Connect with us

Publicystyka filmowa

NAJGORSZE ADAPTACJE KSIĄŻEK

NAJGORSZE ADAPTACJE KSIĄŻEK to zbiór ekranizacji, które zaskakują rozczarowaniem, zamiast przenieść magię literackich światów na ekran.

Published

on

NAJGORSZE ADAPTACJE KSIĄŻEK

Adaptacje książek to temat tak stary jak samo kino. Co może być w końcu prostszego niż wzięcie na warsztat gotowej, ciekawej historii? Cóż, okazuje się, że nie zawsze jest to takie łatwe. Zdarzają się ekranizacje, które muszą zmierzyć się z wściekłością zawiedzionych fanów powieści albo wypadają wyjątkowo słabo w zestawieniu z książkowym pierwowzorem. Poniżej znajdziecie listę siedmiu adaptacji, które rozzłościły mnie najmocniej. Nie, nie ma tutaj Diuny – lubię wizję Lyncha, choć i tak kibicuję Villeneuve’owi, by ją przebił o lata świetlne.

Advertisement

Wiedźmin (2001, reż. M. Brodzki)

EDI (2002)

W tym miejscu muszę zaprzeczyć swojej własnej deklaracji ze wstępu, bo „złość” nie jest odpowiednim słowem na określenie emocji, jakie wzbudza we mnie ekranizacja Wiedźmina. Wprost przeciwnie – ona doskonale i niezawodnie poprawia mi humor, choć w sposób całkowicie odmienny od zamierzonego przez twórców. Wśród całego złota Internetu niewiele znajduję kruszcu tak cennego jak pojedynek Stępienia z komputerowym smokiem – podlinkowany wyżej ku szerzeniu powszechnej wesołości. Niewiele dialogów wywołuje też tyle śmiechu co każda z kwestii wypowiedzianych przez dziecięcą aktorkę wcielającą się w Ciri.

W paradoksalny sposób mam do twórców Wiedźmina sporo szacunku: w iście husarskiej szarży porwali się z motyką na słońce, czy raczej ze Stępieniem na smoka. Chcieli dokonać niemożliwego, usiłowali nakręcić superprodukcję fantasy w kraju o zerowym doświadczeniu na tym polu. Niestety, fantastyka to wyjątkowo wymagający kinematograficznie gatunek, sukcesy naturszczyków praktycznie się tu nie zdarzają. Potrzeba w nim pieniędzy, potrzeba specjalistów z wielu dziedzin, potrzeba zaangażowania, pietyzmu i czasu. „Kameralne”, olewające stronę realizacyjną fantasy mógłby jeszcze od biedy uratować scenarzysta, ale ten w Wiedźminie forsę wziął, potem zaczął pić, no i z całości wyszło dno, poszatkowane wątki z książek wymieszane w smętnej salaterce.

Advertisement

Pierwszy śnieg (2017, reż. T. Alfredson)

Koncertowy przykład tego, jak spieprzyć murowany blockbuster. Reżyser miał cztery asy w rękawie, istną karocę: Fassbendera w głównej roli, Gainsbourg i Ferguson na drugim planie, światowy bestseller topowego autora (Jo Nesbø) jako materiał wyjściowy oraz wciąż silny hype na skandynawskie kryminały pompujący zainteresowanie widzów. Zamiast mrocznej opowieści wyszedł jednak podrzędny, zamerykanizowany akcyjniak. Chaotyczny, niespójny, pozbawiony jakiejkolwiek głębi: motywy mordercy sobie dopowiedzcie, w osobowość głównego bohatera sobie uwierzcie.

No i ta tragiczna końcówka, w której dokonuje się najgorsza zbrodnia, jakiej twórca może się dopuścić wobec kryminału: rozwiązanie zagadki metodą deus ex machina, nagłe objawienie i przypadkowa iluminacja. Zero napięcia, logiki i satysfakcji. Według Alfredsona winę za marny rezultat ponosi pośpieszna i niechlujna produkcja: on sam zasiadł na krzesełku reżysera niemal w ostatniej chwili, pierwotnie film miał kręcić Scorsese. Ponoć sporej części scenariusza z braku czasu w ogóle nie sfilmowano. W obronie twórców można powiedzieć to, że materiał źródłowy był wyjątkowo obszerny, napakowany wątkami i detalami – lepszym rozwiązaniem dla Pierwszego śniegu wydaje się serial kryminalny niż film.

Advertisement

A może po prostu chodzi o to, że czasem papier znosi więcej niż kadr? Może przeniesienie na ekran konceptów Nesbø tylko uwydatniło ich kuriozalność? Morderca, który na miejscu zbrodni lepi bałwana, jakoś niespecjalnie budzi we mnie poczucie grozy…

Lolita (1997, reż. A. Lyne)

Arcydzieła literatury mają to do siebie, że żadna ekranizacja nie dorówna oryginałowi, ponieważ jest on… no cóż, arcydziełem. Nie da się tego zrobić lepiej. Wybitne książki są też zazwyczaj bardzo mocno zanurzone w słowach, opierają się na mistrzowskim operowaniu językiem. Dokonujący adaptacji filmowiec musi się nieźle wysilić, by znaleźć substytut dla słownego opisu, niosącego ze sobą sensy naddane książki. W przypadku Lolity próba oddania całej złożoności tej powieści nie udała się samemu Stanleyowi Kubrickowi; nie udała się tym bardziej Adrianowi Lyne’owi. Nabokov zwykł mówić o swoim najsłynniejszym dziele, że najciekawszy romans, z jakim mamy tutaj do czynienia, to romans jego samego z językiem angielskim. Rosjanin piszący w języku innym niż ojczysty popuścił w Lolicie wodze lingwistycznej fantazji, co stanowi o nieprzemijającej sile tego utworu. Sprowadzona do samej fabuły, ogołocona z językowej wirtuozerii i symboliki Lolita Lyne’a przemieniła się w całkowicie pozbawiony drapieżności, lekko kiczowaty melodramat; w odróżnieniu od bazującej na niedopowiedzeniach powieści zbyt dosłowny, wulgarny i wypełniony erotyką kiepskiego sortu.

Advertisement

Razi także spłaszczenie i wybielenie postaci Humberta: przedstawianego jako romantyk i ofiara, pozbawionego psychopatycznych i manipulanckich cech, który czyniły go tak ambiwalentnym w książkowym pierwowzorze.

Quo vadis (2001, reż. J. Kawalerowicz)

Koronny przedstawiciel adaptacji wyjątkowo zatęchłego typu – ekranizacji polskiej lektury szkolnej. Reprezentanci tego osobliwego, rodzimego podgatunku filmowego charakteryzują się dwiema cechami wyróżniającymi. Po pierwsze, szczątkowością wszelkich zabiegów formalnych i skromnością realizacji. Zapomnijcie o ciekawym montażu czy pięknych kadrach: tylko odciągałyby uwagę od przekazywanej TREŚCI. Treść to słowo klucz, ponieważ drugą cechą charakterystyczną filmów z tego nurtu jest wiernopoddańcze trzymanie się tekstu oryginału. Chodzi przecież o to, by uczeń po obejrzeniu ich mógł napisać sprawdzian na pozytywną ocenę.

Advertisement

Dlatego dialogi z książki przenosi się jeden do jednego, a kiedy Sienkiewicz pisze, że Eunice tuli i całuje posąg Petroniusza, to Eunice na ekranie dokładnie to robi, bez względu na to, jak głupio to wygląda. Dodatkowo Quo vadis pogrążają tragiczna scenografia i aż nader widoczne braki w budżecie – a film to docelowo historyczny, wymagający zatem rozmachu. Gwoździem do krzyża, na którym przez dwie godziny umiera widz, jest drewniane aktorstwo głównych bohaterów, granych przez Deląga i Mielcarz: jak dwie drzazgi w dwoje oczu. Nie pomogły starania Lindy, Treli i Pieczki. Ten film jest tak beznadziejny, że nie sprawdza się nawet jako guilty pleasure: ktokolwiek spróbuje obejrzeć Quo vadis w nadziei na rwące źródło beki, ten prędzej zaśnie, niż choćby lekko się zaśmieje.

Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej pioruna (2010, reż. C. Columbus)

Bestellerowa seria powieści młodzieżowych autorstwa Ricka Riordana promowana była swego czasu jako amerykańska odpowiedź na Harry’ego Pottera. Sama się w niej zaczytywałam. Do filmowej adaptacji zaangażowano nawet reżysera odpowiedzialnego za dwa pierwsze Pottery, Chrisa Columbusa. A jednak Percy, planowany jako kasowa seria filmowa, doczekał się ledwie sequela – po czym producenci zwinęli wstydliwie interes.

Advertisement

Emocjonująca historia o nastoletnim potomku Posejdona, uczącym się w szkole dla podobnych pół bożków, pół ludzi kompletnie nie zażarła na ekranie. Twórcy – inaczej niż w przypadku HP – wybebeszyli i wypatroszyli literacki oryginał, próbując uczynić go bardziej młodzieżowym od samej młodzieży. W tym celu postarzono głównego bohatera (z książkowych 11 lat na filmowe 16 – a zagrał go dwudziestokilkuletni aktor), co z kolei pociągnęło za sobą szereg kolejnych zmian. Efekt jest groteskowy: czasem zachowanie Percy’ego wydaje się zbyt dziecinne, a tam, gdzie spróbowano dostosować je do zmienionej liczby lat, bohater wypada wyjątkowo sztucznie i cringowo.

Utracono także specyficzny, magiczny klimat książek, robiąc z greckich bogów – w oryginale tajemniczych, niepojętych i fascynujących – czerstwy comic relief. Całości nie pomogły złe prowadzenie aktorów i chaotyczna narracja, za którą wyjątkowo trudno było nadążyć.

Advertisement

Nostalgia anioła (2009, reż. P. Jackson)

Nie jest to najgorszy film z tego zestawienia: nie dorasta jednak do pięt książkowemu pierwowzorowi. Boli świadomość, jak wybitny mógł być efekt końcowy, jak wielki potencjał tkwił w historii 14-letniej Susie, która po tragicznej śmierci staje się zawieszonym między niebem a ziemią aniołem, biernym obserwatorem żałoby swoich bliskich i bezkarności swojego oprawcy. Siła powieści Alice Sebold tkwi w drobiazgowym portretowaniu ludzkich zachowań w obliczu niewyobrażalnej tragedii i w bardzo osobistej, poruszającej narracji pierwszoosobowej zabitej dziewczynki.

Niestety, reżysera i scenarzystę bardziej od rekonstrukcji wydarzeń po zabójstwie Susie interesowało tworzenie własnej, nieznośnie fantasmagorycznej wizji życia po śmierci i domorosłe filozofowanie. Idea twórców może i jest przyjemna wizualnie, ale przede wszystkim wypełniona banałami i wypchana watą. Jackson, szybując na niej daleko, bo aż w zaświaty, odkrył wyłącznie płyciznę. Przeszkadzała mi także postać głównej bohaterki, skądinąd wspaniale zagranej przez młodziutką Saoirse Ronan: w wersji filmowej skupionej na zemście, w książce uczącej się trudnej sztuki wybaczania, powoli godzącej się z koniecznością odejścia. Powieść jest nostalgiczna, poruszająca, mocna, bolesna; film – sentymentalny, ckliwy, infantylny, szantażujący widza emocjonalnie.

Advertisement

Trylogia Hobbit

SETH ROGEN prostuje swoją wypowiedź o zachowaniu EMMY WATSON na planie TO JEST JUŻ KONIEC

Nie oczekiwałam od Hobbita głębi i powagi Władcy Pierścieni. Mam świadomość, że Tolkien napisał go z myślą o dzieciach. Jacksonowi udało się jednak zabić całą lekkość, pogodność i atmosferę przygody, jaką znamy z oryginału. O ile pierwsza część dawała jeszcze jakąś nadzieję, to dwie następne rozwiały wszelkie wątpliwości: to nie jest trylogia stworzona z miłości do Śródziemia, to perfidny, wyrachowany interes, obliczony na możliwie największe zyski.

Stąd rozciągnięcie prostej i zwartej historii do niemożebnie dłużących się ośmiu godzin – byle tylko sprzedać trzy filmy zamiast jednego. Stąd obranie za target dwunastoletnich chłopców, którzy do kina chodzą dla wybuchów w 3D. Stąd wypchanie całości po brzegi fatalnym CGI, tak topornie przeszarżowanym, że chwilami trudno uwierzyć, że oglądamy film aktorski, a nie grę komputerową. Forsa – to ona rzuciła się na Hobbity cieniem mroczniejszym niż ten dawany przez skrzydła Smauga. A co rzuciło się na umysły twórców przy pisaniu love story elfki i krasnoluda albo którejkolwiek sceny z Alfridem – nie mam pojęcia.

Advertisement

Brak respektu dla jednej z najważniejszych, najbardziej wpływowych powieści XX wieku i kondensacja wszystkich najgorszych cech współczesnych blockbusterów złożyły się na tę niepiękną katastrofę. Dziwnie się robi na myśl, że za trzy części Władcy Pierścieni odpowiedzialny jest ten sam człowiek co za Hobbity. Podobny niesmak czuli aktorzy z Władcy…, których Jackson usiłował zaangażować do nowszej ze swych trylogii; mówili oni o nerwowości i obcesowości reżysera, o wrażeniu, jakby pieniądze całkowicie zmieniły tego mężczyznę, który niegdyś wykreował na planie w Nowej Zelandii iście rodzinną atmosferę.

To, jak boleśnie nieudane są filmowe Hobbity, w pełni zrozumieją chyba tylko ci, którzy prawdziwie kochają książkę. Bo miłość w sztuce nie oznacza, że kocha się bezwarunkowo, tylko że kocha się… smutniej. Głębiej rozumiejąc, czym dzieło jest w swych najlepszych momentach, i z większym zaangażowaniem przeżywając to, że nie realizuje ono własnego potencjału.

Advertisement

A jakie adaptacje filmowe wkurzyły was? Który reżyser zrujnował waszą ukochaną książkę? Dajcie upust swej złości w komentarzach!

Advertisement

Publikuje w "KINIE", Filmwebie, serwisie Film w Szkole i (oczywiście) na film.org.pl. Edukatorka filmowa w Zespole Edukacji Ferment Kolektiv. Lauretka II nagrody w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych oraz zwyciężczyni konkursu Krytyk Pisze Festiwalu Kamera Akcja.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *