search
REKLAMA
Zestawienie

NIEPOPULARNE opinie o STAR WARS

Właściwie niepopularną opinią może być każda, która podważa status quo, czyli wszystko to, co stworzył George Lucas.

Odys Korczyński

12 grudnia 2022

REKLAMA

Właściwie niepopularną opinią może być każda, która podważa status quo, czyli wszystko to, co stworzył George Lucas w ramach części IV, V i VI. Gwiezdne wojny były trylogią przełomową dla kina fantastycznego. Stały się częścią szeroko rozumianej popkultury. Wrosły nawet w sposób naszego potocznego myślenia, co jest fenomenem na skalę całej naszej cywilizacji, jeśli chodzi o jakąkolwiek dziedzinę sztuki. Niepopularne opinie często podważają tak skonstruowane archetypy, zatem są niepopularne, a nawet powodują radykalny sprzeciw. Przyjrzyjmy się kilku z nich.

Części I, II, III są tak dobre jak IV, V, VI albo są od nich tylko trochę gorsze

Przyznam się, co już zresztą kilka razy robiłem, bo nie piszę o uniwersum Gwiezdnych wojen po raz pierwszy, że jestem dość liberalnym, a dla niektórych zapewne bezkrytycznym, odbiorcą tych filmów aż do Przebudzenia Mocy. Potem z całą sagą stało się coś, czego nawet ja nie mogłem znieść, ale to nie jest tekst o tym, jak ostatnie dwie części są słabe. Potrzeba nakręcenia początku historii wynikała w sposób oczywisty z fabuły Nowej nadziei i kolejnych najstarszych produkcji. Trudno się więc dziwić, że części I, II, III powstały. Niezrozumiałe jest również to, że fani Lucasa oczekiwali czegoś w tym samym stylu. Minęło przecież wiele lat, a styl w kinie fantasy i science fiction ewoluował. Tak, uważam, że prequele sagi są dobre i konieczne. Posiadają wiele bolączek natury technicznej. Niekiedy przypominają animowaną bajkę z rysowanymi tłami, w której tylko na doczepkę występują realni aktorzy, ale wprowadzają do uniwersum dwie niesamowicie ważne historie – Obi-Wana i Anakina. Pozwalają spojrzeć zwłaszcza na tego drugiego nie jak na bezduszną maszynę, lecz człowieka, który dokonał wyboru, a potem go pożałował. Z powodzeniem więc można przymknąć oko na przeciągnięte wątki romantyczne, a poświęcić uwagę temu, jak potęga sithów potrafiła obnażyć naiwność zakonu Jedi.

„Gwiezdne wojny” to science fiction

W sieci natrafiłem na wiele takich dyskusji. Jedni próbowali udowodnić, że w GW da się znaleźć elementy naukowego futuryzmu. Inni z kolei sprzeciwiali się temu, bo Gwiezdne wojny są sagą typowo fantasy, tyle że osadzoną w alternatywnej rzeczywistości zupełnie wyglądającej jak bardzo daleka przyszłość. Sam Zakon Jedi to pewna trawestacja starej, dobrej magii, a miecze świetlne są nawiązaniem i oddaniem hołdu broni białej, niezbędnej przecież w walce ze smokami albo np. z ożywieńcami itp. Czym więc są Gwiezdne wojny? Niepopularnym i kontrowersyjnym twierdzeniem będzie osadzenie ich w świecie sci-fi, tylko dlatego, że bohaterowie latają statkami kosmicznymi osiągającymi prędkość nadświetlną albo że całe planety niszczone są przez działa o wielkości planet.

Postaci GW są aseksualne i nieinkluzywne, a powinno być inaczej

W rzeczy samej, spoglądając dzisiaj na całą sagę, można powiedzieć, że GW są grzeczne, klasyczne, wręcz misjonarskie. Podejście do seksu było w cyklu zawsze niesłychanie bezpieczne. Trzymało się z dala od tego wszystkiego, co w purytańskich Stanach Zjednoczonych uchodziło za grzeszne i moralnie naganne, prócz przemocy oczywiście. Na nią zawsze było przyzwolenie. W jakimś sensie jestem w stanie zrozumieć stare części, bo to dzieci swoich czasów, lecz w nowych sytuacja znacząco się nie zmieniła. A była szansa to zmienić np. wprowadzając wątek ksenoseksualny. Ale by był krzyk ze strony fanowskiej gawiedzi. Piszę to całkiem poważnie. Przy całej miałkości fabularnej sequeli GW wprowadzenie tego typu pikanterii być może uratowałoby cośkolwiek z tego żenującego widowiska, aczkolwiek jest to bardzo niepopularna recepta na reanimację.

Luke Skywalker powinien przejść na ciemną stronę Mocy

Trudno nie odnieść wrażenia, że jasna strona mocy to ta bardziej monotonna, nudna, pozbawiona napięcia, ślamazarnie działająca i mało atrakcyjna. Zło zaś, czyli ta ciemna strona, to ta pełna wigoru, akcji, siły, energii, poczucia własnej wartości itp. Trudno się więc dziwić, że Anakin Skywalker ze swoją popędliwą naturą jej uległ, zwłaszcza że Palpatine roztoczył przed nim niesamowicie atrakcyjną wizję, sam Obi-Wan zaś zawsze starał się tonować jego zapalczywość, co nieraz było odbierane jako blokowanie chęć, motywacji i działania. Luke nieco podobnie zachował się wobec Rey, aż w końcu jednak zaczął ją uczyć. Były jednak momenty, kiedy Skywalker szedł drogą ambiwalentną, z pogranicza jasnej i ciemnej strony. Szkoda, że twórcy nie pokusili się na pozwolenie Luke’owi, by sięgnął dna ciemnej mocy.

„Obi-Wan Kenobi” jest świetnym serialem

Dobrze było zobaczyć Ewana McGregora po latach w historii, którą miał w pewnym sensie na własność. Ze strony psychofandomów GW oczywiście na serial zostało wylane mnóstwo bezpardonowego hejtu. Trudno szczerze powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że serial przedstawiał Obi-Wana jako wycofanego Jedi, który unika walki, lub dlatego, że akcja nie była wartka, a może niektórych denerwowały czarnoskóre postaci? Tego ostatniego to akurat jestem pewien, bo Moses Ingram grożono nawet śmiercią z tego powodu, że śmiała się pojawić w produkcji. Tak więc można być pewnym, że wysoka ocena Obi-Wana Kenobiego jako serialu będzie niepopularna.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA