Publicystyka filmowa
Najbardziej PRZERAŻAJĄCE sceny w ekranizacjach STEPHENA KINGA
Stephen King potrafi tworzyć strach. Oby tylko filmowcy umieli go pokazać.
Jakkolwiek sam King nie traktowałby z czasem tych ekranizacji, tak obfitują one w sceny przerażające, a jednocześnie nieoparte na popularnych motywach straszenia z horrorów. To niewątpliwie ich zaleta, bo uciekają tym samym przed sztampą kina grozy. A mimo to wykorzystują swobodnie np. jumpscare’y. Osadzenie jednak tych metod straszenia widza w mądrze skonstruowanej fabule sprawia, że chcemy do nich wracać i analizować, co przez nie autor chciał nam uzmysłowić. A chciał nieraz wiele i to głębokich, humanistycznych wniosków w myśl zasady, że doświadczenia graniczne uczą rozsądku i pokory. Poniżej nieco ponad 10 najbardziej pamiętnych dla mnie przykładów.
Spotkanie w kanale – „To” (2017), reż. Andy Muschietti
Nie ma strasznej sceny, kiedy świeci słońce. Musi padać rzęsisty deszcz, a świat rysować się w szarych barwach. Po ulicach płyną rzeki wody, więc jest to wymarzona sceneria, żeby puścić łódkę i za nią gonić, chociaż wątpię, żeby współczesne dzieci były zainteresowane moknięciem w takiej ulewie. W filmie jednak jest inaczej. Łódka płynie i płynie, meandruje po ulicznych potokach, aż wpada do studzienki kanalizacyjnej. Chłopiec nachyla się, żeby ją wydobyć, i spotyka w niej osobliwe zjawisko – klauna. Na początku jest przyjazny i chce się bawić, ale gdy widzi rękę chłopca, momentalnie zmienia twarz w oblicze potwora z wielkimi zębami i… Obejrzyjcie sami.
Morze krwi i trup w wannie – „Lśnienie” (1980), reż. Stanley Kubrick
Te dwie sceny przeszły już do historii kina. Krew zalewająca hotel nie tyle bezpośrednio straszy, ile inteligentnie odwołuje się do naszego ewolucyjnego lęku przed krwią. Krew jest kluczowa dla życia, więc jej obecność na zewnątrz ciała zawsze powinna niepokoić. Tak jest i tu. Krew w takiej ilości to śmierć, a jej boimy się najbardziej. Scena z piękną kobietą ma już zupełnie inny charakter – straszy nas na zasadzie zwykłego jumpscare’a, pozwala nam zaufać, że widzimy seksowną kobietę, a nagle przemienia ją w coś ohydnego, również związanego z lękiem przed śmiercią.
Łamanie kostek – „Misery” (1990), reż. Rob Reiner
Co zrobić, żeby ulubiony pisarz nie uciekł z łóżka? Należy ze szczególnym wyczuciem połamać mu kostki. Najpierw wsadza się pomiędzy nogi, na wysokości stawów skokowych, kawałek drewna, żeby złamanie nastąpiło w sposób bardziej kontrolowany. Potem bierze się duży młotek, a właściwie młot do wbijania wielkich gwoździ w podkłady kolejowe i wali w zewnętrzną stronę kostki. Łamie się ona w miejscu tuż poniżej podparcia drewienkiem, co znakomicie pokazała scena w Misery. Aż ciarki przechodzą, kiedy Paul Sheldon krzyczy, a na twarzy Annie Wilkes pojawia się radość z dobrze wykonanego zadania.
Krew we filiżance – „To” (1990), reż. Tommy Lee Wallace
Spokój to jest to, co cechuje tę scenę. Proponuję porównać tę z 1990 roku z tą najnowszą. CGI jednak podwyższyło poziom zaskoczenia i strachu, chociaż ta stara ma swój niepodrabialny klimat. Sposób, w jaki pani Kersch pije, działa na psychikę. Chłepce herbatę z filiżanki jak spragnione zwierzę i stopniowo się zmienia. Kiedy zaś Beverly chce się napić, już trochę przerażona zachowaniem starszej kobiety, w jej filiżance odkrywa tylko gęstą krew. Rzuca naczynie na podłogę, a wtedy pani Kersch zaczyna pokornie sprzątać skorupy, równocześnie wygłaszając nieswoim głosem ostrzeżenie, a może groźbę? Kiedy podnosi głowę, na twarzy przypomina rozkładającego się trupa. Pennywise jest bardzo blisko.
Nieudana egzekucja – „Zielona mila” (1999), reż. Frank Darabont
Na śmierć nigdy nie jest się przygotowanym, zwłaszcza na tę, którą przynosi się innym, nawet jeśli są winni i na nią zasługują. Przekonał się o tym Percy Wetmore podczas egzekucji Eduarda Delacroixa. Specjalnie nie namoczył gąbki, którą kładzie się na głowie skazanego, żeby prąd lepiej przechodził przez jego ciało. To, co się stało ze skazańcem, pozostaje na długo w pamięci. Nim umarł, zaczął się palić, a jego głowa pod kapturem eksplodowała. Zgromadzona w sali publiczność zaczęła histerycznie uciekać przed tym widokiem i zapewne smrodem palonego ludzkiego mięsa. Percy Wetmore natomiast może zrozumiał, jakim jest tchórzem.
Władczyni krwi – „Carrie” (1976), reż. Brian de Palma
Czy można zrozumieć zemstę Carrie? Owszem, tak. Kiedy dziewczyna z takimi zdolnościami i równocześnie z tak zszarganymi marzeniami staje naprzeciwko publiczności całkiem już pewna, że jest królową balu, spada na nią wiadro ze świńską krwią. Ładunek emocjonalny, który wtedy się z niej uwalnia, jest dosłownie niszczący wszystko i wszystkich dookoła. Zgromadzonym w sali gościom już nie jest do śmiechu. Padają rażeni prądem, przygnieceni elementami dekoracji, a nawet żywcem spaleni. Carrie najpierw stoi bez ruchu na scenie z wytrzeszczonymi oczami. Potem zaczyna iść przed siebie, a dookoła niej świat płonie. Sissy Spacek wygląda jak królowa, tyle że nie balu radości, a śmierci. Jej dojrzewanie boleśnie się zakończyło.
Mordowanie za pomocą samochodu – „Christine” (1983), reż. John Carpenter
Scenę tę pamiętam od dziecka. I mimo że nie ma w niej właściwie krwi, zrobiła na mnie wrażenie i od tamtego czasu uważam ją za jedną ze straszniejszych scen przedstawiających strach i śmierć. Jest noc. Samotny człowiek patrzy na zaparkowany, czerwony samochód z wygaszonymi światłami. Woła do niego zaczepnie. Może sądzi, że wygra to starcie. Potem zaczyna uciekać, dość zmyślnie, bo ciemnymi, wąskimi zaułkami. Zapewne sądził, że to go ocali, a może nawet pokona krwiożerczy samochód. Pomylił się bardzo. Jeden z zaułków okazał się ślepy i mimo że Christine się w niego nie mieściła, i tak tam się dostała, kosztem zmiażdżonej blachy, wyłamanych lusterek i drzwi. Zemsta musiała się dokonać, a ofiara musiała zostać rozsmarowana zderzakiem na ścianie.
Trup dziecka morduje – „Smętarz dla zwierzaków” (1989), reż. Mary Lambert
King nigdy nie oszczędzał dzieci, co jest ewenementem na skalę światową w kinie. Zapewne dla wielu widzów przez to ekranizacje jego książek są nie do przejścia, bo inaczej postrzega się jednak opis śmierci dziecka w literaturze, a inaczej ukazanie jej na ekranie. Nie ma znaczenia więc wielkość składanego ciała do grobu w wersji z 1989 roku czy ten z 2019. Robi wrażenie sama śmierć niewielkiego człowieka. To jednak, co potrafi zrobić trup tego dziecka, kiedy już wstanie z indiańskiego cmentarza, to inna sprawa. I tutaj wersja z 1989 roku wybija się na prowadzenie. Najpierw cięcie w ścięgno Achillesa, a na koniec wychłeptanie krwi z szyi umierającego Juda Crandalla.
Morderstwo dziecka – „Doktor Sen” (2019), reż. Mike Flanagan
Gdzieś na rozległych polach zatrzymuje się typowy, amerykański dostawczak. Przyjaźnie wyglądająca kobieta zagaja chłopca bawiącego się w gracza w baseball. Ufny wchodzi do samochodu, a dalej już zaczyna się jego piekło. Zostaje dosłownie żywcem zjedzony przez grupę spragnionych siły życiowej ludzkich zombie na czele z przerażającą Rose Kapelusz (Rebecca Ferguson). Konsumpcja ta jest o tyle straszna, że chłopak nie umiera od razu. Jest kaleczony, a jego siła życiowa wysysana stopniowo. Równocześnie pojawiają się przerażające obrazy krzyczącej przez sen Abry. Im bliżej jest śmierć, tym bardziej się ona miota na łóżku jak w konwulsjach, odczuwając strach umierającego gdzieś w oddali dziecka.
Pan siekiera – „Lśnienie” (1980) reż. Stanley Kubrick
I na koniec klasyka, której nie mogłem pominąć. Siła tej sceny polega na wrażeniu nieodwracalności śmierci Wendy Torrance (Shelley Duvall), kiedy Jack (Jack Nicholson) rozwala siekierą drzwi do łazienki. Ma tak szaloną twarz, zwłaszcza kiedy wsadza ją w wyrąbaną przez siebie dziurę i mówi: Oto Johnny!. Stanley Kubrick naprawdę zmusił aktorów do wyjścia poza strefę komfortu i odegrania emocji, które potem towarzyszyły im długo w życiu, jako wyjęte z pudełek demony skrzętnie chowane przed całym światem. Co na ten film jednak Stephen King? Nie podobał mu się, a postać Jacka uważał za apoteozę szaleńca bez półcieni.
