search
REKLAMA
Zestawienie

MAŁE OLBRZYMY, czyli karły na ekranie

Jacek Lubiński

30 lipca 2018

REKLAMA

Ktoś powiedział kiedyś, że dobry film musi zawierać trzy rzeczy: krew, cycki i karły. Pisząc to, składamy hołd tym ostatnim i prezentujemy listę najbardziej pamiętnych, najlepszych i/lub największych małych ludzi dużego ekranu. Oczywiście nie patrząc na wymyślne, nierzeczywiste hobbity (które były zresztą po części komputerowe), Ewoki oraz inne takie. Zestawienie sponsorują alfabet oraz cyfra 21.

Bebra

Blaszany bębenek

Wbrew pozorom aktor, który wcielił się w głównego bohatera tego filmu – David Bennent – nie jest karłem. Był nim natomiast zmarły kilka lat temu Fritz Hakl, czyli Bebra – bodaj jedyny prawdziwy przyjaciel Oskara w trakcie wojennej zawieruchy. To on przygarnia chłopca z tytułowym instrumentem do cyrkowej trupy, gdzie choć na moment znajduje prawdziwy dom i schronienie. Jak widać na powyższym obrazku, Bebra nie stronił od towarzystwa nazistów, choć bynajmniej nie podzielał ich zainteresowań. To po prostu artysta z krwi i kości, żyjący z rozrywki, nieważne dla kogo przeznaczonej.

Człowiek z innego miejsca

Miasteczko Twin Peaks

O tym jegomościu trudno napisać coś konkretnego. Pochodzi z… cóż, innego miejsca, gdzie wszystko skąpane jest w krwistej czerwieni, a mówi i chadza się tyłem do taktów złowrogiej, onirycznej muzyki. Karzeł zdaje się cały czas przesiadywać w pokoju bez okien, okazjonalnie chwaląc się swymi tanecznymi zdolnościami przed gośćmi z zewnątrz. I tyle. Wcielający się w niego Michael J. Anderson z pewnością niejednego widza przyprawił o palpitację serca swoim występem, choć prywatnie to bardzo miły człowiek, który przed aktorstwem parał się informatyką w… NASA. Co ciekawe, on również nie jest karłem z definicji – swój niski wzrost (109 cm) „zawdzięcza” wrodzonej łamliwości kości.

Fidgit, Og, Randall, Strutter, Vermin i Wally

Bandyci czasu

Tytułowe niziołki z przygodowej klasyki Terry’ego Gilliama to zwykli kradzieje, których interesują jedynie historyczne fanty. To niezbyt dobrze zorganizowana, chaotyczna, ale niezwykle sympatyczna i zżyta ekipa, pod której kryminalnym płaszczykiem drzemią spory potencjał i zwykła chęć zabawy. W tę szóstkę ancymonów wcielili się jedni z najbardziej cenionych małych aktorów w branży: Kenny Baker, którego znamy głównie za sprawą droida R2-D2 z sagi Gwiezdne wojny, Malcolm Dixon, Mike Edmonds, Jack Purvis (który u Gilliama wystąpił także w Brazil i Przygodach barona Munchausena), Tiny Ross i David Rappaport. W latach 80. panowie często grywali wspólnie, skryci za maskami kolejnych fantastycznych istot. Niestety samobójstwo tego ostatniego i tragiczny wypadek Purvisa przekreśliły szanse na kontynuację Bandytów czasu, którą to Gilliam miał w planach. Obecnie żyją już tylko Dixon i Edmonds, choć od lat pozostają nieaktywni zawodowo.

Finbar McBride

Dróżnik

Peter Dinklage to właściwie współczesny synonim filmowego karła. Popularność zyskał sobie przede wszystkim za sprawą serialu Gra o tron, lecz na dużym i małym ekranie pojawia się już od ponad dwudziestu lat. Nie ulega przy tym wątpliwości, że przełomem była dla niego właśnie rola Finbara, który pojawia się znikąd w małej miejscowości, aby przejąć pozostawioną mu w spadku stację kolejową. Wywołuje niemałą sensację, lecz ma dryg do pociągów i wszystko zaczyna się dla niego układać. Ta postać to właściwie wykładnik całej kariery Dinklage’a, którego większość występów to właśnie tego typu ciepłe, inteligentne i pozornie niepasujące do swojego otoczenia osoby, które kryją w sobie znacznie więcej, niż nakazuje sądzić ich wzrost. Ten nie jest zresztą aż tak niski, bo Peter mierzy sobie 1,35 metra.

Hans i Frieda

Dziwolągi

Dwójka zakochanych w sobie artystów cyrkowych, którzy są sobie przeznaczeni – mimo zapędów Hansa o względy kobiety naturalnych rozmiarów. On, typowy Niemiec o nienagannych manierach i dyscyplinie. Ona wzorowa kobieta swych czasów – stojąca za nim murem bez względu na okoliczności, wiecznie przygnębiona jego decyzjami, ale z ogromnym sercem, niesłabnącą miłością. Razem wyglądają jak z obrazka i wprost nie sposób im nie kibicować. Ta naturalna chemia nie wzięła się tu znikąd, gdyż stojący za tymi postaciami Harry i Daisy Earles byli w rzeczywistości… rodzeństwem. Też pochodzili z Niemiec i również pracowali w cyrku oraz innych tego typu przedstawieniach, gdzie Daisy dorobiła się nawet przydomku „miniaturowej Mae West”.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA