Publicystyka filmowa
Najbardziej PRZEWIDYWALNE filmowe PLOT TWISTY
Najbardziej PRZEWIDYWALNE filmowe PLOT TWISTY to lista filmów, które mimo zaskakujących obrotów fabuły, nie potrafią zaskoczyć widza.
Im więcej filmów obejrzysz, tym trudniej cię zaskoczyć, prawda? Mniej więcej od lat dziewięćdziesiątych XX wieku scenarzyści zaczęli lubować się w zupełnie nieprzewidywalnych plot twistach, czyli scenach wywracających do góry nogami dotychczasowy przebieg fabuły. Zaskakujące i niespodziewane zmiany biegu historii działały znakomicie w takich obrazach jak Siedem, Pulp Fiction, Podejrzani, Lęk pierwotny, Podziemny krąg czy Szósty zmysł. To narzędzie znane jest pisarzom, dramaturgom i scenarzystom w zasadzie od początku istnienia sztuk scenicznych, jednak w ostatnim czasie wyznacznikiem dobrego stała się jego nieprzewidywalność. Bywa, że scenarzyści zbyt mocno ufają swojemu instynktowi, a producenci – zbyt słabo wierzą w instynkt i mądrość widza. Rezultatem są przewidywalne zwroty fabuły i twist endingi. Przedstawiam listę filmów – niekoniecznie złych – w których zwroty akcji dało się wyczuć dużo, dużo wcześniej.
Tekst oczywiście zawiera spoilery.
W ciemność. Star Trek
…a więc Benedict to Khan! Nie wiem, komu przyszło do głowy, by próbować ukryć lub zakamuflować ten fakt. Od momentu pierwszych doniesień o sequelu całkiem udanego remake’u klasycznej opery sci-fi, fani spekulowali, że głównym przeciwnikiem może być ponownie Khan – znany głównie za sprawą jednej z najlepszych pełnometrażowych odsłon serii, czyli Gniewu Khana. Prawdziwi trekkies pamiętają zapewne odcinek pierwszej serii, Space Seed, w którym załoga USS Enterprise spotkała Khana po raz pierwszy. Skoro więc J.
J. Abrams z ekipą postanowili utworzyć alternatywną linię czasu, by pogodzić wszelkie nieścisłości i niejasności między starą i nową serią i „odmłodzić” znaną załogę, to oczywistym wydawało się, że przywrócą do alternatywnego życia jednego z najbardziej znanych łotrów z tego uniwersum. Choć część publiczności w castingu Benedicta Cumberbatcha upatrywała się odnowionego Khana Noonien Singha, to scenarzyści postanowili udawać, że w gruncie rzeczy mają pomysł na świetny twist. Seansu W ciemność. Star Trek w żadnym wypadku nie można uznać za stracony czas, natomiast pozostaje uczucie niedosytu związane z tak oczywistym rozwiązaniem.
Jakby tego było mało, filmowy reveal jest dramaturgicznie podniesiony do granic możliwości. Dysproporcja między pompatycznością sceny a jej przewidywalnością wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego. A można było po prostu wyłożyć karty na stół!
Wyspa tajemnic

– Szepnąć ci na ucho plot twist? – To tu jest jakiś plot twist?
Zaryzykuję stwierdzenie, że w trakcie swojej długiej i pracowitej kariery Martin Scorsese nie zrobił złego filmu. Pomiędzy projektami realizowanymi z pasji (jak chociażby czekające na produkcję 28 lat Milczenie) brał na warsztat produkcyjniaki, które podrzucało mu studio. Po oscarowej Infiltracji i dokumencie Rolling Stones w blasku świateł Scorsese zainteresował się popularną powieścią Denisa Lehane’a – Wyspą tajemnic.
Dwie poprzednie adaptacje utworów Lehane’a – Rzeka tajemnic i Gdzie jesteś, Amando?, wyreżyserowane przez odpowiednio Clinta Eastwooda i Bena Afflecka, zdobyły bardzo przychylne recenzje krytyków i publiczności. Scorsese po raz kolejny zaprosił do udziału swojego ulubieńca – Leo DiCaprio, drugi plan wypełnił ciekawymi i utalentowanymi Markiem Ruffallo, Benem Kingsleyem, Emily Mortimer, Michelle Williams, Maxem von Sydowem i niedocenianym Eliasem Koteasem.
Opowieść rozgrywała się w otoczeniu szpitala psychiatrycznego ulokowanego na niedostępnej wyspie. Para detektywów – w tym jeden z problemami neurologicznymi i emocjonalnymi – próbowała rozwiązać tajemnicę zniknięcia jednego z pacjentów. Film był istną ucztą zmysłów – sugestywna atmosfera oparta na zdjęciach Roberta Richardsona, aurze niedopowiedzeń i umiejętnej reżyserii oraz nastrojowej ścieżce dźwiękowej pozwalała na całkowite zanurzenie się w historię bohatera granego przez Leonardo DiCaprio. Nie jest jednak – nomen omen – tajemnicą, że zwrot akcji był dość oczywisty, bo prowadziło do niego wiele wątków, w dodatku jakiekolwiek inne rozwiązanie wydawałoby się dość nieprawdopodobne. Uważny widz mógł znaleźć w filmie zapowiedzi prowadzące do rozwiązania, a mniej uważny – raczej nie powinien zaskoczyć się informacją, że główny bohater poszukiwał samego siebie, w ramach eksperymentalnej terapii. Koniec końców, Wyspa tajemnic była satysfakcjonującym thrillerem bez pretensji do bycia arcydziełem, a przewidywalny finał nie przekreślił frajdy z dochodzenia do rozwiązania zagadki razem z bohaterem.
Life

– A może w tym zakończeniu jest jakieś drugie dno?
Thriller z Jakiem Gyllenhallem i Ryanem Reynoldsem to przykład nie tylko przewidywalnego twistu w finale, ale przewidywalnej, szablonowej i schematycznej produkcji. Brzmi jak zarzut, ale niekoniecznie nim jest – nie wszystkie filmy muszą być arcydziełami, wywracać gatunki do góry nogami, poruszać głębokim artyzmem.
Scenariusz Life zawiera dwa twisty – jeden udany, drugi już mniej. Pierwszy wynika z czynników pozafilmowych. Uśmiercanie bohaterów filmu w ramach rozwoju intrygi to rzecz zupełnie tradycyjna, zwłaszcza w konwencji horroru i thrillera. Nikogo nie dziwi, gdy jeden z – wydawałoby się głównych – uczestników akcji zostaje „zabity na śmierć”. Inaczej sprawa ma się, gdy jest obsadzony jednym z najgorętszych nazwisk sezonu. Tak było w przypadku Life, gdzie połowy seansu nie dożywa Ryan Reynolds. Dlaczego ten twist wynika z czynników pozafilmowych? Bo gdyby jego postać grał jakikolwiek inny aktor o mniejszej sile oddziaływania, ta śmierć byłaby po prostu śmiercią. A tak – nie umiera bohater filmu, tylko tracimy z ekranu Ryana – Deadpoola! – Reynoldsa. Drugi twist zawiera się w zakończeniu. Pamiętacie ten horror, w którym bohaterom udaje się zgładzić potwora, ale ten w jakiś cudowny sposób ożywa, by w finalnym ujęciu iść dalej w świat i robić to, co potwory lubią najbardziej? Celowo nie podaję tytułu, bo to przecież klisza zgrana niczym muzyka z Requiem dla snu. Rozumiem jej znaczenie, rozumiem jej zastosowanie, rozumiem jej kontekst. Niektórym twórcom udaje się jednak znaleźć jakikolwiek pierwiastek oryginalności w takim zakończeniu. Nie uświadczymy tego w Life. Film kończy się standardowym „o rany, to jednak żyje” i niemym okrzykiem uświadomienia, że nasza planeta została zainfekowana przez obcą formę życia.
Uciekaj!

Jak do tego doszło? Wiem!
Czarny facet trafia w otoczenie groteskowo tolerancyjnej, liberalnej, wręcz paternalistycznej białej rodzinki.
W domu rzeczonej familii cała służba to zahipnotyzowani czarnoskórzy, a tytuł filmu to Uciekaj!. Czy kogokolwiek zaskoczyło, że biali okazali się spadkobiercami mentalności rasistowskich, kapitalistycznych plantatorów wyzyskujących czarnych niewolników? Film Jordana Peele’a budzi we mnie skrajne odczucia – z jednej strony uwielbiam tę metaforę amerykańskiego społeczeństwa, w której rasizm jest tak głęboko wpisany w mentalność, że bycie tolerancyjnym budzi wątpliwości, z drugiej – zawiódł mnie przewidywalny i oczywisty zwrot akcji, podany w dodatku w bardzo B-klasowym stylu – na tacy, wprost. Literalnie: przywiązano bohatera do krzesła i opowiedziano mu za pomocą filmiku, co się z nim stanie. Scena rodem z tanich horrorów i filmów szpiegowskich, w których złoczyńca opowiada bohaterowi swój cały misterny plan, by dać mu czas na znalezienie rozwiązania i ucieczkę. Już w 1964 ten motyw został wyśmiany w Goldfingerze, kiedy to James Bond, przymocowany do łoża, narażony na działanie śmiercionośnego lasera, pyta: „Oczekuje pan, że będę mówił”?, na co Goldfinger odpowiada: „Nie, oczekuję, że pan umrze”. Peele skonstruował swój film z wielu wybornych minimomentów, jednak w kluczowej scenie popadł w schemat i oczywistość, których nie sposób było się nie domyślić.
Gra
Plot twisty w filmach Davida Finchera to temat na osobny artykuł. Reżyser Siedem, Azylu i Podziemnego kręgu był w latach dziewięćdziesiątych jednym z twórców najczęściej stosujących te rozwiązania fabularne. Fincher nie pisał scenariuszy, jednak wybierał takie, które pozwalały mu na dobór reżyserskich środków mających na celu wprowadzenie widza w konsternację i niepewność.
Po olbrzymim sukcesie Siedem Fincher szybko wpadł w pułapkę czegoś, co w amerykańskim slangu filmowym nazywa się „gimmick”. Chodzi o „przekombinowanie”, czyli zbytnią wiarę w to, że więcej znaczy lepiej. Gra Finchera to kolejny film niniejszego zestawienia, który już w tytule i ekspozycji zdradza swój największy sekret. Pokrótce: znudzony życiem biznesmen dostaje nietypowy prezent na czterdzieste ósme urodziny – zaproszenie do wzięcia udziału w tajemniczej grze, która odmieni jego życie. Początkowo sceptyczny, daje namówić się na udział w przedsięwzięciu. Progiem wejścia do gry są testy psychologiczne, których bohater nie przechodzi.
Od tego momentu w jego życiu zaczynają dziać się dziwne, niewyjaśnione rzeczy. Po nitce do kłębka bohater dochodzi do momentu oświecenia: cały czas był uczestnikiem gry! Kto mógłby się spodziewać, że tytułowa „gra”, do której nie został przyjęty, będzie fabularnym spoiwem i wytłumaczeniem wszystkich nietypowych i niesamowitych okoliczności, jakie zaszły w jego życiu od momentu, kiedy dostał do niej zaproszenie? No, kto?
Matrix

To dopiero 3/4 filmu. Nie zginiemy, bo jestem Wybrańcem!
Uważam Matrix rodzeństwa Wachowskich za film genialny. Imponuje mi zwłaszcza struktura jego scenariusza, który prowadzi widza przez poszczególne sceny w sposób przemyślany, logiczny i spójny.
Mimo natłoku informacji i trudnych do przekazania idei fabuła ani na chwilę nie traci polotu. Nawet liczne sceny ekspozycyjnych dialogów zostały wymyślone i zrealizowane w porywający, wizualny sposób. Nie brakuje tu twistów – najważniejszym jest ten, w którym razem z bohaterem dowiadujemy się, że otaczający nas świat jest tylko iluzją, symulakrem, skomplikowanym systemem komputerowym w formie wirtualnej rzeczywistości, a ludzie są w istocie bateriami dla maszyn karmiących się ich ciałami. Matrix to także opowieść w duchu mesjańskim – zniewoleni ludzie czekają na wybawiciela. Główny bohater – Neo – od początku filmu typowany jest na Wybrańca, który wyzwoli ludzi z okowów bezdusznych maszyn.
Wiele wskazuje na to, że przeciętny pracownik korporacji ma szansę znaleźć sens swojej egzystencji i stać się bohaterem. Wizyta u Wyroczni rozwiewa tę nadzieję – Neo słyszy, że ma potencjał, ale nie jest wyczekiwanym Wybrańcem. To szok nie tylko dla niego, ale także zła nowina dla całego świata. Finał przynosi przewrót – Neo jednak jest Wybrańcem! Postrzelony kilkukrotnie w pierś, pada na ziemię, a jego funkcje życiowe znikają. Świat bohaterów zdaje się dobiegać końca, gdy nagle okazuje się, że Neo zmartwychwstał, pokonał Agenta Smitha, zmienił zasady Matrixa i ocalił swoich przyjaciół od pewnej śmierci. Nie wyobrażam sobie innego rozwiązania tej historii, jednak jest to zupełnie przewidywalny, a wręcz – oczekiwany – twist.


