze stanęły mu na drodze, nie chcąc szerzyć złej reputacji. Zamiast tego dokumentalista przeprowadził wywiad z oprawcami.
Bezdusznymi gangsterami działającymi na usługach państwa, tworzącymi tzw. szwadrony śmierci.
I to wszystko przy milczącej aprobacie rządu. Echo tego wstrząsającego dokumentu Oppenheimera rozniosło się po całym świecie. Film zdobył kilka znaczących nagród, był też nominowany do Oscara. Jeśli ktokolwiek z was uważa, że nazistowskie zbrodnie wyczerpały limit zła na świecie, Scena zbrodni uzmysłowi wam, w jak wielkim błędzie jesteście.
Pasja
Abstrahując od religijnego znaczenia poświęcenia, na jakie zdobył się niejaki Jezus Chrystus, trzeba przyznać, że dostarczono mu ogromnych pokładów bólu. Wbrew temu, jak mógłby tytuł filmu interpretować laik, Pasja nie opowiada o zamiłowaniu Jezusa do umierania.
Pasja to czysta męka, pasja to niefiltrowane cierpienie. Czyli dokładnie to, co wpisane jest w żywot każdego z nas. Mel Gibson doskonale wiedział, co zrobić, by uzmysłowić nam znaczenie aktu najwyższej ofiary, jaką złożył Chrystus. Reżyser ukazał ukrzyżowanie w sposób niezwykle plastyczny, nawiązując przy tym do technik formalnych horrorów spod znaku gore. Wielu się z tego powodu obraziło, zarzucając Gibsonowi pójście na łatwiznę i przesadne epatowanie przemocą. Prawda jest jednak taka, że na skutek tego zabiegu bardzo trudno jest przejść obok historii Jezusa obojętnie. Bardzo trudno jest nie pobrudzić się jego krwią. Wszystko to działa jakby na przekór religijności, na przekór bajkowej, uwznioślonej, wygładzonej, w rezultacie także odrealnionej tradycji kina biblijnego.
Człowiek pogryzł psa
O tym filmie wspominałem niedawno przy okazji przytaczania przykładów fałszywych filmów dokumentalnych. Napisałem wtedy, że „nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałem w kinie tak realistycznej, silnie oddziałującej na moją emocjonalność przemocy”.
I chciałbym to raz jeszcze podkreślić. Paradokumentalna formuła jest tylko jedną z dwóch cech belgijskiego filmu wpływających na jego wyjątkowość. Drugą jest tematyka, mająca na celu jawną gloryfikację przemocy. Bohaterem jest seryjny morderca, który wymyślił sobie, że jego fach jest tak wyjątkowy, że wypada nakręcić o nim film. Kamera śledzi zatem jego poczynania w imię tradycji cinéma-vérité, a my, widzowie, nie możemy uwierzyć w to, że pozbawianie kogoś życia może być tak banalne, jak banalne jest zajadanie się ostrygami. Film wywołał szereg kontrowersji i do dziś uznawany jest za jeden z najbardziej okrutnych filmów w historii kinematografii.
Wystarczy jeden rzut oka na scenę otwierającą (w której główny bohater beznamiętnie zabija w przedziale pociągowym kobietę ku uciesze kamery), by nie mieć wątpliwości, że to, z czym będziemy obcować w pozostałej części seansu, nie będzie ani niczym przyjemnym, ani łatwym w odbiorze.
Zniknięcie
Nie wiem, jak wy do tego podchodzicie, ale dla mnie lęk przed niespodziewaną utratą bliskiej osoby to jedno z tych negatywnych uczuć, które stosunkowo często ma okazję we mnie zaistnieć. Zawsze gdy żona wychodzi z domu, a ja zostaję na chwilę sam z własnymi myślami, przynajmniej raz pojawia się w mojej głowie refleksja, że mogę już żony nie zobaczyć. I nie ma w tym wypadku znaczenia fakt, że myśl ta ma zwykle bardzo krótki żywot, gdyż szybko zabita zostaje zdrową racjonalizacją.
Ważne, że w ogóle się pojawia. Ważne, że przy splocie wyjątkowo niesprzyjających okoliczności możliwość nagłej utraty bliskiej osoby zawsze będzie realna. George Sluizer postanowił pójść za tym lękiem i rozwinąć go do rozmiarów filmu. W swoim Zniknięciu przedstawił on, wydawać by się mogło, nieprawdopodobną sytuację, wyjętą jakby z koszmaru, która na nieszczęście bohatera jednak okazuje się prawdziwa. Lata mijają, a on nadal nie rozumie, co stało się na stacji benzynowej, gdzie podziała się jego ukochana. Sytuację wyjaśnia sam porywacz, doprowadzając do budzącego grozę spotkania oraz jeszcze bardziej wstrząsającego finału.
