Publicystyka filmowa
Najbardziej ROMANTYCZNE filmy SCIENCE FICTION
Odkryj NAJBAARDZIEJ ROMANTYCZNE FILMY SCIENCE FICTION, w których miłość splata się z futurystycznymi wizjami. Uczucia w kosmicznych realiach!
Dla podobnych zestawień kluczowe jest, by założyć, jak w ogóle traktujemy gatunek science fiction. Osobiście kocham ten rodzaj kina, lecz powątpiewam w naturalną czystość i trwałość fantastyki naukowej, która wraz z mijającym czasem zmienia się o wiele bardziej niż inne typy kina, na przykład dramat czy sensacja. Część produkcji science fiction po prostu w końcu przestanie nim być i zmieni się najczęściej w zwykłe akcyjniaki. Szerzej wyjaśniłem, o co mi chodzi, w tekście Fantastyka na gumowych tranzystorach. W poniższym zestawieniu ta teoria jest o tyle ważna, że dotyczy filmów sci-fi z wyraźnymi elementami melodramatycznymi. Część z nich ma więc szansę za 50 czy 100 lat przemienić się w mniej lub bardziej dramatyczne i psychologiczne obyczaje. A fanowska nerdoza będzie rwać sobie włosy z głowy, bo jakże to. A tak, że jak wiemy z historii powszechnej, dziejowe przemiany kulturalne nie są zależne od naszej woli, zmysłu estetycznego i teraźniejszych przekonań ideologicznych.
Wracając do romantyzmu, zdefiniujmy, o co w ogóle chodzi. Wątki miłosne są nieodłączną częścią scenariuszy filmowych, bo są nieodłączną częścią naszej egzystencji i często stawiają człowieka w sytuacjach niemal granicznych. Głównym zadaniem filmu jest danie nam szansy utożsamienia się z bohaterami i przeżycia przygód w świecie zbudowanym co do podstawowych zasad tak samo jak ten nasz, realny. Stąd wszelkie międzyludzkie i transhumanistyczne romanse są nieodłączną częścią znakomitej większości filmów science fiction, czy tego chcemy, czy nie. Czasem jest ich jednak mniej i występują jako wątek poboczny lub więcej, jeśli stanowią trzon fabuły.
Poniżej wybrałem te produkcje, w których romantyczne uczucia wpływają na bohaterów w kluczowy dla opowieści sposób. I bynajmniej nie chodzi tylko o nacechowane erotyzmem relacje damsko-męskie i wszelkie inne seksualne układy, chociaż nie ma się co oszukiwać, że to jednak większość tego, co nazywamy romantyzmem w kinie w ogóle i w tych konkretnych przykładach filmów z gatunku science fiction wymienionych niżej.
Gwiezdny przybysz (1984), reż. John Carpenter
Ilekroć myślę o tym, że ten film wyreżyserował go John Carpenter, coś mi w tym nie pasuje, lecz po głębszym namyśle przekonuję się, że jest to produkcja bardzo carpenterowska, ponieważ łamiąca schematy gatunkowe. Gwiezdnego przybysza można z powodzeniem określić kosmiczną operą z elementami science fiction. Trzon fabuły bazuje na intymnej relacji między Jenny (Karen Allen) i przybyszem z kosmosu (Jeff Bridges), który przyjmuje ciało zmarłego męża bohaterki.
Obcy uczy się, jak być człowiekiem, co nie jest technicznie proste, zwłaszcza gdy poczuje się miłość. Ten stan chwilowego zatracenia, przypominający zachowanie psychotyczne, jest decydujący dla całego przyszłego życia Jenny. Gdyby nie dała Gwiezdnemu Przybyszowi miłości, zarówno tej emocjonalnej, jak i stricte fizycznej, nigdy nie zaszłaby w ciążę, paradoksalnie ze swoim zmarłym mężem. Taka egzystencjalna ironia tylko u łamiącego stereotypy Johna Carpentera.
Equilibrium (2002), reż. Kurt Wimmer
Mimo sprzeczności, na której oparty jest scenariusz (ludzie z zahamowanymi uczuciami wciąż potrafią opiekować się dziećmi, mieć partnerów i tworzyć społeczność), film celnie pokazuje, co się może stać, gdy wyrugujemy odczuwanie z naszego życia. Tak naprawdę nie da się tego zrobić, bo poszukiwana idea racjonalności mylnie została zdefiniowana jako przeciwstawna tak zwanemu sercu.
Serce nadal w dopuszczaniu do głosu rozumu jest, chociaż albo radykalnie przez niego kontrolowane, albo puszczone na wypas bez obroży. Jak potrafi targać wnętrznościami, gdy nie ma zasad, poczuł kleryk Preston (Christian Bale), chociaż jego zachowanie wobec Mary (Emily Watson) przypomina również nieco zachłyśnięcie się dawno wygaszoną chucią. Niewątpliwie to wszystko podpada pod szeroko pojęty ROMANTYZM, jakkolwiek zdefiniujemy afekt Prestona, czy górnolotnie, czy seksualnie.
Saga Star Wars (1977–2019), reż. m.in. George Lucas, Irvin Kershner, J.J. Abrams
Gwiezdne wojny niezależnie od roku produkcji to jeden wielki melodramat z elementami science fiction, w którym od czasu do czasu ktoś strzela albo bije się na laserowe miecze.
I za to je pokochałem, przynajmniej w wydaniu Lucasfilm, kiedy jeszcze był Lucasfilmem, a nie klonem Disneya. Gdyby nie kosmiczna forma romansów Lei i Hana czy Amidali i Anakina, być może byłyby to okropnie nudne romansidła, jakich tysiące w filmach spod znaku Danielle Steel, a tak nasza wyobraźnia z jednej strony pobudzana jest przez wszystkie te kosmiczne i technologiczne osiągnięcia, a z drugiej postrzega i rozumie bardzo klasycznie to, co dzieje się między bohaterami, z tym że owa klasyka opakowana w międzygalaktyczne przygody już tak nie męczy. Im jednak więcej będzie tego typu zabiegów w innych produkcjach z gatunku, tym szybciej znów przybliżymy się do czysto romansowego infantylizmu komromów. Więc z umiarem proszę.
Wyścig z czasem (2011), reż. Andrew Niccol
Miłość, która formuje się stopniowo, podtrzymuje nadzieję, jest ponadklasowa i tragiczna oraz daje czas i to dosłownie. W dystopijnym świecie Wyścigu z czasem właśnie on jest walutą. Można za niego kupić wszystko, a co najważniejsze – własne życie: kolejne minuty, godziny, dni i lata, aż po wieczność, jednak za cenę natychmiastowej śmierci, kiedy zegar na przedramieniu wskaże same zera. Lepiej więc tak nie żyć, niż męczyć się z „czasem” przez całą wieczność, kiedy przeżycie kolejnego dnia wcale nie jest takie oczywiste. Główni bohaterowie, Will (Justin Timberlake) i Sylvia (Amanda Seyfried), pochodzący z różnych klas społecznych, tylko dzięki miłości są w stanie pokonać nawet ów czas. Może niekiedy w realizacji tego karkołomnego pomysłu film popada w tragiczny wręcz infantylizm, jednak co do pomysłu jest nowatorski. Niski budżet o dziwo pomaga, bo skupia uwagę widza na relacji między postaciami. Wybaczam zatem nawet dziecinnie zaprojektowany finał.
Władcy umysłów (2011), reż. George Nolfi
Po Wyścigu z czasem jest to kolejny niskobudżetowy sci-fi z ciekawie zaprojektowaną intrygą i klasycznie zmaszczonym końcem. Obwiniałbym za to rzecz jasna konieczność zaspokojenia oczekiwań widzów, gdy chodzi o happy end. Można było jednak nieco mniej sztubacko rozegrać finał. Mimo wszystko wartka akcja w połączeniu z dobrze zgranym duetem aktorskim Matta Damona i Emily Blunt zatrzymują przed ekranem do samego końca. Ogromną romantyczną wartością produkcji jest sugestywne i emocjonalne pokazanie, jak nierozerwalne więzi mogą połączyć ludzi, kiedy ich zainteresowanie sobą wejdzie w sferę seksualną. Ludzki instynkt oraz potrzeba łączenia się w pary przekracza swoją mocą nawet działanie domniemanych sił nadprzyrodzonych i burzy sztucznie ustalony porządek rzeczy. Identycznie jak u zwierząt, z tym że u nich tej usilnej potrzeby cielesnego i emocjonalnego współbycia nie nazywamy romantyczną miłością. Może u ludzi również nie powinniśmy?
Pasażerowie (2016), reż. Morten Tyldum
Owa potrzeba współbycia, z zawartym w niej od początku, chociaż niewyeksplikowanym, podtekstem seksualnym, zmusza Jima Prestona (Chris Pratt) do przedwczesnego obudzenia Aurory Lane (Jennifer Lawrence), pisarki, urodziwej pasażerki tego samego statku, której całe życie nagle przewraca się do góry nogami. Perspektywa samotności przez kilkadziesiąt lat może przerazić. Jim jednak nie wybiera do wybudzenia byle kogo – dokonuje wyboru zgodnie ze swoimi męskimi preferencjami. Romantyczne i użyteczne w jednym. Przed dwojgiem rozbitków stoi jednak niełatwa przyszłość. Oceniana z dzisiejszej, społecznej perspektywy jawi się wręcz niemożliwa do przetrwania bez wsparcia społeczeństwa, które znamy i bez którego, jak uważamy, nie da się normalnie żyć.
W romantycznych do granic zdrowego rozsądku Pasażerach samotna dwójka ludzi umiała mimo to stworzyć sobie prawdziwą miłosną idyllę i szczęśliwie umrzeć ze starości, tworząc fabularnie ciepły i wciągający widza kosmiczny romans.
Ex Machina (2015), reż. Alex Garland
Uczłowieczanie androidów stało się w kinie science fiction popularnym sposobem na przykucie uwagi widzów. Poza tym jest jedynym strawnym dla nich sposobem, żeby wprowadzić ewentualne wątki romantyczne, przecież inaczej transgatunkowe stosunki miłosne nie wpłynęłyby dobrze na odbiór filmu. A tak robot czy inaczej zwący się syntetyk o ludzkich cechach traktowany jest niemal jak człowiek, a więc powoduje przypływ uczuć i empatii. Taka jest – a może lepiej powiedzieć, że do takiej aspiruje – Ava (Alicia Vikander).
Okazuje się jednak, że człowieka przeżywającego zachwyt nową technologią bardzo łatwo omamić i następnie zwieść. Uczłowieczając roboty, powinniśmy pamiętać, że ich natura przynajmniej przez jakiś technologiczny czas pozostanie odmienna, a gdy dorówna naszej, ich świadomość niezależności i wolności gatunkowej tylko wzrosną. Tak czy inaczej, tworząc inne istoty świadome, nie spodziewajmy się od nich bezgranicznego współczucia ani romantycznych afektów, ponieważ wydają się podobne do nas.
Dawca pamięci (2014), reż. Phillip Noyce
Ileż bólu musieliśmy w swojej genetycznej świadomości doświadczyć, że tworzymy tyle literatury i na jej podstawie filmów o idealnych społeczeństwach bez cierpienia, nieszczęścia, biedy i innych trapiących nasz świat dysfunkcji. Lecz nawet w ekranowej fikcji zawsze jest z tymi postdystopijnymi rzeczywistościami coś nie tak.
I bardzo dobrze, ponieważ mamy jeszcze przynajmniej na tyle resztek racjonalnego osądu, żeby uznać, zgodnie zresztą z naszą naturą, że nie da się stworzyć utopii moralnej i raju na ziemi. Taki jest też Dawca pamięci. To film dość łopatologicznie pouczający, z mocnym wątkiem romantycznym rozgrywającym się między bardzo młodymi ludźmi, Jonasem (Brenton Thwaites) i Fioną (Odeya Rush). Do takiej również widowni jest ta historia skierowana. Młodzi wciąż uczą się czuć, często w sposób znacznie bardziej afektywny i romantyczny niż doświadczeni ludzie. Ma to swój urok, ulotny i jednocześnie tak silnie emocjonalnie obezwładniający, jak tylko można to sobie wyobrazić, jeśli się jeszcze pamięta młodość i pierwsze niesione przez nią zauroczenia, bez których niemal kończył się świat.
Wiecznie młody (1992), reż. Steve Miner
Od kilku lat zastanawiam się, jak wyglądałby ten film, gdyby za reżyserię odpowiadał Sydney Pollack. Nigdy się już tego nie dowiem, ale mam wrażenie, że Wiecznie młody nie byłby tak niszowo kultowy. Powiedzmy, że to nie zarzut subiektywny, lecz obiektywny. Chciałbym, żeby było inaczej, bo Mel Gibson w tym okresie był jeszcze w szczytowej formie, a historia zahibernowanego pilota zasługuje na bardziej sugestywne zapisanie się w historii filmu. No cóż. Czasu nie zawrócimy, chociaż główny bohater filmu w jakimś sensie próbował uciec od brzemienia przeszłości i utraty najważniejszej kobiety w życiu. Sądził, że hibernacja mu to umożliwi. Odwlókł tylko to, co nieuniknione, a więc emocjonalną niepamięć. Znalezienie się w innych czasach zaprocentowało jednak poznaniem nowych uczuć, których istnienie zapewne by radykalnie odrzucił, wciąż kochając swoją Helen.
Nasze przekonania co do przeszłości często są weryfikowane przez wszystko to, co zamienia się w teraźniejszość, niespiesznie krocząc ku nam z przyszłości. Taka jest kolej rzeczy, niekoniecznie zgodna z naszym „romantycznym” podejściem do życia. Miłości jest wiele, niekoniecznie na całe życie. Nawet hibernacja nie powstrzyma naszej zmienności, a na niej opiera się całą nasza zdolność do tworzenia nowatorskiej cywilizacji.
Mr. Nobody (2009), reż. Jaco Van Dormael
Jared Leto nie pozostawił wątpliwości – to jedna z jego najlepszych ról, chociaż wielokrotnie podczas seansu miałem ochotę krzyknąć, żeby twórcy dali go więcej.
Nie dali i sprawili pewnie zawór wielu miłośnikom aktora, podobnie jak wielbicielom transhumanistycznego science fiction. Mr. Nobody jedynie udaje popkulturowo rozumianą fantastykę naukową. I chociaż znajdziemy tu ostatniego śmiertelnego człowieka na Ziemi, którego śmierć okazuje się medialną sensacją, to jednak trzon fabuły zasadza się na różnych wersjach jego zupełnie niefantastycznego życia w całkiem normalnym, obyczajowym świecie. Dzięki temu zrobiło się miejsce na obszerny melodramat z kobietą w tle (Diane Kruger), największą miłością pana Nemo Nobody, którą przybliża i oddala od niego przemożny czas. Różne wersje życia Nemo spaja największe pragnienie, jakie ma – być z Anną.
Gattaca – szok przyszłości (1997), reż. Andrew Niccol
Zanim pojawił się Wyścig z czasem, była Gattaca. To oczywiście mocny skrót myślowy, bowiem przed Gattacą nakręcono już kilka ważnych społecznych dystopii, jednak ta produkcja Niccola uchodzi za kino science fiction wysokiej klasy. Często jest wspominana w zestawieniach i tekstach szerzej omawiających tematykę tak zwanego wartościowego artystycznie sci-fi.
Nie będę tutaj rozważał, na ile są to sensowne wspominki. Gattaca podobnie jak Wyścig z czasem porusza problem uformowanego w przyszłości neonazistowskiego systemu klasyfikacji wartości ludzi na podstawie ich genomu. Na tej kanwie zbudowany jest wątek romantyczny, wyświechtany rzecz jasna jak jeansy teksańskiego farmera, lecz oprawiony w dystopijną formę z odrobiną kina sensacyjnego. Streścić go można jednym zdaniem. Główny bohater, Jerome (Ethan Hawke), pochodzący z niższej klasy genetycznej, zaczyna pałać namiętnym uczuciem do idealnej pod względem DNA Irene (Uma Thurman).
Zaklęci w czasie (2009), reż. Robert Schwentke
Film ten z powodzeniem zawsze można polecać uwielbiającym komromy kobietom, jeśli się chce je stopniowo wprowadzić w jako taki gatunek science fiction. Płonne jednak nadzieje, że kiedykolwiek się to uda, chociaż próbować zawsze można. Zaklęci w czasie również dla mężczyzn, tych zatwardziałych fanów hard sci-fi, są interesującą odskocznią od podniosłych bitew między ludźmi i obcymi.
Głównym motywem filmu jest niecodzienna przypadłość Henry’ego (Eric Bana) polegająca na niekontrolowanych podróżach w czasie. W dzieciństwie cecha ta uratowała mu życie, jednak w teraźniejszości utrudnia bycie w związku z ukochaną Clare (Rachel McAdams). Ich miłość musi być naprawdę ponadczasowa, skoro nie poddaje się genetycznie uwarunkowanym podróżom w czasie Henry’ego. Metafora ciągłych przenosin w różne czasy trochę przypomina szczęśliwe życie z perspektywą przekreślającej wszystko śmierci.
Ona (2013), reż. Spike Jonze
Z perspektywy sukcesu i w ogóle powstania Jokera inaczej się ogląda Her. Joaquin Phoenix jako Joker z powodzeniem mógłby zacząć od zakochania się w sztucznej inteligencji, która nie ma ani ciała, ani żadnej metafizycznej części nazywanej duszą, duchem lub emocjami, w zależności od światopoglądu. Postępujące zauroczenie cyfrową kobietą doprowadziłoby go w końcu do całkowitego szaleństwa i znienawidzenia ludzi, bo istota sztuczna doskonalej symulowałaby zachowania oraz odpowiadała na jego potrzeby.
Ona jest filmem mądrym, dalekim od fantazjowania w znanym nam dotychczas stylu science fiction. Romantyczna relacja między Theodore’em a OS (Scarlett Johansson) nie jest przedstawiona jako tandetny romans, a bardzo intymna relacja człowieka, który rozpoznaje w sztucznej inteligencji najprawdziwszą osobowość. Problem narasta dopiero wtedy, gdy zakochuje się w niej żywym, prawdziwym uczuciem. Wchodzi w stan głębokiej, miłosnej psychozy, stopniowo zapominając, że funkcjonując wśród ludzi, jest w jakimś sensie zobowiązany do bycia bardziej z nimi, a nie z maszyną…
Ostatnia miłość na Ziemi (2011), reż. David Mackenzie
Już sam tytuł zwiastuje melodramatyczność, chociaż w tym przypadku tłumaczenie na język polski ma niewiele wspólnego ze znaczeniem oryginalnej nazwy – Perfect Sense. Gdzieś w alternatywnej przyszłości miłość znów okazuje się jedynym sposobem, żeby przetrwać, tym razem epidemię antysensoryczną.
To ciekawe, że kiedy ludzie zaczynają tracić zdolność posługiwania się fizycznymi zmysłami, równocześnie ich zdolność do wchodzenia w głębsze relacje romantyczne zostaje rozchwiana. Nie twierdzę, że jest już później niemożliwa, ale trudniejsza do kontrolowania i podtrzymania. Zmysłowość jest więc niemalże warunkiem sine qua non miłości tak z drugiej strony wyrywanej cielesności, a jednak nie mogącej się bez niej obejść. Ostatnia miłość na Ziemi jest niewątpliwie produkcją fantastycznonaukową bez cienia efektów specjalnych i przyznam się, że niekiedy to przeszkadza, bo nie tworzy klimatu niesamowitości i odmienności świata, gdzie panuje epidemia zmysłowej atrofii.
Między nami kosmos (2017), reż. Peter Chelsom
Ciekawa, pociągająca i iście fantastyczna jest perspektywa zaprezentowana w filmie Chelsoma – powrót do prawdziwego domu, którym nie jest planeta, na której się urodziliśmy. W pewnym sensie spora część fanów gatunku sci-fi marzy o tym, żeby odnaleźć naszych domniemanych stwórców i zobaczyć ten „prawdziwy” dom planetarny, gdzie powstała pierwotna forma naszego genomu.
Bohater filmu, Gardner Elliot (Asa Butterfield), spełnia to marzenie i w poszukiwaniu ojca z Marsa przenosi się na Ziemię, planetę tak samo piękną, co brutalną. Relacje na niej panujące nie mają nic wspólnego z laboratoryjnymi teoriami, a także powodują dużo realniejszy ból, ten psychiczny również. Tylko jednak Ziemia umożliwi mu konfrontację ze swoim organizmem, z emocjami, z miłością, która jako niespełniona uniemożliwiłaby mu całe przyszłe życie. Taki jest człowiek. Nawet gdy grozi mu śmierć, prze do przodu jak bezrozumny taran. Albo się podda, albo przetrwa, jak cała nasza cywilizacja.
Barbarella – królowa galaktyki (1968), reż. Roger Vadim
Czyż to nie wspaniały wynalazek ta Maszyna Rozkoszy, którą wymyślił Durand Durand, żeby wykończyć Barbarellę niekończącymi się orgazmami? Klimat zmysłowości, seksu i niesamowitego kiczu przebija przez produkcję Rogera Vadima od początku do samego końca. Niektóre sceny przypominają rokokową wersję Gwiezdnych wojen, inne zaś zachwycają męskie zmysły seksowną i z reguły na wpół rozebraną Jane Fondą, która w swojej zmysłowości wcale nie zdaje się wyuzdana, co najwyżej pozytywnie rozerotyzowana i jednocześnie niesamowicie romantyczna.
Każdy jej gest ma uzasadnienie w jej naturze dążącej do otrzymywania i dawania przyjemności. Moim zdaniem Barbarella jest filmem idealnie spełniającym temat zestawienia. Nie ma w nim taniego romantyzmu wziętego z jakiejś pośledniej komedii romantycznej, za to jest kusząca zmysłowość rozprzestrzeniająca się po całej galaktyce.
Solaris (2002), reż. Steven Soderbergh
Niektórzy fani twórczości Stanisława Lema sądzą, że dążył on zawsze do maksymalnej racjonalizacji rzeczywistości, którą opisywał.
Stawiał ją przez to na biegunie przeciwstawnym do wszelkiej emocjonalności i wszystkich tych uczuć człowieka uznanych za niekwantyfikowalne. Nic bardziej mylnego. Po lekturze kilkunastu jego tekstów z całą pewnością mogę stwierdzić, że dla Lema zawsze ważny był kontekst, w jakim funkcjonuje ludzki rozum, a już nigdy, przenigdy Lem nie postrzegał go jako oddzielnej rzeczywistości od ludzkich afektów, instynktów i pierwiastka tego, co jeszcze niewiadome, również w sensie metafizycznym oraz religijnym. Zgodnie z tym założeniem Steven Soderbergh stworzył impresjonistyczną wizję Solaris, gdzie ów nienazwany i osobliwy ocean-umysł potrafi wydobyć z człowieka jego największe lęki i wstydliwe pragnienia.
Chris Kelvin (George Clooney) i Rheya (Natascha McElhone) są jedną z najciekawszych par metakochanków, których romantyzm odziera z wszelkich zahamowań, bo w transpłciowej i transgatunkowej Lemowskiej relacji nie ma granic. Solaris jest jedyną ekranizacją prozy Lema, która oddaje i dopełnia jego ducha.
Łowca androidów (1982), reż. Ridley Scott
Zawsze będę ten film nazywał arcydziełem gatunku science fiction i najlepszym filmem Ridleya Scotta. Pewnie gdybym go w dzieciństwie nie obejrzał, nie zakochałbym się w fantastyce naukowej.
Był czy nie był replikantem? Będzie żyła dłużej niż cztery lata czy ich miłość potrwa jedynie chwilę? Ile razy próbowałem odpowiedzieć sobie na te pytania, przetwarzając w głowie przeróżne scenariusze i wzruszając się zakazanym uczuciem, które zrodziło się między Deckardem i Rachael. Tak naprawdę nie mam pojęcia, co mogłoby być dla nich lepsze z perspektywy czasu, a zwłaszcza wydarzeń z Blade Runnera 2049. Chciałbym również dowiedzieć się, co dalej wydarzyło się z ich córką, no i samym Deckardem. Czekam więc na kontynuację i spodziewam się po niej, że będzie nie mniej romantyczna, zmysłowa i emocjonalna co dwie poprzednie części.
Kontakt (1997), reż. Robert Zemeckis
Niech zwieńczy to zestawienie romantyzm dalece odmienny od każdego wcześniej opisanego. Uczucie lub zestaw emocji towarzyszących nam, przy dobrych wiatrach i odrobinie szczęścia, od pierwszego krzyku, jaki wydajemy z siebie, gdy organizmy naszych matek wypluwają nas na ten skomplikowany świat.
Pierwszy wzorzec „romantyzmu” dostajemy od rodziców. Wiele lat później przekazujemy go dalej naszym potencjalnym seksualnym partnerom i w końcu dzieciom, powtarzając cykl trwania gatunku. Kontakt przedstawia sytuację, gdy jakieś losowe zdarzenie nie pozwoliło nam do końca wykształcić owego wzorca czy też emocjonalnej matrycy, którą moglibyśmy przekazać dalej. Eleanor Arroway (Jodie Foster) po przedwczesnej utracie ojca przez całe życie szuka uzupełnienia swojego osobistego wzorca romantyzmu.
Paradoksalnie odnajduje go w pozaziemskim sygnale. W tym sensie jej samoświadomość jest wyższa niż 95 procent ludzkości, która ulega zbiorowej halucynacji i buńczucznie chce swoje osobiste mniemania na temat budowy wszechświata wynieść poza naszą planetę z szaleńczą potrzebą ich uzasadnienia. Arroway pragnie tylko wiedzieć, kim jest, z szacunkiem dla tego, kim są ci, których chce poznać. I w istocie jej podróż dla niej jednostkowo z całą pewnością jest najważniejsza, nawet jeśli odbywa się wyłącznie w jej głowie. Bo umysł to w najtrudniejszych momentach tęsknoty za niedokończonym wzorcem romantyzmu – za dotykiem rodziców – nasz jedyny pewnie istniejący świat.
Jeśli w galaktyce jesteśmy tylko my, byłoby to potworne marnotrawstwo przestrzeni. Czy ta logika nie jest romantyczna?
