Zestawienie

NAJGŁUPSZE technologie w filmach SCIENCE FICTION. Fantastyka na GUMOWYCH tranzystorach

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Bardzo często zdarza się tak, że kino fantastycznonaukowe celnie przewiduje technologiczny postęp w jakiejś dziedzinie lub jego ogólny trend. Robi to jednak z reguły mylnie, jeśli chodzi o chronologię – świat nie rozwija się aż tak szybko, jak jest to przedstawione w np. Łowcy androidów czy Ja, robot oraz wielu innych filmach z gatunku sci-fi. Niemniej zdarzają się pomysły, które nie sprawdzą się w tych ani w żadnych innych czasach, ponieważ są niepraktyczne w użytkowaniu z punktu widzenia rozwoju myślenia człowieka w ogóle i jego biologii.

Inną grupą wynalazków są gadżety jedynie udające, że są fantastyczne, a tak naprawdę obecne w takiej samej lub podobnej formie już dzisiaj. I one bywają niefunkcjonalne, a wręcz zdarza się, że niebezpieczne w użytkowaniu, zwłaszcza w sytuacjach, w których stawiają ich posiadaczy twórcy filmowi.

Z technologią w filmach science fiction jest jeden generalny problem. Widać go najlepiej, gdy popatrzymy holistyczne na ten gatunek w kinematografii, odsuniemy się od konkretnych tytułów i poszukamy uniwersalnych stycznych z naszą realnie istniejącą cywilizacją. Gdy je rozpoznamy i zrozumiemy, może okaże się, że w ogóle ogromna część produkcji fantastycznonaukowych taka nie jest. O tym jednak na końcu, po przykładach idiotycznych wynalazków spod znaku kosmicznych opowieści.

Komunikatory osobiste (Star Trek)

Przyjmijmy faktycznie, że historia dzieje się w XXIII wieku, więc kilkaset lat od teraz. A teraz przyjrzyjcie się schematowi komunikatora na grafice powyżej. Przypomina telefon komórkowy z klapką, jakiego od dość dawna w linii mainstreamowej już nie można spotkać na naszym rynku (np. SGH E400). Przez takie „coś” członkowie załogi krążownika USS Enterprise komunikowali się, będąc poza statkiem, ale i podczas walki. Już samo to jest nie do pomyślenia. To jest pomniejszony komunikator z wojska przełomu lat 60. i 70., nic więcej. A gra rolę w XXIII wieku. Czy to nie przesada albo jakieś niedopatrzenie czy kompletny brak pomysłu na opracowanie formy komunikacji, która będzie obowiązywała za kilkaset lat? Przy całej naiwności Gwiezdnych wojen, aż takich smaczków, przynajmniej w pierwszych trzech częściach, nie znalazłem. Po latach ich regularnego oglądania wiem już, że były lepiej ukryte za fabułą i scenografią, jednak nie wywoływały takiego obciachu, zwłaszcza w zestawieniu z dość monochromatycznymi i pozbawionymi szczegółów mundurami załogi Enterprise. To jest właśnie jeden z tych gadżetów, które udają fantastyczne, mając naturę vintage, a przy tym bywają niebezpieczne podczas użytkowania w ogniu kosmicznej walki.

Działa i pistolety laserowe

Żeby nie było wątpliwości, nie wyobrażam sobie dużej części kina science fiction bez widoku latających pocisków. Na dodatek wydają one charakterystyczny gwizd, albo syk, co daje sugestywny efekt, że jest to broń zaawansowana i śmiercionośna. Mam jednak świadomość, że to jedna z większych podpuch, jakie widziałem w szeroko pojętej ekranowej fantastyce. Efekciarsko się prezentuje, tworzy futurystyczną otoczkę powodującego zawrót w głowie postępu, jednak ma nikłą wartość bojową oraz strategiczną. Jaki ma przecież sens konstruowanie jakiejkolwiek broni, przed której pociskami da się uchylić, ominąć je albo odbić mieczem świetlnym? To ostatnie jeszcze można by zaakceptować, ponieważ broń Jedi miała niesamowite właściwości nadane jej przez specjalne kryształy i moc wojownika, który jej używał. W sumie z innej strony ujmując ten fenomen odbijania laserów, skoro energetyki z blasterów latały tak wolno, to żadną sztuką było je zablokować. Dochodzimy więc do tego, że ta moc Jedi wcale taka nietuzinkowa nie była. Dopasowała się do reszty uniwersum, gdzie masowo obniżono prędkości pocisków, żeby były widoczne gołym okiem. Ciekawe, jak Jedi zasłoniłby się przed kulą z magnum Brudnego Harry’ego? Przecież jej nie widać.

Antygrawitacyjne buty (Jupiter: Intronizacja)

Latał na nich Caine Wise, likantant, genetycznie zmodyfikowany wojownik z mieszanką DNA człowieka i wilka. Antygrawitacyjne obuwie nie jest żadną nowością w kinie science fiction, jednak latanie na nim wydaje się bezsensowne, zwłaszcza bez jakiegokolwiek kombinezonu oraz w ogniu walki. Percepcja wysokości oraz przestrzeni w połączeniu z pędem powietrza uniemożliwiłaby chociażby obserwację drogi przed sobą. Nie tylko chodzi mi o kontrolę ciała zmysłem równowagi, ale także o łzawienie oczu spowodowanym podmuchami wiatru. Antygrawitacyjne obuwie wytwarza coś w rodzaju powierzchni, po której można się ślizgać jak po wodzie, tyle że w powietrzu. Innym problemem jest sposób działania napędu. Z filmu wynika, że go widać (podeszwy butów świecą na biało), ale nie bazuje na żadnej sile odrzutu (przynajmniej w świecie makroskopowym), bo jedyne, co słychać, to wysokiej częstotliwości szum, coś jak praca urządzenia elektrycznego pod napięciem.

Musi zatem w inny sposób wytwarzać zmienną siłę przeciwstawiającą się ciążeniu. Może klasyczne wyjaśnienia Newtonowskie nic tu nie dadzą i trzeba zejść na oddziaływania kwantowe? Zasadę działania butów dość enigmatycznie wyjaśnia sam Cane: Zamieniają grawitację w różniczkowe pola kierunku, po których można surfować. W sieci znalazłem wyjaśnienie związane z fermionami: The idea, inspired by the multi-directional behavior of fermionic superfluids in the physics laboratory, allowed a way for some of the smaller craft to switch directions rapidly in an interesting way.

Nie jestem fizykiem, ale może ktoś z czytelników jest i zechce wyjaśnić zarówno sensowność wywodu Cane’a, jak i ewentualnie zasadę działania antygrawitacyjnych butów zgodną z podaną przez niego definicją.

Ostatnio dodane