Publicystyka filmowa
Najpiękniejsze WIZUALNIE filmy ostatniej dekady
Odkryj niezwykłe piękno WIZUALNIE w filmach ostatniej dekady, które hipnotyzują każdą klatką i zapadają w pamięć na długo.
Interesujące fabuły, porywający bohaterowie, wpadające w ucho ścieżki muzyczne – wszystkiego tego szukamy w kinie, jednak nie da się ukryć, że po seansie najdłużej zostają w nas pojedyncze kadry, sceny i ujęcia. Film to medium wizualne, które większość przekazu komunikuje za pomocą obrazu. Bywa, że wyborem i decyzją twórców jest nakręcenie filmu brzydkiego, zbliżonego do rzeczywistości, w którym warstwa wizualna nie odciąga uwagi od opowiadanej historii. Gdzie indziej to właśnie forma jest nie tyle nośnikiem treści, co jej elementem. Przedstawiamy filmy z ostatniej dekady, które – po prostu – wyglądają najlepiej.
Samsara
Samsara jest dwugodzinnym zachwytem nad światem – jego pięknem i brzydotą, wielkością i szczegółowością, zepsuciem i regeneracją. Dokumentalista Ron Fricke spędził pięć lat, podróżując po dwudziestu pięciu krajach rozmieszczonych na pięciu kontynentach, a zapis swojej podróży zmontował w ten niezwykły film. Pisanie o dziele filmowym jako o doświadczeniu wydaje się być nieco pretensjonalne, ale w tym przypadku brak chyba lepszego słowa. Samsara wprost onieśmiela, przytłacza swoim wizualnym pięknem.
Składają się na nie wszystkie podstawowe komponenty filmowego obrazu: kompozycje kadru, dobór obiektywów, ruchy kamery, kolorystyka oraz inscenizacja i ruchy nagrywanych obiektów. Szeroki obraz o proporcjach niemal 2,40:1 sprawdza się tutaj jako nośnik olbrzymiej ilości informacji. Każdy kadr wypełniony jest szczegółami. W pewnym sensie Samsara jest kinematograficznym zapisem losów naszej planety, w tym sensie będąc kontynuacją idei zapoczątkowanej w dokumencie Koyaanisquatsi Geodfreya Reggio, przy którym Fricke pracował jako operator, a także wcześniejszej Baraki, której był już reżyserem. Jako dokument, Samsara jest interpretacją świata jako miejsca wypełnionego pięknem, które znaleźć można nawet w procesach śmierci, upadku i zniszczenia.
Blade Runner 2049
Twórcy kontynuacji Łowcy androidów stali przed podwójnie trudnym zadaniem – z jednej strony przystąpili do realizacji niezwykle ambitnego projektu science fiction, wymagającego stworzenia wizji świata przyszłości, a z drugiej – cóż, przystąpili do realizacji kontynuacji ŁOWCY ANDROIDÓW.
Obraz Ridleya Scotta uchodzi nie tylko za klasykę gatunku, klasykę kina i klasykę dobrego smaku, ale stanowi też jeden z przykładów najlepszego w historii użycia kamery do stworzenia niezapomnianej warstwy wizualnej. Od kiedy jednak stało się wiadome, że operatorem BR2049 będzie Roger Deakins, stało się także jasne, że przynajmniej w kwestii zdjęć nie ma się o co martwić.
Pierwsze trailery rozbudzały apetyt, a gotowy obraz zaspokoił je w pełni. Nowy Łowca androidów prezentuje się genialnie – należy jednak pamiętać, że to zasługa nie tylko Deakinsa, ale także pionów scenograficznego i kostiumologicznego oraz specjalistów od efektów specjalnych.
Drzewo życia
Oczywistym, że tego typu lista nie mogłaby nie zawierać przynajmniej jednego tytułu, przy którym pracował Emmanuel Lubezki. Na swoją pozycję operator pracował od przeszło dwudziestu pięciu lat, a w ciągu ostatniej dekady trzykrotnie wyróżniono go Oscarem, spadł na niego także deszcz innych nagród, ale nade wszystko – stało się oczywiste, że należy on do absolutnej czołówki swojego fachu. Jako przykład jego niebywałego talentu można zaproponować malickowskie Drzewo życia, w którym Lubezki użył swoich ulubionych narzędzi: naturalnego oświetlenia, kamery z ręki oraz taśmy filmowej.
Zaprezentowana w filmie wizja jest jednocześnie epicka w swoich proporcjach i intymna w podejściu do bohaterów. Kamera Lubezkiego idealnie oddaje te zależności: szerokie kadry dają wrażenie oddechu i zachwytu, by za chwilę kamera niemal uderzała aktorów, podchodząc do nich ekstremalnie blisko. Obraz łączy też najlepsze cechy filmu eksperymentalnego, gdzie granica między obiektywnym postrzeganiem a subiektywnym wrażeniem jest niemożliwa do określenia.
Służąca
Uczta dla zmysłów zaserwowana przez Chan-wook Parka. Duża w tym zasługa azjatyckiej egzotyki, kostiumowego gatunku i urody południowokoreańskich wykonawców. Służąca to opowieść o stosunku władzy i dominacji, niebezpiecznych związkach i zakazanych rytuałach. Wszystko to pięknie ograne przez Chung-hoon Chunga, który z reżyserem współpracował także przy kultowym Oldboyu i Stokerze.
Służąca to przede wszystkim dopieszczone, pełne szczegółów kadry. Wszystko ma tu swoje miejsce i służy opowieści. Doskonale zaaranżowane ruchy kamery i postaci sprawiają, że film zdaje się płynąć, powoli wsiąkając w świadomość oglądającego. Mimo rozmachu w kwestii kostiumów i scenografii, Służąca zachowuje intymny charakter. Oczywiście całość przeniknięta jest erotycznym napięciem, które rozwija się z minuty na minutę – a wraz z nim animusz twórców do prezentowania coraz odważniejszych i prowokujących obrazów.
Kubo i dwie struny
https://www.youtube.com/watch?v=vex0gPFnBvM&t=2s
Ostatnie lata są wyjątkowo dobrym okresem dla miłośników animacji. Gatunek ten przeżywa odrodzenie, nie ma też mowy o monopolu jednego studia – ciekawe produkcje napływają z każdego zakątka świata, oferują różne rodzaje animacji i grafiki, a także wgląd w inne kultury. Cyfrowe techniki sprawiają, że animacje wyglądają coraz lepiej. Poziom szczegółowości, płynności i naturalności ruchów sprawia, że seans większości tego typu filmów jest po prostu ekstazą dla ludzkiego wzroku.
Trudno wybrać jeden film i postawić go na piedestał, ale spróbujmy – Kubo i dwie struny to arcydzieło filmu animowanego łączące najlepsze tradycje animacji poklatkowej i cyfrowej techniki rejestracji i postprodukcji obrazu. Wrażenie robi nie tylko sam ruch postaci, ale także ich design. Twórcy Kubo powołali do życia miniaturowy świat, który wydaje się realny, prawdziwy i żywy.
Ida
Czarno-biały film zrealizowany w akademickim formacie 4:3 w większości w statycznych kadrach. Ryzykowne przedsięwzięcie okazało się być strzałem w dziesiątkę – chociaż nie można tu mówić o szczęściu. Ida jest bowiem dziełem kompletnie przemyślanym i dopracowanym w najmniejszych szczegółach, przynajmniej jeśli chodzi o warstwę wizualną. Zdjęcia doskonale korespondują tu z treścią, a ich piękno kontrastuje ze smutkiem bijącym z historii. Każdy kadr Idy wygląda jak analogowa fotografia rodem z lat sześćdziesiątych.
Uwagę zwracają zwłaszcza umiejętnie wykorzystane relacje między przestrzenią a bohaterami – ci wydają się być zagubieni, oddzieleni i przytłoczeni przez dachy, sklepienia, bramy czy balustrady. Zadziwiające jest także to, jak żaden z kadrów nie marnuje nawet centymetra przestrzeni. Po raz kolejny polscy operatorzy dali się poznać światu jako mistrzowie kamery.
Mad Max: Na drodze gniewu
Przyzwyczajeni do postapokaliptycznej brzydoty widzowie, którzy mieli po raz pierwszy styczność z nowym Mad Maxem byli zapewne w ciężkim szoku, że oto wizja zrujnowanego świata wygląda… pięknie. Od dzieła George’a Millera trudno oderwać wzrok, co oczywiście było celowym zabiegiem.
Film zaprojektowano w taki sposób, że ruch postaci na ekranie odbywa się w samym jego centrum, by nie trzeba było biegać wzrokiem po całym kadrze – a jeśli jakaś akcja wybiega poza środek, to kolejne cięcie montażowe przenosi ją w to samo miejsce. Sprytny sposób na wciągnięcie oglądającego w wydarzenia to jedno, ale my przecież nie o tym. Wizualna strona Mad Maxa niemal z miejsca stała się legendą. Dopieszczone kadry tętniące życiem, scenografia, rekwizyty i kostiumy, których poziom szczegółowości i misterności wykonania przekracza dalece wszystko, do czego się przyzwyczailiśmy, feeria kolorów i efektów bijąca z ekranu podczas każdej minuty trwania seansu. Jeśli jakiś film z ostatniej dekady lepiej wykorzystuje właściwości wizualnego medium, jakim jest kino – to proszę podać jego tytuł!
