Recenzje

BABY SĄ JAKIEŚ INNE (2011)

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Zawsze podziwiałem wyczucie Koterskiego. Tę intuicję, która nigdy nie pozwoliła mu przekroczyć żadnej z granic, na których balansował. A przecież balansował od zawsze. Styl Koterskiego, zupełnie unikalny i niepowtarzalny, to mieszanka dosłowności i subtelności, wulgarności i wysublimowania, kiczu i sztuki wyższej, komedii i dramatu. A wszystko to perfekcyjne formalnie, napisane tym na pozór niechlujnym, miauczyńskim językiem, którym przynajmniej od połowy lat 90. mówi polska ulica.

Jednocześnie Koterski zawsze poruszał się w kręgu podobnych tematów. Pochylając się nad sfrustrowanym inteligentem (za każdym razem mężczyzną), pisał o codziennej paranoi, poczuciu niespełnienia, nieudolnym poszukiwaniu szczęścia, wreszcie: pisał o Polsce z punktu widzenia kogoś, kto został przez nią wyrolowany. Przez właściwie wszystkie filmy Koterskiego w mniejszym (Wszyscy jesteśmy Chrystusami, Dzień Świra) lub większym (Nic śmiesznego, Porno) stopniu przewijały się też kobiety, rozbite związki, seks, relacje między płciami i poszukiwania Tej Jedynej. I choć w najnowszej odsłonie „przygód” Adasia Miauczyńskiego kobieta to element centralny i temat przewodni wszystkich dialogów, to Koterski i tak po raz kolejny nakręcił film o facetach. Ich frustracjach, rozczarowaniach i oczekiwaniach.

Przez ponad dwie dekady Koterski opowiadał o mężczyznach po przejściach, po bolesnych rozstaniach i rozwodach. O tych, którzy nigdy nie odnaleźli „swojej Eluni” i rozpaczliwie jej szukają. Beznadziejna pogoń za ideałem to motyw obecny w całej twórczości reżysera. Tym razem jest inaczej. Adaś (Adam Woronowicz) i Pucio (Robert Więckiewicz) – główne postaci filmu „Baby są jakieś inne” to mężczyźni ustatkowani. Choć żaden z nich już nie szuka, to i tak obaj są wkurwieni. Wkurwieni na kobiety, zarówno te swoje, jak i na cały „damski ród”. Rzeczonemu wkurwieniu panowie dają wyraz prowadząc przez bite półtorej godziny serię dialogów na temat różnic pomiędzy płciami i wzajemnego niezrozumienia.

„Baby…” to film z fabułą właściwie umowną – zastajemy bohaterów rozprawiających w samochodzie.. Nie wiemy, kim są (z czasem dostajemy jedynie szczątkowe informacje dotyczące ich życia) ani dokąd jadą. Jest noc, a panowie mają mnóstwo czasu na wylanie swoich żali, co jakiś czas zatrzymując się na stacji benzynowej lub na poboczu. I tu nasuwa się pytanie: czy historia, którą oglądamy w „Babach…” to na pewno materiał na pełen metraż? Mam wątpliwości. Po pierwsze: dialogi, mimo, że napisane ze swadą i tradycyjnie dla tego reżysera żartujące z języka, którym na co dzień posługują się Polacy, są mocno nierówne. Te błyskotliwe i wypełnione bystrymi obserwacjami sąsiadują z niepotrzebnymi, banalnymi i przesadnie wypełnionymi bluzgami. Charakterystyczne odjazdy, które Koterski umieszczał w swoich filmach (vide: „czarny Olek” w „Nic śmiesznego”, defekacja pod oknem sąsiadki w „Dniu świra”, czy gotowanie psa w „Chrystusach”), były bardziej lub mniej zabawne, ale zawsze intrygujące. Tym razem reżyserowi zdarzyło się przegiąć, czego przykładem niech będzie scena o dźwiękach damskiej defekacji i gazach płci pięknej – żenada, która ciągnie się wystarczająco długo, by wywołać facepalm na twarzy niejednego widza.

„Baby są jakieś inne” byłyby znakomitym materiałem, ale nie na pełen metraż. Pomysłów i dialogów dobrych i bardzo dobrych starczyłoby tu co najwyżej na półgodzinną etiudę, zwartą, bystrą i zabawną. Zamiast niej dostajemy nieco dłużącą się, nudną i przegadaną kobyłkę. Pełno w nim zapychaczy, takich, jak cytowanie dowcipów z brodą do kolan czy powtarzanie żartów obecnych we wcześniejszych filmach Koterskiego („Nidżer” z „Bab…” i „Murzynka” z „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”).

Całość utrzymana jest w niezłym tempie...

Na szczęście nie zawiódł casting – acz aktorów wypowiadających tu choć jedno zdanie z podmiotem i orzeczeniem policzyć możemy na palcach obu rąk. „Baby…” nie są więc, podobnie, jak poprzednie filmy Koterskiego, wypełnione drobnymi rólkami znanych aktorów. Tu wszystko opiera się na dialogu pary głównych bohaterów, nasza uwaga skupiona jest prawie całkowicie na Więckiewiczu i Woronowskim, którzy – co tu dużo gadać – pokazali klasę. Zwłaszcza ten pierwszy, w roli obcesowego wrażliwca Pucia. Im więcej zmarszczek na twarzy Więckiewicza pokazuje nam oświetleniowiec, tym lepiej się go ogląda.

Bodaj szóstym z kolei Miauczyńskim jest Adam Woronowicz. Tym razem ulubiona postać reżysera to facet bardzo racjonalny i jednocześnie delikatny, nieco wycofany. To Adaś może mniej barwny, niż ten, którego grali Pazura czy Kondrat, ale nie to jest tu najważniejsze. Najistotniejsze, że obaj panowie stworzyli świetny duet i znakomicie znaleźli się w dziwacznym języku Koterskiego. Czuć między nimi chemię – to jeden z najlepiej odegranych filmowych duetów, jakie widziałem w nadwiślańskim kinie.

A co z kobietami? Jest ich tu pełno, nie tylko w warstwie werbalnej. I najczęściej są śliczne. Ale to tylko statystki, środek stylistyczny, dzięki któremu reżyser może pokazać, jak bardzo żałośni są mężczyźni i jak mocno płeć piękna dominuje nad brzydszą. Właśnie tutaj tkwi przewrotność scenariusza, w której część widzów odnalazła mizoginizm. Wszystkie utyskiwania Miauczyńskiego i Pucia to nic innego, jak wyraz bezsilności wobec niezrozumiałych z punktu widzenia mężczyzny postaw i zachowań „bab”. Kobiety nami rządzą i jak pokazuje pointa filmu – jedyne, co możemy zrobić, to pogodzić się z tym. I uważać na siebie. Tu jednak znów pojawiają się wątpliwości: czy teza o odmienności płci i dominacji kobiet jest na tyle świeża, by warto było wokół niej owinąć pełnometrażową fabułę?

Mimo wszystkich powyższych zarzutów, najnowszy film Koterskiego po prostu świetnie się ogląda. „Baby są jakieś inne” to, jak na warunki rodzimego kina, realizacyjny majstersztyk – imponująco konsekwentny od strony plastycznej, znakomicie zmontowany i zaskakująco sfotografowany, wypełniony efektami specjalnymi, których istnienia tuż po obejrzeniu filmu nawet nie podejrzewałem (polecam obejrzeć materiały „making of” dostępne na YouTube). Całość utrzymana jest w niezłym tempie, choć, jak już wspomniałem, jest lekko nużąca. Tym niemniej: „Baby są jakieś inne” to, obok „Daas” najlepiej zrealizowany rodzimy film, jaki widziałem w tym roku.

Więc jak to jest z tym wyczuciem Koterskiego, o którym pisałem we wstępie? Cóż, tutaj instynkt nieco zwiódł reżysera. Na niezbyt odkrywczej tezie oparł dłużącą się fabułę – co z tego, że przewrotną, skoro nie wystarczyło jej na wypełnienie 90 minut filmu? Nie zmienia to jednak faktu, że Koterski to w dalszym ciągu rodzimy guru komedii i komediodramatu. Przed filmem miałem wątpliwą przyjemność obejrzenia dwóch zwiastunów nieuchronnie nadchodzących i jakże „zabawnych” polskich filmideł: „Obozu integracyjnego” i „Listów do M.„. Połączenie „Bab…” z tymi koszmarkami to chyba celowy zabieg dystrybutora. Na ich tle bowiem najnowszy film Koterskiego jawi się jako bezsprzeczne arcydzieło.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane