TO JEST MÓJ SHOW! Trzy dojrzałe damy zachwycające na ekranie

Spore poruszenie podczas tegorocznego festiwalu w Cannes wzbudziły niektóre znane aktorki, z dumą prezentujące przed obiektywami mniej lub bardziej naturalną siwiznę. Zwłaszcza Andie McDowell (Cztery wesela i pogrzeb, Dzień świstaka, Zielona karta) zadziwiła publikę, rezygnując ze swojego znaku rozpoznawczego, czyli czekoladowobrązowych loków. To nowy trend, bardzo pozytywny, który stoi w opozycji do tak powszechnego jeszcze nie tak dawno „dla aktorek w moim wieku nie ma interesujących ról”. Ale i owszem, są. Poniżej zatem trzy panie, które do tematu podchodzą w bardzo różnych, ale jakże typowych dla siebie stylach.
Jane Fonda – Poprawiłam sobie cycki i chętnie je pokażę
Jane Fonda jest aktorką znaną, bardzo utalentowaną, kojarzoną jednak głównie ze względu na zjawiskową urodę. Czy to za sprawą niesławnych taśm fitness, czy kultowej już postaci Barbarelli – większość współczesnych widzów na dźwięk tego nazwiska przywoła w pamięci raczej błękitne oczy i zgrabne jak u młodej sarny nogi, nie zaś doskonałą kreację w Czyż nie dobija się koni?.
Jane Fonda zdaje się tego świadoma i bawi się tą świadomością z typowym dla siebie, lekkim wdziękiem. Próbkę tej postawy mieliśmy już w serialu Grace i Frankie, gdzie scena, w której bohaterka grana przez Fondę zdejmuje sobie z twarzy i włosów przeróżne klamerki, sztuczne rzęsy i zmywa kolejne warstwy makijażu, jest wspaniałym przykładem autoironii.
Nie inaczej jest w Powiedzmy sobie wszystko, typowej komedii obyczajowej, gdzie Fonda wciela się w rolę wdowy, która zaprasza wszystkie swoje dzieci na pogrzeb ojca i obowiązkową żałobę. Śmierć głowy rodziny jest dla niej bowiem doskonałym pretekstem do zebrania w jednym miejscu rodzeństwa i próby zacieśnienia pomiędzy nimi mocno poluzowanych w ostatnim czasie więzów. Film Shawna Levy’ego z roku 2014 to przyjemna produkcja w stylu „feel better movie”, w której narosłe wrzody problemów pękają i po krótkim i intensywnym smrodzie oczyszczają ostatecznie atmosferę. Nie byłoby w nim niczego szczególnego, gdyby nie Jane Fonda właśnie (i Adam Driver w roli jednego z jej synów – nie o nim jest ten tekst, ale naprawdę, nie byłoby w porządku nie wspomnieć kolejnej z jego ciekawych kreacji). Siedemdziesięciosiedmioletnia wówczas aktorka nadal zachwyca figurą, choć już otwarcie przyznaje się do chirurgicznych poprawek, które są nawet elementem scenariusza – jedno z dzieci kąśliwie zauważa, że matka zrobiła sobie nowe cycki i szeroko przeżywana żałoba to tylko pretekst, żeby je pokazać. Fonda na ekranie szarżuje, rzeczywiście eksponując biust, wspomniane już błękitne oczęta i nadal zgrabne nogi. Nie ma w niej nic z czułej mamusi czy ciepłej babci – to odważna, zdecydowana kobieta, która, choć z ciężkim sercem żegna stare, odważnie otwiera się na nowe i nie pozwoli, żeby ktoś zepchnął ją do kącika dla staruszek, pełnego robótek ręcznych i marnych programów telewizyjnych.
Emma Thompson – Jestem bardzo biała i bardzo stara. Jak coś robić, to na całego!
W odróżnieniu od poprzedniczki, Emmy Thompson nikt nie skojarzy z uroczą trzpiotką. Ta pani konsekwentnie i z niewielkimi tylko odstępstwami buduje swoje emploi na sporej dozie zdrowego rozsądku i inteligentnego humoru. Przyzwyczaiła nas (jeśli przymknie się oko na Sybillę Trelawney, choć niełatwo to zrobić, bo także w tej roli, jak i w każdej innej, Thompson pokazuje prawdziwy kunszt) do kobiet zasadniczych, stojących mocno na ziemi, pewnych siebie i świata, w którym funkcjonują. Taka właśnie Katherine Newbury (Late Night)… była. Do czasu, kiedy okazało się, że świat pędzi przed siebie coraz szybciej, a ona nad nerwowe sprinty przedkłada spokojny chód. Niestety, we współczesnych mediach profesjonalizm, ważkie tematy, silne osobowości to coś, co już się nie sprzedaje, i oto Katherine Newbury staje wobec nieprzyjemnej perspektywy pożegnania się z wieczornym talk show, które prowadziła codziennie od prawie dwudziestu lat. Potrzeba więc zmian. Trudno jednak jest zmienić wieloletnie nawyki i Katherine, która nowe media, typu YouTube czy Instagram, i ich wyrastające jak grzyby po deszczu „gwiazdy” przyjmuje z dużą nieufnością, zmieniać się nie chce. Ślepa na to, że popadła w wygodną stagnację, nie chce zrozumieć, że wystarczą czasami niewielkie zmiany, żeby wróciła oglądalność i sympatia widzów.
To, co w założeniu miało być zapewne manifestem na rzecz równych szans (towarzyszka Thompson w Late Night to grana przez Mindy Kaling młoda Hinduska bez doświadczenia w mediach, która pracę przy produkcji show dostaje z klucza „niebiała kobieta”), szybko zmienia się w jednoosobowy show. Nie ma chyba młodej aktorki, która wytrzymałaby konfrontację z Emmą Thompson na ekranie, bo ta swoją charyzmą i talentem króluje w każdym ujęciu, obecna nawet w tych scenach, w których nie bierze udziału. I tak oto przesłanie filmu niepostrzeżenie, ale stanowczo koncentruje się na słowach wypowiadanych przez bohaterkę Thompson – jestem biała, jestem stara i nic z tym nie zrobię. Walka Katherine o istnienie w świecie, w którym o medialności i karierze nie decyduje talent czy wiedza, ale wyłącznie popularność – oparta czasem na dziwnych przesłankach – to coś, co ogląda się z niemałą fascynacją. To jest mój show, mówi Katherine, to ja go stworzyłam taka, jaka jestem, i to ja zdecyduję, co ulegnie zmianie. I choć ostatecznie, oczywiście, przyjmuje pomoc Molly, dziękuje jej i wyznaje, że ta jest jej nadal potrzebna – ma się wrażenie, że to w dużej mierze uprzejmość. Bo Katherine Emmy Thompson wystarczyło pokazać nowe możliwości, a ona sama, jak przez całe życie, sięgnęła po kolejny sukces.
Helen Mirren – Cały czas miałeś to przed oczami
Helen Mirren do swojego wieku podchodzi z prawdziwie ułańską fantazją. Choć ma siedemdziesiąt sześć lat, jeszcze kilkanaście lat temu nie wahała się odważnie eksponować swoich wdzięków, a i dziś nosi się momentami co najmniej ekstrawagancko. Ma do tego prawo, bo jest prawdziwą damą, nie tylko kina brytyjskiego, i doskonale wie, że damie nie to wypada, co zwyczaj jej narzuca, ale co dama sama sobie zakreśli. Jej ostatnie role, nawet jeśli traktowane z mocnym przymrużeniem oka, jak np. ta w serii Szybcy i wściekli (ileż smaku i smaczku tam wniosła!), zawsze podszyte są typowo brytyjską godnością.
Na prawdziwe zatem starcie tytanów musieli mieć apetyt widzowie, którzy zdecydowali się na seans Kłamstwa doskonałego, dramatu kryminalnego w reżyserii Billa Condona, gdzie Mirren towarzyszy Ian McKellen. Po tych dwojgu, postawionych po dwóch stronach barykady, można się było spodziewać najlepszego. Niestety, choć aktorsko film jest bardzo dobry (McKellen występuje w roli niemalże podwójnej, zaś Mirren wykorzystuje cały swój repertuar znaczących spojrzeń i subtelnych zmian tonu głosu), na poziomie scenariusza poległ. Początek zapowiada się nieźle, akcja się rozwija, widz nie ma pewności, której stronie kibicować, bo przecież tylko naiwny by sądził, że Dame Helen Mirren może być bierną ofiarą… Jednak mimo że słabe zakończenie jest rozczarowaniem, i tak warto. Zawsze to bowiem prawie dwie godziny w towarzystwie niesamowitej kobiety, która swoim chłodnym urokiem oplątuje nie tak przecież naiwnego McKellena niczym jedwabną siecią. Bo z Helen Mirren jest jak z bazyliszkiem – człowiek wie i czuje, że coś mrocznego kryje się za wyszminkowanymi na czerwono ustami, a i tak spija z nich każde słowo, zapatrzony w aktorkę jak w arcydzieło Klimta.