search
REKLAMA
Zestawienie

Na początku było zło… czyli najlepsze PREQUELE HORRORÓW

10 najciekawszych udanych prequelów do znanych filmów z gatunku kina grozy.

Maciej Kujawski

15 maja 2024

REKLAMA

Skąd bierze się zło? Jakie jest jego źródło? Jaka mogłaby być geneza wielu ekranowych potworów? Te pytania zadają sobie widzowie, ale także producenci filmowi po sukcesach rozmaitych realizacji kina grozy. Często fani popadają w spekulacje na temat tajemnic skrytych w ich ulubionych horrorach i przeszłości stojącej za konkretnymi opowieściami. Niestety zazwyczaj próby cofnięcia się w historię danego mrocznego uniwersum kończą się lenistwem twórców, wymuszoną próbą wyciągnięcia więcej z portfeli odbiorców i odcinaniem kuponów. Całe szczęście nie tym aspektem zajmę się w tym zestawieniu. Poniżej wyliczę te dobre przykłady, których oczywiście jest mniej, ale to tym bardziej warto się chwilę na nich zatrzymać. Prequele do wielu najlepszych, głośnych horrorów same w sobie mogą być najlepsze i mieć coś więcej do zaoferowania. Część z nich należy traktować jako ciekawostkę, a część jako naprawdę kompetentną, a czasem nawet przewyższającą pierwowzór rozrywkę.

„Pearl” (2022)

Oto film ograbiony z nominacji oscarowej za najlepszą rolę pierwszoplanową. Mowa tu oczywiście o nieprzeciętnym występie aktorskim Mii Goth, która po premierze Pearl stała się nową młodą twarzą całego gatunku – zaraz obok Jenny Ortegi czy Melissy Barrery. Horror ten był zaplanowany przez Ti Westa już przy realizacji X. Być może dlatego wydaje się tak dobry i tak interesujący. Przedstawiam kinofilską petardę, zawierającą wszystkie te szalone pomysły, które nie zmieściły się do poprzedniego filmu. Pearl jest wirtuozerskie – zadziwia, straszy i bawi – czego chcieć więcej.

„Omen: Początek”(2024)

 

Najświeższy film na liście, ale jakże trudny do pominięcia w tym kontekście – Omen: Początek wziął wszystkich z zaskoczenia. Skromna promocja i konwencjonalne zwiastuny nie zapowiadały tego, czym w gruncie rzeczy ten niepozorny horror się okazał. Debiut Arkashy Stevenson nie tylko sugestywnie obrazuje popadanie w obłęd głównej bohaterki, ale także rewelacyjnie oddaje klimat horrorów satanistycznych z lat 60. i 70. W tym celu sięgnął po niemal dosłowne cytaty z takich dzieł jak Dziecko Rosemary, Egzorcysta czy nawet Opętanie. Omen: Początek to także stojący na własnych nogach, skutecznie napisany wstęp do niepokojących losów Damiena, które poznaliśmy w pierwowzorze.

„Coś” (2011)

Film z tej pozycji, błędnie kojarzony jako bezpośredni remake arcydzieła pod tym samym tytułem z 1982 roku, w zasadzie należy rozpatrywać jako prequel, kończący się niemal dokładnie w tym miejscu, gdzie zaczynał się oryginał Johna Carpentera. Dzisiaj jest nieco zapomniany i odrzucany przez wielu fanów. W dużej mierze to pewnie zasługa sztucznie wyglądających efektów cyfrowych, które nie mogły stać w szeregu z tymi praktycznymi, wykonanymi przy olbrzymim nakładzie pracy przez Stana Winstona na początku lat 80. Choć obraz jest zdecydowanie słabszy pod kątem wizualnym, to sam koncept wyjściowy wydaje się na tyle przemyślany, że mógłby być głównym powodem, dla którego warto dać filmowi drugą szansę.

„Obcy: Przymierze” (2017) i „Prometeusz” (2012)

To może być bodaj najbardziej kontrowersyjna pozycja na tej liście. Dlatego umieściłem tu dwa tytuły. Wiele osób za ten lepszy prequel nieśmiertelnego Obcego uważa Prometeusza, ja jednak bardziej przychyliłbym się ku Przymierzu. Jasne, nie ma tu mowy o majstersztyku czy nowatorstwie, ale zalążki kreatywności czy po prostu dobrej, krwawej zabawy są tu obecne i nie można ich zignorować. Dodatkowo obydwa filmy, choć ten pierwszy ewidentnie ambitniejszy, stoją na wysokim poziomie pod kątem zdjęć i budowania atmosfery. Dlatego umieściłem je na jednym miejscu w tym zestawieniu. Mają często nieprzebaczalne mankamenty, przede wszystkim scenariuszowe, ale na pewno warto je znać.

„Annabelle: Narodziny zła” (2017)

Można ją uwielbiać, można nienawidzić, ale jedno jest pewne: bez tej marki trudno sobie wyobrazić współczesny krajobraz horrorowy. Annabelle: Narodziny zła, czyli prequel do nudnego i zupełnie tragicznego Annabelle, to klasyczna w strukturze realizacja, pełna jednak zaskakującej reżyserskiej brawury. Kilka scen w podkręceniu stopnia brutalności czy poczuciu odosobnienia i realnego strachu, tak żmudnie poszukiwanego przez wielu widzów, przebija nawet niejedną scenę wyreżyserowaną przez Jamesa Wana w jego dylogii z cyklu. Zaraz po dwóch pierwszych Obecnościach to może być trzecia najlepsza część całego uniwersum.

„Predator: Prey” (2022)

Dla wielu Predator to przede wszystkim seria utożsamiana z kinem akcji. Niemniej, w każdej z części znajdziemy pełno scen, które mają nas przestraszyć, a tytułowy kosmiczny łowca potrafi tworzyć świetny, przerażający duet ze wspomnianymi ksenomorfami, o czym przekonały nas komiksy (niestety nie filmy). Prey od Dana Trachtenberga to osadzona w przeszłości, trzymająca w napięciu wariacja na temat pojedynku młodej wojowniczki z plemienia Komanczów ze znanym już publice metodycznym mordercą. Film ratuje prostota: sceny akcji są brawurowo zrealizowane, a głównej bohaterki trudno nie polubić – tak powinno się reanimować pogubione cykle horrorowe.

„Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną” (1992)

W 1992 roku David Lynch nie po raz pierwszy i nie ostatni zrobił coś zaskakującego i nieoczywistego. W tym prequelu do kultowego serialu mniej surrealistyczne oblicze stylu reżysera wciąż ma wiele do zaoferowania, zwłaszcza w apartamencie zgłębiania psychologii głównej bohaterki Laury Palmer czy poczuciu zagrożenia i niepewności. Choć fani nie wymieniliby Ogniu krocz ze mną w miejsce któregokolwiek z sezonów Twin Peaks, to na pewno część scen z filmu wciąż mają silnie obecne w pamięci i wywarły na nich wstrząsające wrażenie.

„Bates Motel” (2013–2017)

Serial Bates Motel eksploatuje relację między młodzieńcem o skłonnościach psychopatycznych a jego matką, ale także bada funkcjonowanie chłopaka w odrzucającym go otoczeniu. Twórcy rozrysowują szeroki portret psychologiczny, zasiewają niepewność co do naszej identyfikacji z bohaterem, a także mrugają okiem do wielbicieli oryginalnej Psychozy. Warto dodać, że realizacja ta jest prequelem, ale też readaptacją. Odkrywa nowe ukryte sensy ponadczasowego opowiadania i wykorzystuje wielogodzinny czas narracji do niezwykle skrupulatnego rozrysowania mikrokosmosu tak unikalnej postaci, jaką jest Norman Bates.

„Czerwony smok” (2002)

Milczenie owiec bez dwóch zdań wciąż jest jednym z najlepszych dreszczowców w historii kina. Legenda tego projektu sprawiła, że inne historie z Hannibalem Lecterem, na podstawie książek Thomasa Harrisa, po prostu musiały powstać. Przypadek jest ciekawy, ponieważ literacki pierwowzór filmu Bretta Ratnera Czerwony smok powstał wcześniej niż powieść, która stała się podstawą wspomnianej ekranizacji Jonathana Demme’a. W przypadku filmów pozwoliło to na retrospektywne wejrzenie w umysł szalonego geniusza i wytłumaczenie tego, co wcześniej nie pozwalało zasnąć po nocach wielu widzom. Film warto zobaczyć dla samej obsady, która powala swoim rozmachem: Anthony Hopkins, Edward Norton, Ralph Fiennes, Phillip Seymour Hoffman, Emily Watson i Harvey Keitel – uczta!

Maciej Kujawski

Maciej Kujawski

Student filmoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Miłośnik westernu, filmu noir, horroru, filmów gangsterskich, samurajskich i o sztukach walki. Jego przygoda z kinem zaczęła się wraz z otrzymaniem kolekcji filmów Alfreda Hitchcocka na DVD. Wciąż jednym z jego ulubionych filmów jest „Psychoza” z 1960 roku. Uwielbia mieć własne zdanie i dyskutować na przeróżne tematy. Oprócz uprawiania kinofilii, amatorsko fotografuje przyrodę, czyta klasyczne powieści, kolekcjonuje i gra w gry planszowe.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA