search
REKLAMA
Ranking

NAJWIĘKSZE FILMOWE WTOPY FINANSOWE. Tyle przegrać…

Mikołaj Lewalski

9 listopada 2017

REKLAMA

Buszując w Internecie, nierzadko można trafić na ludzi zarzucających określonym tytułom bycie “komercyjną papką”. Co ciekawe, ta konstruktywna krytyka tyczy się głównie tytułów, za którymi autorzy tych opinii ewidentnie nie przepadają. Ci zmyślni obserwatorzy filmowych trendów zdają się być nieświadomi tego, że jednym z podstawowych celów całej kinematografii jest zarabianie pieniędzy – i to od samego początku jej istnienia. Narzekanie na filmy-produkty, wieszanie psów na dziełach Marvela czy innego DC jest moim zdaniem bezpodstawne. Studiom odpowiedzialnym za filmy komiksowe czy kolejne części Gwiezdnych wojen przyświecają te same intencje, którymi kierowali się twórcy naszych ulubionych tytułów sprzed lat. To, że opanowały one do perfekcji model produkcji (zapomnijmy tu, że wspominałem o DC Films) i sprzedaży swoich dzieł, wcale nie czyni ich gorszymi. Wręcz przeciwnie – należy pokiwać głową z uznaniem nad umiejętnością dobrego planowania i podejmowania rozsądnych decyzji. Brak jednego i drugiego niejednokrotnie kończy się co najmniej dziesiątkami milionów strat i nieodwracalnie zniszczonymi karierami. Poniższe zestawienie skupia się na obrazach, które nie przyniosły zysku w dużej mierze z racji dziwnych błędów i kuriozalnych wyborów podejmowanych zarówno na etapie produkcji, jak i promocji. Zabraknie tu jednak tytułów, które nie zainteresowały rodzaju ludzkiego pomimo swojej niepodważalnej jakości i jednoznacznie ciepłego odbioru wśród krytyków – smutne przypadki takie jak cudowny Blade Runner 2049 to materiał na inny, pełen goryczy tekst.

*Mała uwaga: podawane budżety filmów nie uwzględniają inflacji ani kosztów marketingu. Należy również pamiętać, że tylko mniej więcej połowa przychodu z kin trafia do kieszeni twórców – reszta zostaje w kinach.

Matki w mackach Marsa

Budżet: 150 mln dolarów. Przychód z kin: 39 mln dolarów

Czy ktoś z was słyszał o tym filmie? Nie? Nic dziwnego. Być może będziecie więc zaskoczeni, kiedy powiem wam, że to produkcja Disneya sprzed raptem sześciu lat! Mało tego, uszaty gigant wpakował w nią całe 150 milionów dolarów – to o pięć milionów więcej, niż zdecydowano się zainwestować w czwartą część Mission Impossible, która miała premierę w tym samym roku. Cały film przywodzi na myśl jeden wielki eksperyment artystyczny i próbę zaadaptowania animacji à la Robert Zemeckis na potrzeby Disneyowskiej narracji. Czy sukces tego dzieła oznaczałby, że przyszłością filmów Disneya będzie celowanie w fotorealizm? Czy może jednak to miał być wyłącznie jednorazowy eksces? Trudno powiedzieć, ale myślę, że zgodnie możemy uznać, iż znacznie przyjemniejsza w odbiorze jest wizualna umowność, którą cechuje się chociażby Vaiana: Skarb oceanu. Niewykluczone, że to właśnie przyprawiająca o nieprzyjemne poczucie doliny niesamowitości animacja zniechęciła wielu widzów do filmu. Dodajmy do tego fatalny marketing (mało kto w ogóle zdawał sobie sprawę z istnienia tego filmu) oraz mierne recenzje, a otrzymamy jedną z najbardziej kosztownych klap w historii kina.

47 roninów

Budżet: 175 mln dolarów. Przychód z kin: 151 mln dolarów

Decyzja o przeznaczeniu tak imponującej kwoty na nakręcenie tego dzieła była cokolwiek śmiała. I skrajnie idiotyczna – prześledzenie historii pokrewnych produkcji pokazuje, że to nie są tytuły, które cieszą się ogromną popularnością. Oczekiwanie pół miliarda dolarów przychodu (tyle mniej więcej potrzebowałby ten film, żeby wyjść na plus) z filmu o względnie wąskiej grupie docelowej jest zwyczajnie naiwne. Sam Keanu Reeves nie wystarczy, żeby sprzedać tłumom prostą opowieść fantasy zanurzoną w legendach Wschodu. Powierzanie tak dużej produkcji kompletnemu debiutantowi to pomysł niezwykle karkołomny, konieczne okazały się także bardzo kosztowne dokrętki. Każdy, kto śledził losy produkcji, mógł powiedzieć “I have a bad feeling about this” – i miał całkowitą rację. Miażdżące recenzje przypieczętowały los dzieła, które nawet w zwiastunach straszyło tanim CGI i prostym efekciarstwem. Mało kto w Ameryce pofatygował się do kina, a ratunkiem przed jeszcze większą porażką okazał się rynek azjatycki.

Jupiter: Intronizacja

Budżet: 176 mln dolarów. Przychód z kin: 184 mln dolarów

Rodzeństwo Wachowskich to przykład jednorazowego sukcesu. Po przełomowym Matriksie każde kolejne ich dzieło jest w najlepszym razie dyskusyjne (wyjątkiem tu jest skromniejsze V jak Vendetta), a ostanie widowisko, Jupiter: Intronizacja, pozbawiło wątpliwości chyba nawet największych wyznawców ich talentu. Hucznie zapowiadane “świeże” uniwersum to w rzeczywistości zbitka ogranych motywów (są tu nawet echa Matriksa) oraz bezsensownych pomysłów. Zaprezentowana historia jest banalna, ilość kampu przytłacza, a i tandetne CGI wywołuje niedowierzanie i zwątpienie – czy to aby na pewno ci sami ludzie, którzy rzucili świat na kolana sceną, której Neo w zwolnionym tempie unika kul? Nawet zdobywca Oscara, Eddie Redmayne, jest tu tak przeraźliwie fatalny, że można podejrzewać go o celowy sabotaż filmu. Krytycy wydali niemal jednogłośny osąd, co w połączeniu z brakiem powiązania ze znaną marką poskutkowało stratą zawrotnej kwoty przez Warner Bros., które zerwało wieloletnią współpracę z wypalonym rodzeństwem.

Pluto Nash

Budżet: 100 mln dolarów (pusty śmiech). Wpływ z kin: 7 mln dolarów (szyderczy śmiech)

Miałem kiedyś kolegę, który otworzył sklepik na naszym podwórku. W jego przekonaniu kupno czekolady za 1,50 zł i sprzedawanie jej za 1 zł to dobry biznes, bo przecież odkuje się na gazetkach, które zbierał z klatek schodowych i proponował za kilka groszy. Jakkolwiek niedorzecznie by to nie brzmiało, to wciąż jest lepszym pomysłem niż wpakowanie 100 milionów dolarów w głupawą komedyjkę sci-fi z Eddie Murphym. Ten gniot zawojował kina w tym samym roku co Władca Pierścieni: Dwie wieże, film tańszy od Pluto Nasha o całe sześć milionów dolarów! Dobrze zrozumieliście – niemała grupa ludzi postanowiła zainwestować w prostacką komedię więcej, niż wydano na drugą część Władcy Pierścieni. Bardzo żałuję, że nie mam okazji spotkać ich i zapytać: dlaczego? Z takim budżetem trudno byłoby wyjść na plus, nawet gdyby Eddie Murphy w wydaniu science fiction zachwycił grono krytyków. Niestety (?) nie zachwycił, przez co przychód z kin osiągnął nieco ponad 5% kosztów produkcji i marketingu.

John Carter

Budżet: 264 mln dolarów. Przychód z kin: 284 mln dolarów

Disney wiązał wielkie plany z Johnem Carterem, który miał się stać wielką nową marką. Kolejne sequele, licencjonowane produkty, Gwiezdne wojny XXI wieku, te sprawy. Niestety ambicje niekoniecznie przełożyły się na rzeczywistość. Podstawowym problemem był fakt, że film nie oferował niczego nowego. Kiedy obejrzałem zwiastun, moją pierwszą myślą było “O, to wygląda jak połączenie Ataku klonów Avatarem!”. I tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że to literacki pierwowzór Johna Cartera zainspirował licznych twórców science fiction, w tym George’a Lucasa. To jednak nie miało znaczenia – wątki i motywy, na których bazuje widowisko Disneya, zostały już wyeksploatowane wielokrotnie. Brak rozpoznawalnego bohatera i nietrafione pomysły marketingowe nie pozwoliły powielić sukcesu Avatara, który również musiał zainteresować czymś nieznanym. Gwoździem do trumny okazały się umiarkowanie entuzjastyczne recenzje, a finansowa porażka filmu kosztowała Disneya przeszło 150 mln dolarów. Ambitne plany kontynuacji trafiły do kosza, a szef Walt Disney Studios, Rich Ross, zrezygnował ze swojej funkcji.

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA