Publicystyka filmowa
Najlepsze ZAIMPROWIZOWANE MOMENTY w historii kina
Odkryj NAJLEPSZE ZAIMPROWIZOWANE MOMENTY w historii kina, które zaskoczyły widzów i wpisały się w legendy filmowe. Zobacz, co powstało na planie!
Scenariusz leży u podstaw filmu, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Trudno stworzyć wielkie dzieło w oparciu o słaby scenariusz, jednocześnie jednak zdarza się z dobrego scenariusza zrobić zły film. Z czego to wynika? Przede wszystkim z faktu, że to, co sprawdza się na papierze, nie zawsze znajduje swoje odzwierciedlenie w kamerze. Czasem zdarza się, że na ekranie o wiele lepiej wygląda coś, co powstaje nie przy biurku, lecz w wyniku dynamiki procesu tworzenia bezpośrednio na planie zdjęciowym, na co dowodem są przypadki niezwykle udanych, a nie napisanych, zaimprowizowanych scen bądź dialogów przedstawione poniżej.
Kot – Ojciec chrzestny (1972), reż. Francis Ford Coppola
Cała trylogia Francisa Forda Coppoli pełna jest kultowych scen, jednak to, co jako pierwsze pojawia się w myślach większości kinomanów na hasło Ojciec chrzestny, to obraz Vita Corleone (Marlon Brando) siedzącego w smokingu za swoim biurkiem i powolnie głaszczącego kota, którego trzyma na kolanach. Kto by pomyślał, że jedna z najbardziej ikonicznych scen w historii amerykańskiego kina była tak naprawdę zaimprowizowana? Jak się okazuje, zwierzęcia w ogóle nie było w scenariuszu! Legenda głosi, że kot akurat kręcił się w pobliżu studia. Wersje tego, co wydarzyło się dalej, są dwie: pierwsza mówi o tym, że to reżyser się na niego natknął i wrzucił zaskoczonemu aktorowi na kolana, według drugiej natomiast to Brando go znalazł i wziął ze sobą na plan, uznając, że zwierzę będzie czymś, co doskonale uzupełni odgrywanego przez niego bohatera.
Wersja skrócona
[web_stories_embed url=”https://film.org.pl/web-stories/najlepsze-improwizacje-w-historii/” title=”Najlepsze improwizacje w historii” poster=”https://film.org.pl/wp-content/uploads/2021/01/zaimprowizowane-momenty-640×664.jpg” width=”360″ height=”600″ align=”none”]
„Here’s Johnny!” – Lśnienie (1980), reż. Stanley Kubrick
Niewątpliwie jednym z najbardziej przerażających, a zarazem kultowych momentów w historii horroru jest scena w Lśnieniu, w której Jack Torrance (Jack Nicholson) przebija się siekierą przez drzwi do łazienki, w której ukrywa się przed nim jego żona, Wendy (Shelley Duvall). Gdy już udaje mu się je doszczętnie rozwalić, wkłada głowę z obłąkanym uśmiechem na twarzy między połamane deski i mówi: „Here’s Johnny!” (tłum. „Tutaj Johnny!”). Spodziewalibyście się, że ten ikoniczny wręcz dla horroru Kubricka tekst był tak naprawdę spontaniczną improwizacją Nicholsona? Aktor przyznał, że kwestię zapożyczył z The Tonight Show, czyli popularnego amerykańskiego talk-show emitowanego w stacji NBC, w którym wejście gospodarza programu w latach 1962–1992, Johnny’ego Carsona, poprzedzane było zapowiedzią „Here’s Johnny!”.
„You’re gonna need a bigger boat!” – Szczęki (1975), reż. Steven Spielberg
„You’re gonna need a bigger boat!” (tłum. „Będziesz potrzebował większej łódki!”), czyli najczęściej cytowanego tekstu ze Szczęk Spielberga, wcale nie było w scenariuszu. Był to swojego rodzaju slogan powtarzany przez ekipę filmową podczas zdjęć za każdym razem, kiedy coś poszło nie tak. Podobno wszystko zaczęło się od tego, że łódka funkcjonująca jako wsparcie stabilizujące dla barki, na której kręcono sporą część scen, okazała się za mała, by spełniać swoje zadanie. Żart, początkowo skierowany w stronę produkcji, szybko został podłapany przez ekipę i był regularnie powtarzany w rozmaitych sytuacjach, np.
w przypadku opóźniającej się przerwy obiadowej czy zbyt mocnych fal, uniemożliwiających utrzymanie kamery w odpowiedniej pozycji. Roy Scheider, wcielający się w postać Szeryfa Brody’ego, figlarnie postanowił wykorzystać slogan w scenie, gdy jego bohater widzi rekina po raz pierwszy – jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę!
Walka – Poszukiwacze Zaginionej Arki (1981), reż. Steven Spielberg
Mówiąc o filmach Spielberga, nie sposób nie wspomnieć o Poszukiwaczach Zaginionej Arki, czyli kolejnym jego dziele, które może poszczycić się kultowym zaimprowizowanym momentem. Chodzi oczywiście o scenę pojedynku na miecze, podczas którego Indiana Jones (Harrison Ford) pokonuje swojego przeciwnika… strzałem z pistoletu. Jak do tego doszło, skoro w scenariuszu była rozpisana jako widowiskowa walka, której kręcenie zostało zaplanowane na trzy dni? Wszystko za sprawą (nie)szczęśliwego przypadku. Harrison Ford na dzień przed dostał zatrucia pokarmowego i nie wiedział, czy będzie w stanie odegrać tak skomplikowaną i wymagającą fizycznie scenę, wobec czego w pośpiechu wraz ze Spielbergiem wymyślili szybki strzał z pistoletu jako alternatywę.
Jak się okazało, koniec końców udało się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: nie dość, że schorowany Ford nie musiał się przemęczać, to jeszcze nowy pomysł sprawdził się nawet lepiej niż pierwotny!
„You talking to me?” – Taksówkarz (1976), reż. Martin Scorsese
Wielu z Was zapewne zgodzi się ze mną, że gdy przypominamy sobie postać Travisa Bickle’a (Robert De Niro) z Taksówkarza Martina Scorsese, pierwsze, co przychodzi na myśl, to scena, w której bohater przegląda się z bronią w lustrze, wypowiadając do samego siebie słowa: „You talking to me?” (tłum. „Do mnie mówisz?”). Jak się okazuje, słynna kwestia to improwizacja Roberta De Niro! W scenariuszu scena była rozpisana w sposób bardzo ogólny, na zasadzie: Travis spogląda w lustro, udaje, że jest kowbojem, wyciąga broń, rozmawia ze sobą… Gdy aktor zapytał Paula Schradera, scenarzystę, o to, co jego bohater powinien mówić, otrzymał informację, że ma poczuć się jak dziecko, które wymachuje bronią i improwizować – cały monolog, na czele z kultową kwestią, jest więc autorstwa samego De Niro. Zgaduję, że ani Scorsese, ani Schrader nie żałują tego, że dali aktorowi taką swobodę.
Śmiech Julii Roberts – Pretty Woman (1990), reż. Garry Marshall
Potraficie wyobrazić sobie Pretty Woman bez momentu, w którym Edward Lewis (Richard Gere) przytrzaskuje palce Vivian Ward (Julia Roberts) szkatułką od naszyjnika, a ta wybucha głośnym, bezkompromisowym, lecz zarazem niezwykle ujmującym śmiechem? Nie? W scenariuszu wcale go nie było! Jak się okazuje, był to kawał, który Marshall i Gere postanowili wyciąć Roberts. Podobno 23-letnia wówczas aktorka dużo imprezowała po nocach i niejednokrotnie zjawiała się na planie półprzytomna. W jeden z takich dni reżyser namówił głównego aktora, by spróbował ją rozbudzić, znienacka przytrzaskując jej palce podczas sceny ze szkatułką.
Szczery śmiech niczego niespodziewającej się Roberts do tego stopnia spodobał się Marshallowi, że to właśnie ten dubel spośród wielu wszedł ostatecznie do filmu, stając się jednym z najbardziej lubianych, zarówno przez publiczność, jak i krytyków, momentów w historii komedii romantycznych.
„Hey, I’m walkin’ here!” – Nocny kowboj (1969), reż. John Schlesinger
Zdradzę Wam teraz sekret produkcji filmowej: nieważne, czy kręcicie w Polsce, czy w Hollywood, nieważne, czy Wasz budżet wynosi kilka milionów złotych, czy kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt milionów dolarów – pieniędzy na film zawsze jest za mało. Nie inaczej było w przypadku Nocnego kowboja, którego fundusze okazały się niewystarczające, by zamknąć ulice Nowego Jorku. Wobec tego ekipa filmowa musiała sobie poradzić z kręceniem w trakcie normalnego ruchu w mieście. Scena, w której taksówka prawie uderza Enrico „Ratso” Rizzo (Dustin Hoffmann), a ten zdenerwowany krzyczy w jej stronę „Hey, I’m walkin’ here!” (tłum.
„Hej, ja tędy przechodzę!”), jest prawdziwym momentem, w którym niewiele brakowało, by Hoffmann został potrącony, a słynny tekst „Hey, I’m walkin’ here!” jest jego autentyczną reakcją na zbliżającego się ku niemu kierowcę.
„I know” – Gwiezdne wojny: część V – Imperium kontratakuje (1980), reż. Irvin Kershner
Nie sposób kolejny raz w tym zestawieniu nie wspomnieć o Harrisonie Fordzie, który zdecydowanie zapisał się w historii najlepszych aktorskich improwizacji. Zapewne wszyscy pamiętacie ikoniczną scenę z końcówki piątej części Gwiezdnych wojen, w której księżniczka Leia (Carrie Fisher), na sekundy przed tym, zanim Han Solo (Harrison Ford) zostaje pojmany przez szturmowców, wyznaje mu swoją miłość, mówiąc: „I love you” (tłum. „Kocham cię”), a ten zamiast standardowego dla tego typu sytuacji: „I love you too” (tłum.
„Też cię kocham”), odpowiada swojej wybrance: „I know” (tłum. „Wiem”). Uwaga, uwaga, niespodzianka – w scenariuszu wcale nie było tej kultowej kwestii! Została zaimprowizowana przez Forda już na planie, który w porozumieniu z reżyserem doszedł do wniosku, że krótkie „I know” lepiej będzie pasować do charakteru jego postaci.
Kafejka – Kiedy Harry poznał Sally (1989), reż. Rob Reiner
Słynna scena w nowojorskiej restauracji Katz’s Deli, podczas której Sally Albright (Meg Ryan) odgrywa orgazm na oczach nie tylko swojego kolegi Harry’ego Burnsa (Billy Crystal), ale również całkiem pokaźnego tłumu klientów, początkowo nie istniała w scenariuszu, a przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej znalazła się w filmie. Na pewnym etapie produkcji Rob Reiner wraz z Billym Crystalem doszli do wniosku, że historia opowiadana jest głównie z męskiej perspektywy i brakuje jej przeciwwagi w postaci nie tak oczywistych szczegółów z życia płci żeńskiej. Wówczas Nora Ephron, scenarzystka, zaproponowała dodać Sally wypowiedź na temat tego, że kobiety często udają orgazmy, na co pewny siebie Reiner odparł, że na pewno nie z nim.
Tekst reżysera do tego stopnia rozbawił twórców, że postanowili włożyć go w usta filmowego Harry’ego. Co więcej, w planach było, by dwójka głównych bohaterów tylko dyskutowała między sobą o udawaniu orgazmu – to Meg Ryan zaproponowała, by pójść na całość i odegrać temat rozmowy publicznie.
„Deszczowa piosenka” – Mechaniczna pomarańcza (1971), reż. Stanley Kubrick
Z pewnością należałoby ją wskazać jako jedną z najbardziej kultowych, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych scen w twórczości Stanleya Kubricka – mowa oczywiście o scenie, w której Alex DeLarge (Malcolm McDowell), główny bohater Mechanicznej pomarańczy, wraz ze swoimi wspólnikami napada na dom pisarza Franka Alexandra (Patrick Magee) i brutalnie gwałci żonę mężczyzny, jednocześnie podśpiewując pod nosem Deszczową piosenkę, czego, jak się doskonale domyślacie, wcale nie było w scenariuszu. Podobno Kubrick bardzo długo eksperymentował z tą sceną, chcąc uczynić ją jak najmniej konwencjonalną.
W pewnym momencie wpadł na pomysł, by Alex, przystępując do gwałtu, zaczął tańczyć, wobec czego po kilku dublach śpiew naturalną koleją rzeczy również wkroczył do gry. Okazało się, że jedyny utwór, którego tekst McDowell zna od początku do końca, to właśnie Deszczowa piosenka z musicalu pod tym samym tytułem z 1952 roku. Kontrast między pogodną przyśpiewką a brutalnością sceny tak się spodobał Kubrickowi, że podobno w trybie natychmiastowym nabył licencję na jej wykorzystanie.
