Publicystyka filmowa
Oryginalne FILMY NETFLIKSA, o których lepiej ZAPOMNIEĆ
Jakie filmy z biblioteki oryginalnych produkcji Netfliksa chcielibyśmy wyrzucić z pamięci?
Choć na przestrzeni ostatnich lat Netfliksowi udało się częściowo naprawić łatkę śmietnika dla filmów, których nie chciano w kinach, to wciąż regularnie wypuszcza produkcje o jakości, delikatnie mówiąc, nie najwyższej. Pomimo tego, że co jakiś czas otrzymujemy naprawdę dobre, godne uwagi tytuły (zwłaszcza jeśli stoją za nimi nazwiska już rozpoznawalnych reżyserów), to wciąż są one jedynie kroplami w morzu zdecydowanie mniej ambitnych rzeczy. Dzisiaj poświęcimy uwagę nie tym, które są „tylko” złe, ale tym, które są na tyle złe, że wolelibyśmy o nich po prostu zapomnieć. A niestety jest to do pewnego stopnia niemożliwe.
Paradoks Cloverfield
Filmy z tej serii (utrzymany w konwencji found footage Projekt: Monster i oparty na tajemnicy thriller psychologiczny Cloverfield Lane 10) nigdy nie były wybitne, ale zawsze na tyle ciekawe, że przytrzymywały uwagę od początku do końca i sprawiały, że nabieraliśmy ochoty na więcej. Aż do czasu, gdy na Netfliksie pojawił się Paradoks Cloverfield, który najprawdopodobniej zarżnął markę na długi czas. Wieści z planu nie nastrajały pozytywnie od samego początku. Po pierwsze, ostateczny scenariusz stanowił sklejkę motywów z kilku innych tekstów, pracę wręcz zbiorową, na dodatek wciśniętą w uniwersum Cloverfield na siłę i dopiero w późniejszej fazie produkcji. Po drugie, film miał regularnie przesuwaną premierę kinową, oficjalnie ze względu na wydłużony czas postprodukcji. Po trzecie, ostatecznie pierwotny wydawca sprzedał prawa do niego Netfliksowi, na co zapewne miała wpływ właśnie jego jakość. I, jak się okazało, słusznie, bo to nieangażująca, kuriozalna i po prostu nudna produkcja, która z Cloverfield za wiele wspólnego nie ma, a poza tym jest kiepska sama w sobie. Dość powiedzieć, że wydane w podobnym czasie i będące nieudolną zrzynką z Obcego Life w zestawieniu z Paradoksem wypada lepiej na każdym polu.
Notatnik śmierci
Fanom anime Death Note, którzy ostatni raz oglądali je kilka lub kilkanaście lat temu, dobrze radzę – lepiej do niego nie wracać. Intryga, niegdyś uważana za perfekcyjnie zaplanowaną konstrukcję wizjonera, może się bowiem okazać trzymającym się na ślinę bałaganem, działającym wyłącznie dlatego, że tego chciał scenarzysta. Podobnie musiał uważać twórca amerykańskiego remake’u, Adam Wingard, gdyż zamiast spróbować poprawić pewne elementy, całkowicie wywrócił konwencję do góry nogami, czyniąc z postaci geniuszy po prostu kretynów. Tym samym ani Light (Nat Wolff), ani L (Lakeith Stanfield) nie zaskakują swoją inteligencją, lecz jej brakiem, przez co od początku do końca zastanawiamy się, jakim cudem udaje im się w ogóle cokolwiek osiągnąć.
Jeśli Wingard chciał swoim podejściem zabić entuzjazm wieloletnich fanów kultowego anime – to udało mu się, dopiął celu. Pytanie brzmi tylko – po co?
Nago
Motyw znany z Dnia świstaka został przerobiony w kinie już chyba na wszystkie możliwe sposoby. Zdecydowanie nie potrzebowaliśmy więc, żeby Marlon Wayans dołożył do tematu swoje trzy grosze. Nie bez powodu wymieniam właśnie jego nazwisko, gdyż poza faktem, że jest „gwiazdą” powyższego filmu, to odpowiada również za jego produkcję i częściowo za scenariusz. Czy mamy przez to uznać, że był to jego passion project? Chyba jednak nie – po prostu wraz ze stałym współpracownikiem, reżyserem Michaelem Tiddesem, znaleźli w niszy sprośnych komedii miejsce dla siebie i kilka lat temu sprezentowali światu parę swoich dzieł.
Należy do nich właśnie Nago, czyli historia (zaraz) nowożeńca, który w dniu ślubu, będącym zarazem dniem po wieczorze kawalerskim, raz za razem budzi się nago w windzie i podejmuje wyścig z czasem, by zdążyć na ceremonię. Jest to film równie śmieszny, jak można by się spodziewać po tej krótkiej zapowiedzi, a jego nieśmieszność dodatkowo podbija fakt, jak bardzo Wayans walczy o to, byśmy uwierzyli w jego komediowy talent. Bo jeżeli on uwierzy, że to, co robi, jest zabawne, to widzowie także, tak to działa? Nie, niestety.
Armia umarłych
Zack Snyder z pełną kreatywną kontrolą, w żaden sposób nieograniczany przez studio ani decydentów – czy to mogło pójść źle? Jak widać, mogło i skończyło się Armią umarłych. Filmem, który bierze brzmiący całkiem intrygująco koncept grupy dokonującej widowiskowej kradzieży w świecie wypełnionym zombie i zmienia go w nudną, przeciągniętą historię o niczym. Nie trzyma nas przy ekranie ani wykonaniem (gdzie się podziało typowe dla Snydera wizualne dopieszczenie? Tutaj część kadrów jest rozmyta, zaś w niektórych miejscach pojawiają martwe piksele, czyli efekt błędów produkcyjnych), ani tym bardziej bohaterami, ci są bowiem albo nijacy (większość), albo irytujący (Dieter, notabene protagonista Armii złodziei, prequela lepszego od pierwowzoru). Zmarnowany potencjał.
Kobieta w oknie
To, że Kobieta w oknie raczej nie przezwycięży arcydzieła Alfreda Hitchcocka Okna na podwórze, było wiadome od początku. Chyba nikt jednak nie spodziewał się, że wybrzmi wręcz jak jego nieintencjonalna parodia, ponieważ to, jak potraktowano tu motyw voyeurystyczny, zakrawa o kryminał. Już pal licho, że film sam w sobie jest po prostu nudny i oglądany o niewłaściwej godzinie prędzej ukoi nas do snu, niż zapewni przejażdżkę po naszych nerwach, jak powinien porządny thriller – tutaj zwyczajnie nic nie trzyma się kupy. Motywacje bohaterów są kuriozalne, ostateczny zwrot akcji podaje w wątpliwość to, czy aby na pewno pisała go osoba dorosła, a nie przykładowo nastoletni entuzjasta powieści kryminalnych, wszechobecna powaga zaś sprawia, że szybko zaczęlibyśmy się śmiać z wydarzeń na ekranie, gdyby nie wysiłek, jakim jest utrzymanie otwartych powiek w trakcie seansu.
Miały być Oscary, może będą chociaż Złote Maliny.
Polar
Z cyklu: oryginalne filmy Netfliksa reklamowane znanym aktorskim nazwiskiem. Tym razem o czek słynnego serwisu streamingowego pokusił się Mads Mikkelsen i jego robocie trudno coś zarzucić. Na swoim wysokim poziomie zagrał zmęczonego, śmiertelnie poważnego profesjonalistę, nawet jeśli scenarzysta i reżyser na każdym kroku rzucali mu kłody pod nogi. Powiedzieć bowiem, że Polar jest nieudany, to jak nic nie powiedzieć – to najbardziej żenujący, okropny na wielu poziomach wyprysk postmodernizmu, jaki widziałem w ostatnich latach. To wizualne przedstawienie słów edgy i cringe użytych razem, na każdym kroku próbujące rozbawić nas swoją niedojrzałością.
Seks, przekleństwa, przemoc, przerysowani antagoniści, pseudopoważny wątek dramatyczny w tle, a to wszystko wciśnięte w efekciarską (nie mylić z efektowną), komiksową, ale w tandetny sposób, formę. W Kobiecie w oknie nastolatek mógłby napisać pewien zwrot akcji – w tym przypadku uwierzyłbym, że nastolatek odpowiada i za cały scenariusz, i reżyserię.
Bright
Film Davida Ayera co jakiś czas powraca w moich zestawieniach, więc nie daruję mu i tym razem. Doprawdy, trudno mi zrozumieć, jak tak ciekawy na papierze temat, wymagający dosłownie minimum kreatywności można było położyć na tak wielu poziomach. Tym bardziej, że trafiło nie na pierwszego z brzegu wyrobnika, lecz twórcę uznanego, który ma na koncie parę świetnych tytułów. Niestety, jak widać, autorów przerosła próba wykreowania intrygującego uniwersum urban fantasy – to jest bowiem zwyczajnym przełożeniem naszego świata na język fantasy i wciśnięciem ras takich jak orkowie czy elfy w role, które są tyleż oczywiste, ile po prostu nudne.
Orkowie jako uciskana mniejszość rasowa? Cóż za niespodziewany komentarz społeczny! Elfy będące wyniosłymi, wysoko postawionymi agentami? Wow, któż by się spodziewał! I właśnie takie jest Bright pod każdym względem – nieciekawe, przewidywalne, nijakie. Do zapomnienia i miejmy nadzieję, że zrobienia na nowo przez bardziej utalentowanych twórców.
Bal
Akurat pod względem odbioru tego filmu chyba jestem w mniejszości, ale muszę to powiedzieć – Bal jest okropnym, kiepsko nakręconym i równie kiepsko zaśpiewanym, pozbawionym energii produktem. Hollywood wymyśliło sobie, że opowie o problemach osób LGBT językiem młodzieży (który wcale nie brzmi jak język młodzieży zresztą, wręcz przeciwnie) – i zatrudniło po drodze Jamesa Cordena. Sam jego udział przy produkcji sprawia, że trudno mi Bal traktować poważnie, bo mało jest w Ameryce aktorów równie nieśmiesznych i mało charyzmatycznych jak on (ba, pokusiłbym się o stwierdzenie, że wspominany wcześniej Marlon Wayans stoi pod oboma tymi względami wyżej od Cordena).
Jednak nawet pomijając osobę Cordena – w tym musicalu nie ma ani jednej piosenki, która zapadałaby w pamięć. Ani jednej choreografii, która przykułaby oczy do ekranu. Nawet aktorki przeważnie rozsadzające ekran swoją prezencją, takie jak Meryl Streep czy Nicole Kidman, tutaj mają problem z odnalezieniem się, tak jakby na planie zabrakło reżysera. Koszmarny seans.
Zgadzacie się z moimi typami? O jakich innych oryginalnych filmach Netfliksa wolelibyście zapomnieć? Podajcie tytuły w komentarzach!
