Connect with us

Publicystyka filmowa

NIE TYLKO „DZIEŃ ŚWIRA”. Najlepsze filmy Marka Koterskiego

Marek Koterski w filmie NIE TYLKO „DZIEŃ ŚWIRA” odsłania prawdę o ludzkich słabościach w sposób błyskotliwy i bezlitosny. Odkryj jego twórczość!

Published

on

DZIEŃ ŚWIRA. Wszyscy jesteśmy świrami

Autorem tekstu jest Aleksander Gałąska.

Advertisement

Marek Koterski to reżyser wyjątek. Jego twórczość jest wyjątkowo trafna, a ponadto, co ważniejsze, szczera. Nic w tym dziwnego, w końcu niewielu filmowców wyczucie ludzkiej osobowości i zdolność do bezlitosnego komentarza rozwinięte ma do takiego stopnia. Tym bardziej imponująca jest odwaga reżysera, który niejednokrotnie wplata w filmy wątki autobiograficzne. 3 czerwca Marek Koterski obchodzi 76. urodziny i wygląda na to, że nie wybiera się na emeryturę. Niedawno pojawiła się informacja, że pracuje nad nowym filmem zatytułowanym Siedem uczuć. Co więc warto obejrzeć, aby zapoznać się z jego twórczością?

Dom wariatów (1984)

Debiut kinowy reżysera. Film, w którym szaleństwo codzienności staje się udziałem każdej osoby. Bohaterowie związani są okowami rutyny, kultywują zwyczaje na przekór otoczeniu. W tym filmie dom jest miejscem niezręcznym i toksycznym. Ojciec, jak co noc, suszy skarpety, brutalnie napastując piec kaflowy, a matka toczy z nim bój o kufel. Okazjonalne utarczki wydają się wpisywać w rytm dobowy domowników. Jestem przekonany, że to film o niemocy w starciu ze światem ugrzecznionym, otoczeniem skłonnym do pasywno-agresywnych zachowań. Tym, co mnie za każdym razem zadziwia, jest głębia postaci.

Advertisement

Pod płaszczem neutralnych pytań o herbatę, żartobliwych przytyków dotyczących papierosów czy porównań z bratem kryją się zaszłości. Problemy rodziny przypominają irytującą drzazgę, która od lat nie chce wyjść. Opleceni siecią pozorów bohaterowie skrzętnie ukrywają swoją naturę zarówno przed sobą nawzajem, jak i widzem. I jest naturalnie, tak jak w życiu. Ostatecznie przecież często wychodzi na to, że coś nam się tylko wydawało.

Baby są jakieś inne (2011)

Kadr z filmu "Baby są jakieś inne"

Nie ma nic bardziej intymnego niż podróż samochodem nocą. W myśl takiego stwierdzenia Koterski zbudował atmosferę w swoim jak dotąd ostatnim filmie. Dwójka inteligentów cytująca Czesława Miłosza i Gombrowicza sięga po szerokie konteksty kulturowe na potrzeby komentowania stereotypów. Komentowania w sposób wulgarny i nierzadko skrajnie mizoginistyczny. Czy uważam, że to źle? Wszystko zależy od odczytania zamysłu. Film z powodu swojego tonu i pozornej niechęci wobec płci pięknej oberwał ze wszystkich stron. Ale to ostatecznie kino drogi. Drogi, na której końcu wszystko może się zmienić, nawet kobieta. Wszak to ona zmienną jest.

Advertisement

Dzień świra (2002)

Kadr z filmu "Dzień świra"

Magnum opus Marka Koterskiego. Kto jeszcze nie widział, ten gapa. Film ten zakorzenił się w popkulturze do tego stopnia, że wręcz potykamy się o niego w życiu codziennym. Słysząc „Dżizas, kurwa, ja pierdolę!” czy prawdę objawioną o idiotyzmie decydowania o życiu za młodu, gdy jest się kretynem, obcujemy właśnie z Dniem świra. Film nie bez kozery zaskarbił sobie taką popularność. Koterski udowodnił w nim, że potrafi wyłuskać z ludzi ich najgorsze cechy. Jego żyłka dokumentalisty przejawia się w tym błyskotliwym portrecie współczesnych mu rodaków. Nikt tak jak on nie wyczuł dotychczas nastrojów społecznych Polaków.

Obserwując samego siebie przez pryzmat sfrustrowanego inteligentna załatwionego przez innych na dzień cały, widz musi ulec refleksjom. Polska przedstawiona w świecie Adasia Miauczyńskiego, polonisty z zawodu, poety z zamiłowania, nie jest miejscem do życia. Przerysowane wydarzenia i irytujące cechy ludzi, z którymi protagonista obcuje, budują rzeczywistość absurdalną. Adaś jest myślicielem, ale jego przemyślenia nigdy nie wykraczają poza sferę przykrego banału. Metafory i odniesienia przypominają tu raczej zimny kubeł wody wylewany na zaskoczonego odbiorcę. To sprawia, że spośród wszystkich filmów Koterskiego ten wydaje się najbardziej przystępny. Po seansie zawsze zostaję z pytaniem o gatunek dzieła. Czy to jeszcze czarna komedia czy już dokument w krzywym zwierciadle? Na pewno nie film, który można pominąć.

Advertisement

Nic śmiesznego (1995)

Kadr z filmu "Nic śmiesznego"

“Na wygnaniu w mieście Łodzi, gdzie nawet bieganie psom szkodzi.” Słyszeliście to gdzieś? “Ja tu na deszczu, wilki jakieś!”. To już na pewno. Obok Dnia świra film ten jest drugą (ciągle drugą?) największą kolebką wielu cytatów, które zasługują na własną kategorię językową. Jak wałęsizmy albo bareizmy na przykład. Eksponując mój stosunek osobowy do tematu, oznajmiam, co następuje: byłbym za, a nawet przeciw koterskizmom. Ślady filmu w świadomości społecznej na bok – kolejne wcielenie Miauczyńskiego jest dosyć odmienne i interesujące.

Zachowując tropy nieszczęśliwych miłości, niespełnionego życia i konfliktu ze światem, Koterski sięgnął po świeże, ciekawe pomysły. Film rozpoczyna się w kostnicy: obserwujemy głównego bohatera po śmierci, w scenie, która paradoksalnie ma w sobie więcej goryczy niż smutku. Reinterpretacja zjawiska śmierci nadaje filmowi ponuro komediowy nastrój. Bohater opowiada o tym, że przez całe życie był drugi, a po śmierci najwyraźniej nic się nie zmienia. Widz poznaje jego historię, od narodzin do ostatnich sekund życia. Ten Adaś jest reżyserem. Znaczy, przed śmiercią chciał nim zostać, ale kolejne porażki stawały mu na drodze do sukcesu.

Advertisement

Utknął przez to w Łodzi, kolebce polskiego filmu, na 20 lat swojego życia. Jest też romantykiem – codziennie wychodzi z domu, żeby spotkać swoją Małgorzatę. Daje się uwikłać w plątaninę relacji damsko-męskich, licząc na to, że w końcu dla którejś z kobiet będzie Mistrzem. Wielu zarzuca temu filmowi, że poprzez dobór aktorski (Cezary Pazura gra tu Adasia Miauczyńskiego) i czasami brutalnie prymitywne żarty zatraca klimat dzieł Koterskiego. Nic bardziej mylnego. Ośmieszając patos przeżyć głównego bohatera i tworząc z niego swojską postać, reżyser skutecznie i na dobre osadził go w kontekście kulturowym naszego everymana.

Wszyscy jesteśmy Chrystusami (2006)

Kadr z filmu "Wszyscy jesteśmy Chrystusami"

Moim zdaniem najtrudniejszy z filmów reżysera. Zarówno dla odbiorcy, jak i dla samego twórcy. Opowiada historię Adasia Miauczyńskiego, tym razem w wydaniu poważniejszym niż zwykle. Koterski na tapet wziął chorobę alkoholową. Można założyć, że obierając taki temat, próbował zmierzyć się z własną słabością. Nigdy przecież nie ukrywał tego, że sam jest niepijącym alkoholikiem. Prawie zmarnowało to życie jego synowi, Michałowi. Oczywiste staje się więc, że nie bez przyczyny Misiek gra rolę syna Adasia – Sylwusia. Zresztą podobno reżyser chciał, aby jego syn nazywał się Sylwester, jeżeli urodzi się w Sylwestra.

Advertisement

Żeby zrozumieć, co znaczy ten film dla rodziny Koterskich, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że Marek z żoną rozwiedli się stosunkowo szybko. Młody Michał dorastał w rozbitej rodzinie, do ojca dojeżdżał, zajmując się nim w Warszawie, gdy ten pił na umór. We Wszyscy jesteśmy Chrystusami rzeczywistość miesza się z fikcją, a syn Adasia, wykreowany na wzór Jezusa, przez cały film prowadzi z ojcem dyskusję o ich relacji. O chwilach, w których Sylwuś przyjeżdżał przed maturą ratować ojca, pomimo tego, że sam popadał w nałóg narkotykowy. O tym, jak go wspierał i kochał bezwarunkową miłością, na jaką stać tylko dziecko.

Historia jest raczej ponura. Doświadczamy najbardziej odrażających upadków głównego bohatera, od kupowania alkoholu za pieniądze ze skarbonki dziecka, po porąbanie choinki na jego oczach w pijackim szale. A wszystko zaczyna się zwierzeniem syna wobec ojca – z tego, że życzył mu śmierci. Film jest przejmującą spowiedzią alkoholika wobec najbliższej mu osoby. Mierzenie się z przeszłością na dwóch płaszczyznach, fikcyjnej i rzeczywistej, jest ciekawym eksperymentem twórczym. Warto go doświadczyć.

Advertisement

Ech (1972)

Film, który wzbudził kontrowersje. Krótki reportaż z izby wytrzeźwień to twór, w którym Koterski poruszył tematykę choroby alkoholowej po raz pierwszy. Nieprzyjemne kadry i zbliżenia na ludzi w stanach sugerujących raczej denaturat w melinie niż lampkę wina w domowych warunkach wykreowały atmosferę wyobcowania. Ciekawym zabiegiem jest przeplatanie nagrań osób złapanych w stanach agonalnych z wykładem prawnika o alkoholizmie na świecie.

Wydźwięk filmu nie jest oczywisty jak na czasy powstania. Wydaje się przedstawiać izbę wytrzeźwień jako przerażający mikrokosmos. Chaos i horror, miejsce pełne katów i ofiar. Odczuwa się raczej współczucie niż pogardę wobec przymusowych gości przybytku. To nie spodobało się Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, gdzie Marek Koterski wtedy studiował. Za ten dokument oblano go na trzecim roku studiów. To zdarzenie mogłoby pokrzyżować karierę dojrzewającego reżysera, gdyby nie jego koledzy, którzy wprowadzili film na festiwal w Edynburgu. Tamtejsi znawcy kina wysłali do Łodzi gratulacje, które skłoniły Alma Mater aspirującego reżysera do przyjęcia Koterskiego ponownie pod swoje skrzydła.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *