Publicystyka filmowa
Najlepsze polskie filmy według… Anglików.
Brytyjski Instytut Filmowy ujawnia NAJLEPSZE POLSKIE FILMY według Anglików. Zaskakujące wybory i znane nazwiska tworzą wyjątkową listę.
Brytyjski Instytut Filmowy, czyli organizacja charytatywna zajmująca się, mówiąc krótko, promowaniem i szerzeniem kina maści wszelakiej, opublikował na swojej stronie internetowej listę dziesięciu wspaniałych filmów polskich. Z pozoru lista jak lista – jak wiele innych przed nią i zapewne jeszcze więcej po niej. Rzut okiem na nazwiska i mamy w sumie powtarzany od dekad pewien standard słowiańskiej dziesiątej muzy.
Wajda, Polański, Has, Zanussi, Kieślowski… czyli w sumie oczywiste oczywistości. Znacznie bardziej zaskakujący może być za to dobór filmów – i nie chodzi tylko o preferencje pojedynczej osoby odpowiedzialnej za całą zabawę. Kontrowersyjna jest tu raczej sama geneza selekcji. Jak można przeczytać w wyjaśnieniu, ograniczono się jedynie do tych tytułów, które dostępne są w Wielkiej Brytanii na przyjaznych Anglikom (czytaj: posiadającym napisy) nośnikach kina domowego.
I owszem, takowych wydawnictw z roku na rok przybywa, głównie dzięki takim dystrybutorom jak Artificial Eye czy Arrow Video oraz akcjom propagującym „dobre, bo polskie” – podobnym do tej, którą nie tak dawno rozpoczął za oceanem Martin Scorsese. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak z „wyścigu” już na starcie odpada cała masa znaczących, rewelacyjnych produkcji znad Wisły, których brak potrafi zdziwić zwłaszcza w kontekście tych wyróżnionych. A co znajdziemy w rzeczonym zestawieniu „The Best of Poland”?

Eroica
Nienumerowaną, ułożoną według rocznika listę otwiera nakręcona w 1957 roku Eroica Andrzeja Munka, której komediowe absurdy wojenne autor porównuje do Paragrafu 22. Następnie nieśmiertelny Popiół i diament (rocznik 1958) Wajdy – notabene wspaniale wydany przez wspomniane Arrow Video – opinii o którym towarzyszą już bardziej wytarte schematy, z „polskim Jamesem Deanem” na czele. Jest też Nóż w wodzie Romana Polańskiego (1962), czyli minimalistyczne kino w najlepszym wydaniu. Uprzedzając fakty, znamiennym jest, że nie znajdziemy tutaj Pianisty tegoż reżysera.
Znajdziemy natomiast Rękopis znaleziony w Saragossie, czyli trzy lata późniejsze arcydzieło Wojciecha Jerzego Hasa, bez cienia przesady wielbione na całym świecie i powszechnie uważane za autentycznie jeden z najlepszych filmów rodzimej kinematografii. Pierwszą piątkę zamyka natomiast pierwszy kolorowy film na liście, czyli Krzysztofa Zanussiego Iluminacja (1973) – jeden z najbardziej przystępnych tytułów tego niezbyt lubianego wśród współczesnej publiki reżysera, będący dodatkowo także jednym z najbardziej ujmujących wizualnie jego dokonań.

Iluminacja
Dalej ponownie Wajda, tym razem w czysto „komunistycznej” odsłonie Człowieka z marmuru (1977). Pierwsza część dylogii, po wielu latach zamienionej Wałęsą w trylogię, jest w podobnych zestawieniach stosowana zamiennie ze swoim „sequelem”, Człowiekiem z żelaza. Nie ulega jednak wątpliwości, że to właśnie „marmur” stał się swego czasu światowym fenomenem i słusznie otrzymał tutaj pierwszeństwo. Dobrze stało się również, że autor docenił Przesłuchanie (1982) Ryszarda Bugajskiego – najsłynniejszy polski półkownik nie bywa bowiem zbyt często uwzględniany przez zagranicznych krytyków w takich publikacjach, a na pochwały zasługuje od góry do dołu.
Jest i nieodzowny Krzysztof Kieślowski. Ale bynajmniej nie w postaci któregokolwiek z Trzech kolorów, Przypadku lub Podwójnego życia Weroniki, względnie całego telewizyjnego Dekalogu (który dopiero co został na Wyspach wypuszczony we wspaniałym boxie uzupełnionym krótkimi i dokumentalnymi formami reżysera), a zaledwie jego cząstki, która wyświetlana była także w osobnej, pełnometrażowej formie. A chodzi rzecz jasna o Krótki film o miłości z roku 1989. Nie powiem, miła niespodzianka, wcale nie taka oczywista.
Niemniejszą jest też Ucieczka z kina „Wolność” Wojciecha Marczewskiego. Pochodzący z roku 1990 film jest wielce zbliżony do Purpurowej Róży z Kairu Woody’ego Allena. Pod wieloma względami to najbardziej rozrywkowy, mocno zachodni reprezentant na tej skromnej liście, a co za tym idzie, także najbardziej niedoceniany przez krytykę – ergo jego obecność w stawce można uznać za swego rodzaju niespodziewajkę.
Całą listę wieńczy natomiast – i niestety – Ida (2013) Pawła Pawlikowskiego, czyli jedyny polski film, któremu udało się jakimś cudem zdobyć Oscara. To chyba najbardziej kontrowersyjny tytuł z wymienionych, bowiem naprawdę bez jakiejkolwiek szkody można by go było zastąpić wieloma wartościowszymi rzeczami. Nie ulega jednak wątpliwości, że swoją popularność i estymę, którymi cieszy się za granicą, zawdzięcza chociażby niezwykłej formie (zdjęcia!), wspomnianym laurom oraz osobie Pawlikowskiego, który na co dzień kręci i żyje właśnie w UK (a do Polski przyjechał oczywiście, aby – podobnie jak wyżej wymieniony Polański – kręcić o Żydach, bo o czym by innym).
Ot, i tyle. Niby wstydu wielkiego nie ma, każde miejsce zostało też odpowiednio uzasadnione, ale… No właśnie. Z naszej perspektywy, a więc tych znających niepomiernie więcej doskonałych produkcji made in Poland, łatwo o rozczarowanie. Wszak gdzie jest Potop, Krzyżacy, Ziemia obiecana? Gdzie są Psy, Dług albo znacznie świeższe, budzące skrajne, ale zawsze gorące opinie filmy Wojciecha Smarzowskiego? Gdzie Faraon, czyli obok Rękopisu… bodaj najbardziej kultowy polski film poza granicami kraju, wciąż wyświetlany w kinach na całym świecie? Takie pytania z przykładami można mnożyć i mnożyć.
Niejako z pomocą przychodzi… druga lista BFI – pozbawiony już komentarza swoisty dodatek do pierwszej, oparty tym razem o „głos ludu”, jaki napłynął do ekipy instytutu. Prezentuje się ona następująco:
Matka Joanna od Aniołów (Jerzy Kawalerowicz, 1961)
Sanatorium pod Klepsydrą (Wojciech J. Has, 1973)
Krótki film o zabijaniu (Krzysztof Kieślowski, 1988)
Trzy kolory (Krzysztof Kieślowski, 1993-94)
Kanał (Andrzej Wajda, 1957)
Róża (Wojciech Smarzowski, 2011)
Podwójne życie Weroniki (Krzysztof Kieślowski, 1991)
Ziemia obiecana (Andrzej Wajda, 1975)
Pasażerka (Andrzej Munk, 1963)
Pociąg (Jerzy Kawalerowicz, 1959)
Rzut oka na powyższą dychę – pojawia się w końcu Kawalerowicz! – i już wiadomo, że prezentuje się ona może nie tyle lepiej, bo to już kwestia gustu, co zdecydowanie bardziej imponująco. Abstrahując od małego oszustwa matematycznego w postaci trylogii Kolorów, wydaje się też spójniejsza i zarazem wartościowsza pod względem chociażby historycznym. Niemniej i na niej nie znajdziemy wielu z cenionych przez nas samych, Polaków, dokonań rodzimej „filmówki”.
Zresztą także i opublikowany rok wcześniej na portalu Taste of Cinema zestaw 35 najlepszych polskich produkcji, acz z całą pewnością przyjemniejszy dla oka i duszy, nie wyczerpuje tematu, względnie potencjału takiego zestawienia. O tym, co mogłoby się, a co powinno znaleźć na takowych listach i ile powinny mieć one miejsc, dywagować można by jeszcze długo i namiętnie (do czego zachęcam w komentarzach). Wniosek wydaje się tu jednak nad wyraz prosty. Mamy naprawdę przebogaty dorobek, którego nie tylko nie możemy się wstydzić, ale wręcz powinniśmy chwalić się nim na lewo i prawo. W związku z tym na kolejne rankingi tego typu długo nie przyjdzie nam czekać – i jestem przekonany, że towarzyszyć im będą podobne emocje. Cytując klasyka: „do samego końca, mojego lub jej”.
korekta: Kornelia Farynowska


