Publicystyka filmowa
NAJWIĘKSZE FILMOWE WTOPY FINANSOWE. Tyle przegrać…
NAJWIĘKSZE FILMOWE WTOPY FINANSOWE to zestawienie kinematograficznych klęsk, które przyniosły straty i zaskakujące decyzje twórców.
Buszując w Internecie, nierzadko można trafić na ludzi zarzucających określonym tytułom bycie „komercyjną papką”. Co ciekawe, ta konstruktywna krytyka tyczy się głównie tytułów, za którymi autorzy tych opinii ewidentnie nie przepadają. Ci zmyślni obserwatorzy filmowych trendów zdają się być nieświadomi tego, że jednym z podstawowych celów całej kinematografii jest zarabianie pieniędzy – i to od samego początku jej istnienia. Narzekanie na filmy-produkty, wieszanie psów na dziełach Marvela czy innego DC jest moim zdaniem bezpodstawne. Studiom odpowiedzialnym za filmy komiksowe czy kolejne części Gwiezdnych wojen przyświecają te same intencje, którymi kierowali się twórcy naszych ulubionych tytułów sprzed lat.
To, że opanowały one do perfekcji model produkcji (zapomnijmy tu, że wspominałem o DC Films) i sprzedaży swoich dzieł, wcale nie czyni ich gorszymi. Wręcz przeciwnie – należy pokiwać głową z uznaniem nad umiejętnością dobrego planowania i podejmowania rozsądnych decyzji. Brak jednego i drugiego niejednokrotnie kończy się co najmniej dziesiątkami milionów strat i nieodwracalnie zniszczonymi karierami. Poniższe zestawienie skupia się na obrazach, które nie przyniosły zysku w dużej mierze z racji dziwnych błędów i kuriozalnych wyborów podejmowanych zarówno na etapie produkcji, jak i promocji. Zabraknie tu jednak tytułów, które nie zainteresowały rodzaju ludzkiego pomimo swojej niepodważalnej jakości i jednoznacznie ciepłego odbioru wśród krytyków – smutne przypadki takie jak cudowny Blade Runner 2049 to materiał na inny, pełen goryczy tekst.
*Mała uwaga: podawane budżety filmów nie uwzględniają inflacji ani kosztów marketingu. Należy również pamiętać, że tylko mniej więcej połowa przychodu z kin trafia do kieszeni twórców – reszta zostaje w kinach.
Matki w mackach Marsa
Budżet: 150 mln dolarów. Przychód z kin: 39 mln dolarów
Czy ktoś z was słyszał o tym filmie? Nie? Nic dziwnego. Być może będziecie więc zaskoczeni, kiedy powiem wam, że to produkcja Disneya sprzed raptem sześciu lat! Mało tego, uszaty gigant wpakował w nią całe 150 milionów dolarów – to o pięć milionów więcej, niż zdecydowano się zainwestować w czwartą część Mission Impossible, która miała premierę w tym samym roku. Cały film przywodzi na myśl jeden wielki eksperyment artystyczny i próbę zaadaptowania animacji à la Robert Zemeckis na potrzeby Disneyowskiej narracji.
Czy sukces tego dzieła oznaczałby, że przyszłością filmów Disneya będzie celowanie w fotorealizm? Czy może jednak to miał być wyłącznie jednorazowy eksces? Trudno powiedzieć, ale myślę, że zgodnie możemy uznać, iż znacznie przyjemniejsza w odbiorze jest wizualna umowność, którą cechuje się chociażby Vaiana: Skarb oceanu. Niewykluczone, że to właśnie przyprawiająca o nieprzyjemne poczucie doliny niesamowitości animacja zniechęciła wielu widzów do filmu. Dodajmy do tego fatalny marketing (mało kto w ogóle zdawał sobie sprawę z istnienia tego filmu) oraz mierne recenzje, a otrzymamy jedną z najbardziej kosztownych klap w historii kina.
47 roninów
Budżet: 175 mln dolarów. Przychód z kin: 151 mln dolarów
Decyzja o przeznaczeniu tak imponującej kwoty na nakręcenie tego dzieła była cokolwiek śmiała. I skrajnie idiotyczna – prześledzenie historii pokrewnych produkcji pokazuje, że to nie są tytuły, które cieszą się ogromną popularnością. Oczekiwanie pół miliarda dolarów przychodu (tyle mniej więcej potrzebowałby ten film, żeby wyjść na plus) z filmu o względnie wąskiej grupie docelowej jest zwyczajnie naiwne. Sam Keanu Reeves nie wystarczy, żeby sprzedać tłumom prostą opowieść fantasy zanurzoną w legendach Wschodu.
Powierzanie tak dużej produkcji kompletnemu debiutantowi to pomysł niezwykle karkołomny, konieczne okazały się także bardzo kosztowne dokrętki. Każdy, kto śledził losy produkcji, mógł powiedzieć „I have a bad feeling about this” – i miał całkowitą rację. Miażdżące recenzje przypieczętowały los dzieła, które nawet w zwiastunach straszyło tanim CGI i prostym efekciarstwem. Mało kto w Ameryce pofatygował się do kina, a ratunkiem przed jeszcze większą porażką okazał się rynek azjatycki.
Jupiter: Intronizacja
Budżet: 176 mln dolarów. Przychód z kin: 184 mln dolarów
Rodzeństwo Wachowskich to przykład jednorazowego sukcesu. Po przełomowym Matriksie każde kolejne ich dzieło jest w najlepszym razie dyskusyjne (wyjątkiem tu jest skromniejsze V jak Vendetta), a ostanie widowisko, Jupiter: Intronizacja, pozbawiło wątpliwości chyba nawet największych wyznawców ich talentu. Hucznie zapowiadane „świeże” uniwersum to w rzeczywistości zbitka ogranych motywów (są tu nawet echa Matriksa) oraz bezsensownych pomysłów.
Zaprezentowana historia jest banalna, ilość kampu przytłacza, a i tandetne CGI wywołuje niedowierzanie i zwątpienie – czy to aby na pewno ci sami ludzie, którzy rzucili świat na kolana sceną, której Neo w zwolnionym tempie unika kul? Nawet zdobywca Oscara, Eddie Redmayne, jest tu tak przeraźliwie fatalny, że można podejrzewać go o celowy sabotaż filmu. Krytycy wydali niemal jednogłośny osąd, co w połączeniu z brakiem powiązania ze znaną marką poskutkowało stratą zawrotnej kwoty przez Warner Bros., które zerwało wieloletnią współpracę z wypalonym rodzeństwem.
Pluto Nash
Budżet: 100 mln dolarów (pusty śmiech). Wpływ z kin: 7 mln dolarów (szyderczy śmiech)
Miałem kiedyś kolegę, który otworzył sklepik na naszym podwórku. W jego przekonaniu kupno czekolady za 1,50 zł i sprzedawanie jej za 1 zł to dobry biznes, bo przecież odkuje się na gazetkach, które zbierał z klatek schodowych i proponował za kilka groszy. Jakkolwiek niedorzecznie by to nie brzmiało, to wciąż jest lepszym pomysłem niż wpakowanie 100 milionów dolarów w głupawą komedyjkę sci-fi z Eddie Murphym. Ten gniot zawojował kina w tym samym roku co Władca Pierścieni: Dwie wieże, film tańszy od Pluto Nasha o całe sześć milionów dolarów! Dobrze zrozumieliście – niemała grupa ludzi postanowiła zainwestować w prostacką komedię więcej, niż wydano na drugą część Władcy Pierścieni.
Bardzo żałuję, że nie mam okazji spotkać ich i zapytać: dlaczego? Z takim budżetem trudno byłoby wyjść na plus, nawet gdyby Eddie Murphy w wydaniu science fiction zachwycił grono krytyków. Niestety (?) nie zachwycił, przez co przychód z kin osiągnął nieco ponad 5% kosztów produkcji i marketingu.
John Carter
Budżet: 264 mln dolarów. Przychód z kin: 284 mln dolarów
Disney wiązał wielkie plany z Johnem Carterem, który miał się stać wielką nową marką. Kolejne sequele, licencjonowane produkty, Gwiezdne wojny XXI wieku, te sprawy. Niestety ambicje niekoniecznie przełożyły się na rzeczywistość. Podstawowym problemem był fakt, że film nie oferował niczego nowego. Kiedy obejrzałem zwiastun, moją pierwszą myślą było „O, to wygląda jak połączenie Ataku klonów z Avatarem!”. I tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że to literacki pierwowzór Johna Cartera zainspirował licznych twórców science fiction, w tym George’a Lucasa.
To jednak nie miało znaczenia – wątki i motywy, na których bazuje widowisko Disneya, zostały już wyeksploatowane wielokrotnie. Brak rozpoznawalnego bohatera i nietrafione pomysły marketingowe nie pozwoliły powielić sukcesu Avatara, który również musiał zainteresować czymś nieznanym. Gwoździem do trumny okazały się umiarkowanie entuzjastyczne recenzje, a finansowa porażka filmu kosztowała Disneya przeszło 150 mln dolarów. Ambitne plany kontynuacji trafiły do kosza, a szef Walt Disney Studios, Rich Ross, zrezygnował ze swojej funkcji.
Jeździec znikąd
Budżet: 225-250 mln dolarów. Przychód z kin: 260,5 mln dolarów
Kolejna wtopa Disneya i prawdopodobnie pokłosie nietrafionych decyzji Richa Rossa, który w momencie premiery już nie zajmował najwyższego stołka w Walt Disney Studios. Absurdalna decyzja o przeznaczeniu horrendalnej sumy 375 milionów dolarów na produkcję i marketing nie mogła zaowocować sukcesem finansowym tego dzieła. Westerny od lat nie cieszą się zbyt dużą popularnością, więc inwestowanie w nie takich kwot po prostu się nie opłaca. Zarobić na siebie potrafią znacznie skromniejsze produkcje tego nurtu, ale nie rozbuchane i przepełnione kosztownym CGI widowiska. Być może porażka Jeźdźca znikąd nie byłaby tak dotkliwa, gdyby nie chłodne przyjęcie krytyków i przydługi czas trwania.
Na salach kinowych świeciły pustki i nic dziwnego – współcześnie nawet Johnny Depp w obsadzie nie jest gwarancją jakości ani sukcesu (często wręcz przeciwnie). Jak na światowego giganta o tak wysokiej pozycji Disney podejmuje niemało dziwacznych decyzji – na szczęście animacje, Marvele i Gwiezdne wojny pozwalają im przetrwać tak kosztowne błędy.
Piotruś: Wyprawa do Nibylandii
Budżet: 150 mln dolarów. Przychód z kin: 128 mln dolarów
To dzieło zyskało najwięcej rozgłosu za sprawą popularnej dziś kontrowersji związanej z wybielaniem przedstawianych postaci. Przydzielenie roli Tiger Lily (oryginalnie będącej Indianką) bladej jak ściana Rooney Marze nie spodobało się wielu osobom. Nic dziwnego – w amerykańskim kinie Indianie w zasadzie nie istnieją, zwłaszcza w głównych rolach. Obsadzenie Mary kontynuowało ten trend i odebrało możliwość zaistnienia indiańskiej aktorce. Inna sprawa, że z perspektywy czasu to właśnie te niechciane aktorki wyszły dobrze na tej sytuacji, jako że Wyprawa do Nibylandii została zmiażdżona przez krytyków.
Zarzuty? Kiepski scenariusz ze słabo nakreślonymi postaciami i odpychające CGI widoczne w niemal każdej scenie. Nawet wspaniały Hugh Jackman nie był w stanie dostatecznie uszlachetnić swoim talentem nieciekawie napisanej roli głównego antagonisty. W efekcie Warner Bros. utopiło masę pieniędzy, a kolejne plany sequeli trafiły do kosza.
Monster Trucks
Budżet: 125 mln dolarów (!!!). Przychód z kin: 64 mln dolarów
Czy wiedzieliście, że ten film miał premierę w styczniu tego roku? Żartuję, oczywiście, że nie mogliście tego wiedzieć. To wszystko brzmi zresztą jak jakiś żart: historia mackowatego kosmity, który żyje w monster trucku, praktycznie nieznany główny aktor i 125 milionów, które zdecydowano się przeznaczyć na to kuriozum. Pozostaje tylko pokręcić głową z zażenowaniem, zwłaszcza kiedy dowiemy się, że to miał być początek nowej zyskownej franczyzy.
Jeśli macie wyrzuty sumienia z powodu kiepskiego zarządzania domowym budżetem, to obejrzyjcie ten zwiastun i pomyślcie, że ważni (i obracający milionami dolarów) ludzie w garniturach uznali, że to będzie następna kura składająca złote jaja. Osobiście odczuwam jednak pewną satysfakcję, kiedy kolejne kretyńskie i nieprzemyślane próby tworzenia nowych marek i franczyz kończą się porażką. Może to nauczy filmowców, żeby skupić się na dziele, które tworzą, a nie na marzeniach o miliardzie sequeli i skarbcu w stylu Sknerusa McKwacza.
R.I.P.D
Budżet: 130 mln dolarów. Przychód z kin: 64 mln dolarów
Jeff Bridges w duecie z Ryanem Reynoldsem? Efekciarska akcja pełna strzelania do potworów? Mogło być z tego lekkie i sympatyczne kino w stylu Facetów w czerni i Pogromców duchów, ale naturalnie stało się inaczej. Wystarczyło jedno spojrzenie na plakat, żeby zabić jakiekolwiek oczekiwania co do tego „dzieła”. Później pojawiły się zwiastuny, które przyprawiały o mdłości obrzydliwym CGI i żenującym poczuciem humoru. Jeff Bridges pomimo swojego talentu nie jest gwarantem jakości, a Reynolds w 2013 roku był kojarzony z koszmarnym Green Lantern i z trawestacją postaci Deadpoola w X-Men Geneza: Wolverine. W efekcie chyba każdy spodziewał się kompletnego chłamu i trzeba byłoby cudu w postaci 100% na Rotten Tomatoes, żeby to zmienić. Kiedy jednak pojawiły się recenzje, okazało się, że praktycznie wszyscy mieli rację: R. I.P.D było kompletnym chłamem. 64 miliony dolarów przychodu to i tak wysoki wynik jak na taką produkcję.
Sahara
Budżet: 160 mln dolarów. Przychód z kin: 119 mln dolarów
Niewykluczone, że to właśnie ta finansowa klapa zniechęciła studia do zabierania się za kino przygodowe. Wydawałoby się, że Matthew McConaughey i Penélope Cruz będą w stanie sprzedać ten film, ale dość chłodne recenzje ostudziły zapał kinomanów. Niewykluczone także, że widzowie wcale nie mieli ochoty na kolejne awanturnicze poszukiwania skarbów – niektóre nurty z biegiem lat przestają być tak atrakcyjne dla widowni. Cała sprawa nie skończyłaby się taką tragedią, gdyby nie absurdalnie wysoki budżet, który zawstydził nawet takie widowiska jak wypuszczona rok później Wojna światów (132 miliony dolarów) i Gwiezdne wojny: część III – Zemsta Sithów (113 milionów dolarów). Na planie działy się różne dziwne rzeczy – niemałe kontrowersje wzbudził chociażby fakt, jak duże kwoty przeznaczono na łapówki dla marokańskiego rządu w zamian za niezbędne pozwolenia. Wydano także przeszło dwa miliony dolarów na nakręcenie sceny katastrofy samolotu – i nie byłoby to kompletnym idiotyzmem, gdyby nie fakt, że i tak nie trafiła ona do filmu. To dzieło nie miało prawa na siebie zarobić.
Trzynasty wojownik
Budżet: 100 mln dolarów (160 licząc z marketingiem). Wpływ z kin: 61,5 milionów dolarów
Podane wyżej kwoty nie wydają się aż tak imponujące, ale odpowiadają one dzisiejszym 300 milionom dolarów (na produkcję i marketing). Felerne widowisko z Antoniem Banderasem borykało się z wieloma problemami. Po fatalnych opiniach z pokazów testowych film był gruntownie przemontowywany kilka razy. Wskutek kiepskich ocen ze wspomnianych projekcji Michael Crichton (autor książki, na podstawie której nakręcono film) przejął stery produkcji, co opóźniło premierę o rok. Dokręcono nowe zakończenie, zmieniono ścieżkę dźwiękową, wymyślono nawet nowy tytuł. Tego typu desperackie chwyty rzadko kiedy kończą się dobrze – tam, gdzie np.
World War Z uniknęło kompromitacji i kasowej porażki, Trzynasty wojownik poległ sromotnie. Kiepskie recenzje, dziwna kampania marketingowa (mocno niezrozumiały plakat przedstawia łódź na tle oka Antonia Banderasa, a zdobiące go hasła reklamują film jako dzieło ludzi odpowiedzialnych za Park Jurajski oraz za Szklaną pułapkę – przeciętnemu odbiorcy to połączenie musiało się jawić niczym lody z musztardą, tuńczykiem i fasolą) i kolejny na tej liście niewiarygodnie wysoki budżet uczyniły to dzieło jedną z największych wtop w historii kina.
Wyspa piratów
Budżet: 98 mln dolarów (115 według pewnych źródeł). Przychód z kin: 18,5 mln dolarów
Produkcja Wyspy piratów przysporzyła tylu problemów, że spokojnie można by nakręcić osobny film na ten temat. Ciągłe zmiany w obsadzie i ekipie filmowej, przepisywanie i modyfikacje scenariusza, kosztowne dokrętki i przebudowa scenografii – wszystko to pochłaniało ogromne kwoty i doszczętnie rozwalało morale na planie. Zdjęcia zostały opóźnione z wielu przyczyn, a kiedy z powodu sprzeczki reżyser zwolnił operatora, ponad dwa tuziny członków ekipy zrezygnowało z pracy przy produkcji.
Jak można się było spodziewać, końcowy efekt nie zachwycił krytyków, a widzowie zniechęceni złą prasą, którą otrzymał film, nie zaszczycili go swoją uwagą. Ta porażka w znaczącym stopniu przyczyniła się do upadku Carolco Productions (mające na koncie między innymi Terminator 2: Dzień sądu i pierwsze trzy części Rambo) i zadała potężny cios karierze Geeny Davis. O dziwo, ponoszący największą odpowiedzialność za tę tragedię reżyser (Renny Harlin) wciąż kręci kolejne stratne filmy. Poza drugą częścią Szklanej pułapki niełatwo jednak znaleźć jakikolwiek wartościowy tytuł w jego filmografii. Dlaczego studia pokładają w nim jeszcze jakiekolwiek zaufanie?
Czerwona planeta
Budżet: 80 mln dolarów. Przychód z kin: 33,5 mln dolarów
Co ciekawe, to już trzeci związany z Marsem film na tej liście. Przypadek? Osobiście nie mam pojęcia, ale musiano nim się kierować przy wyborze reżysera tego dzieła. Antony Hoffman do dziś nie posiada nawet własnej strony na angielskiej Wikipedii. Przed nakręceniem Czerwonej planety miał na swoim koncie wyłącznie reklamy telewizyjne. Dziwny to pomysł, żeby oddać tak kosztowny projekt w ręce kompletnego żółtodzioba. O dziwo największy dramat podczas zdjęć nie miał miejsca z jego winy – to Val Kilmer i Tom Sizemore zmienili plan filmowy w pole osobistej wojny.
Aktorzy pokłócili się tak dotkliwie, że niezbędne stało się wykorzystywanie dublerów do kręcenia scen, w których ich bohaterowie nawiązują jakiekolwiek interakcje. Żaden z nich nie chciał stać przed kamerą w tym samym czasie, co drugi. Konflikt skończył się bójką, a obaj mężczyźni (wcześniej przyjaciele) przez długi czas nie odzywali się do siebie. Film został zaś surowo potraktowany przez krytyków i nie zdobył nawet połowy swojego wysokiego jak na tamte lata budżetu.
Final Fantasy: Wojna dusz
Budżet: 137 mln dolarów. Przychód z kin: 85 mln dolarów
To był niezwykle ambitny projekt. Pierwsza fotorealistyczna pełnometrażowa animacja 3D w dziejach kina. Najdroższa adaptacja gry komputerowej w historii. Postać głównej bohaterki miała zostać pierwszą wygenerowaną cyfrową aktorką, która pojawiałaby się w innych filmach, wcielając się w różne role. Przeceniono jednak zainteresowanie ogółu widzów marką, która okazała się niedostatecznie popularna, by przyciągnąć ich do kin. Technika, dzięki której stworzono ten obraz, musiała także zniechęcić wielu potencjalnych odbiorców za bardzo przyzwyczajonych do klasycznego sposobu kręcenia filmów.
Z pewnością błędem było powierzenie tej produkcji debiutantowi – przeciętne recenzje bez wątpienia mocno zaszkodziły Wojnie dusz, która mimo wszystko zasługuje na uwagę i uznanie – chociażby za śmiałość w przecieraniu szlaków.
Król Artur: Legenda miecza
Budżet: 175 mln dolarów. Przychód z kin: 149 mln dolarów
Obecność tego tytułu na tej liście smuci mnie najbardziej. Jak już kiedyś pisałem, Legenda miecza jest naprawdę interesującą i świeżą produkcją fantasy, która typowy dla gatunku patos równoważy ciętym humorem i audio-wizualnym szaleństwem. Nie jestem w tym jedyny – na Rotten Tomatoes rozdźwięk między głosem krytyki a widowni jest ogromny. Znaczna część osób, które jednak wybrały się na nową produkcję Guya Ritchiego, doceniła jego podejście do konwencji. Niestety w okolicach premiery to właśnie recenzje są wyrocznią dla produkcji, które nie sprzedadzą się same.
Te były mocno negatywne, co przesądziło o niskiej frekwencji w kinach – a żeby tak wysoki budżet się zwrócił, potrzebne byłoby przynajmniej trzy razy tyle, ile zarobiono. Wielka szkoda, zwłaszcza że widać tu dużą pasję zaangażowanych w produkcję osób, szczególnie Charliego Hunnama w tytułowej roli. Planowanych kontynuacji już nie zobaczymy.
Wielkich wtop jest znacznie więcej – jeśli znacie jakieś ciekawe historie stratnych filmów, to zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach pod tekstem i na Facebooku!
korekta: Kornelia Farynowska
