Publicystyka filmowa
Le Clan des Français. Francuskie kino gangsterskie
Donosicielstwo to najgorsze przewinienie… O kinie sensacyjnym z kraju nad Sekwaną.
Wielu krytyków i filmoznawców żywi przekonanie, że seria francuskich filmów gangsterskich to efekt popularności amerykańskich czarnych kryminałów. Wydaje mi się, że to jednak niezbyt celne spostrzeżenie. W końcu to Francuzi byli pierwsi. Nie tylko wynaleźli kino i zorganizowali pierwszy publiczny pokaz ruchomych obrazów, ale także stworzyli pierwszy w historii film kryminalny. Pięciominutowe dziełko o prostym tytule Historia pewnej zbrodni (Histoire d’un Crime) powstało dla wytwórni braci Pathé. Filmik zrealizował w 1901 roku Ferdinand Zecca. Obserwujemy w nim mężczyznę, który zabija właściciela mieszkania, by dobrać się do jego sejfu. Szybko zostaje aresztowany i osadzony w więzieniu, gdzie przypomina sobie, iż niegdyś był zwykłym człowiekiem, dzielącym czas między pracę i rodzinę. W zakończeniu jego głowa zostaje ścięta gilotyną.
Tak jak wiele ciekawych nurtów filmowych, także i francuski kryminał rozwijał się dzięki literaturze. Wielokrotnie przenoszono na ekran sprawy komisarza Maigreta, które opisywał w licznych utworach (siedemdziesiąt pięć powieści i dwadzieścia osiem opowiadań) francuskojęzyczny Belg Georges Simenon. Sławną postacią jest także dżentelmen-włamywacz Arsène Lupin – „dziecko” pisarza Maurice’a Leblanca. Z kolei Henri-Georges Clouzot w pierwszej dekadzie kariery zrealizował trzy klasyczne kryminały. Najlepszy z nich to nakręcony według oryginalnego scenariusza Kruk (1943), dwa pozostałe to adaptacje powieści mistrza gatunku roman policier Stanislasa-Andrè Steemana: Morderca mieszka pod 21 (1942) i Kto zabił? (1947). Prekursorem gatunku był jednakże francuski przestępca i detektyw Eugène-François Vidocq, który swoje wspomnienia spisał w 1828 roku.
Najpierw zamierzałem stworzyć zestawienie francuskich kryminałów, chciałem więc wrzucić do jednego wora filmy detektywistyczne, policyjne i gangsterskie. Doszedłem jednak do wniosku, że lepszym pomysłem będzie skupienie uwagi na przestępczym świecie, tym bardziej, że we Francji powstało naprawdę sporo znakomitych filmów o gangsterach. Nikt nie rodzi się przestępcą, to życie tak kieruje ludźmi, że jedni postanawiają bronić prawa, inni decydują, by je łamać. Gangsterzy we francuskich filmach ubierają się elegancko, kierują się także zasadami. Lojalność wobec wspólników to rzecz święta, pogarda do policji też ich łączy, co nie oznacza zabijania każdego gliniarza, który się nawinie.
Ja również mam zasady. Tworząc takie zestawienia, staram się zaprezentować zróżnicowane pozycje, a więc filmy różnych reżyserów. Nie oznacza to, że nazwiska nie będą się powtarzać. Każdy francuski filmowiec zajmujący się kinem kryminalnym chciał mieć w obsadzie kogoś z Wielkiej Czwórki: Gabina, Venturę, Belmondo lub Delona. W czołówkach ich nazwiska pojawiały się zwykle w ramkach, by podkreślić ich znaczenie. Jeśli szukacie dobrego kryminału znad Sekwany, to filmografia jednego z tych panów podpowie wam, który tytuł wybrać. Kilkakrotnie powtarza się także nazwisko José Giovanniego (właśc.
Joseph Damiani), który podobnie jak wspomniany Vidocq zajmował się przestępczym rzemiosłem, by zmienić się w przykładnego obywatela. Za pomocą pióra i kartki papieru dzielił się swoim doświadczeniem, pisał powieści i scenariusze, reżyserował i stał się żywym dowodem na to, że resocjalizacja jest możliwa (starał się jednak pomijać niechlubny okres wojenny, kiedy to współpracował z nazistami, za to gangsterska przeszłość stała się jego atutem).
Kolejność chronologiczna.
1. Nie tykać łupu (1954), reż. Jacques Becker
aka Touchez Pas au Grisbi / Grisbi / Honour Among Thieves
To zaskakujące, że ten wczesny francuski kryminał bije na głowę większość próbujących go naśladować produkcji sensacyjnych. Od premiery minęło już ponad sześćdziesiąt lat, a ten film wciąż ogląda się w napięciu, z wielką przyjemnością i niepokojem obserwując działania nieugiętego i przenikliwego gangstera odgrywanego przez Jeana Gabina. Ten gwiazdor zagrał w prawie stu filmach, ale po wojnie trudno mu było odzyskać wcześniejszą popularność.
Dzięki Jacques’owi Beckerowi znalazł dla siebie miejsce w ówczesnej kinematografii. Francuzi specjalizowali się w komediach oraz filmach płaszcza i szpady, ale za sprawą Beckera i Gabina kraj nad Sekwaną stał się siedliskiem złodziei, morderców i łajdaków. Aktora wyróżniono Pucharem Volpiego w Wenecji za rolę w tym filmie. Warto też zwrócić uwagę na jeszcze dwa występy, które stały się początkiem wielkich karier. Chodzi o Lino Venturę i Jeanne Moreau. Ten pierwszy zaliczył tu świetny start, bo już tą debiutancką rolą ustanowił swoje emploi i trzymał się go do samego końca.
Nie tykać łupu to męskie kino – kobiety przedstawione są jako istoty niegodne zaufania, lekkomyślne, fałszywe. Gabin zagrał gangstera o imieniu Max, który jest w posiadaniu samochodu o wartości pięćdziesięciu jeden milionów franków, z czego samo auto kosztuje milion, zaś reszta to ukryte w bagażniku złoto o wadze dziewięćdziesięciu sześciu kilogramów. Rzecz jasna, jest to łup pochodzący z napadu. Dowiaduje się o nim Angelo (w tej roli Lino Ventura), który wraz ze swoją bandą zamierza zdobyć ten skarb. Zaczyna od śledzenia konkurencji, potem są czyny, groźby i wreszcie bitwa z dala od cywilizacji.
Zwycięzcą będzie nie ten, kto zdobędzie łup, ale ten, komu uda się przeżyć. Dla Maxa to właściwie nie jest walka o złoto, bo on już je posiada – chodzi mu o uratowanie kumpla, który stał się zakładnikiem.
Prawdziwym majstersztykiem jest kulminacyjna akcja – mocna, energiczna, trzymająca w napięciu. Wielu współczesnych filmowców może uczyć się od francuskich prekursorów, jak skutecznie budować atmosferę i suspens, by wykreować coś tak atrakcyjnego dla widza. W tej historii jest odrobina psychologicznego realizmu, ale i eskapistycznej rozrywki. Jest krytyka społeczna, a jej ostrze wymierzone jest w system, który hierarchizuje społeczeństwo, tworzy podziały, ustala, co jest ważne, a co nie. Wspaniały początek nurtu – film prosty, ale podejmujący niebanalny temat i przez to będący źródłem inspiracji dla przyszłych pokoleń.
Gabin powracał niejednokrotnie do tych tematów, np. w filmie Rififi w Panamie (1966), gdzie zagrał podobną postać. Niestety, Jacques Becker zmarł w lutym 1960, czyli jeszcze zanim ten nurt się rozkręcił na dobre.
2. Rififi (1955), reż. Jules Dassin
aka Du Rififi chez les Hommes
Robiący zawrotną karierę w Hollywood Jules Dassin padł ofiarą antykomunistycznej nagonki i w 1953 zdecydował się opuścić Stany Zjednoczone. Karierę kontynuował w Europie, kręcił filmy we Francji i Grecji. Nie wykluczone, że pod wpływem filmu Nie tykać łupu zrealizował Rififi, które stanowi poniekąd uzupełnienie poprzednika.
Dzieło Beckera pozbawione jest bowiem sceny napadu, więc reżyser umieścił rabunek w centrum opowieści. Pół godziny bez słów i bez muzyki – jest to zrealizowane w taki sposób, że zamiast nudy występuje suspens. Wkrótce taki sposób tworzenia atmosfery i napięcia stał się domeną Jean-Pierre’a Melville’a, który w swoim gangsterskim arcydziele W kręgu zła (1970) również sfilmował napad w podobnym minimalistycznym stylu.
Rififi między mężczyznami (tak brzmi oryginalny tytuł) to opowieść o przestępcy, który po wyjściu z więzienia pragnie rozpocząć nowe życie. Jednak rozczarowanie niewiernością dziewczyny przyczynia się do tego, że ulega namowom kumpli i wplątuje się w kolejną akcję. Rozpoczyna drobiazgowe przygotowania do skoku na sklep jubilerski. Akcja ma odbyć się bez broni palnej, bo ona oznacza kłopoty, jest zwiastunem śmierci. Czterech ludzi – dwóch Francuzów i dwóch Włochów (jednego zagrał reżyser filmu) – musi połączyć się w jedną nierozerwalną całość, jak palce jednej ręki. Muszą tak zaplanować akcję, by w trakcie jej wykonania nie było żadnych wątpliwości ani niespodzianek, by mogli się porozumiewać bez słów. To, co występuje po napadzie, to pełna napięcia gra nerwów.
Zarówno film Beckera, jak i Dassina to adaptacje współczesnej literatury francuskiej. Pierwszy powstał według powieści Alberta Simonina z 1953, drugi na podstawie utworu Auguste’a Le Bretona, opublikowanego w 1954. Potem niejednokrotnie adaptowano ich dzieła, ale obaj pisarze zajmowali się także pracą przy scenariuszach filmowych (niedługo po sukcesie Rififi Le Breton współpracował z Melville’em przy filmie Ryzykant, choć nie była to adaptacja jego książki). To dzięki tym autorom, dzięki wymyślonym przez nich postaciom i dialogom nie było to bezmyślne kino sensacyjne, ale bardzo wnikliwy obraz paryskiego półświatka, wypełniony ostrą jak brzytwa krytyką społeczną, ale i niepozbawiony zjadliwej ironii, kpiny z wymiaru sprawiedliwości. Policja właściwie jest niepotrzebna, bo przestępcy są w stanie pozabijać się nawzajem. A gdy biją się dwa wilki, to lepiej się nie mieszać, tylko pozwolić im dokończyć walkę.
3. Kategoria: duże ryzyko (1960), reż. Claude Sautet
aka Classe Tous Risques / The Big Risk
Dekada Claude’a Sauteta to lata siedemdziesiąte. Wtedy to zrealizował pięć filmów z udziałem Romy Schneider, zdobywając uznanie krytyków. W latach sześćdziesiątych ukończył tylko dwa filmy sensacyjne z Lino Venturą. Pierwszy to Kategoria: duże ryzyko (1960), drugi nosi tytuł Trefna broń (1965) i bliżej mu do kina przygodowego ze względu na egzotyczną scenerię.
Pierwszy to klasyk gatunku dzięki wsparciu José Giovanniego, który wcześniej wraz z Auguste’em Le Bretonem i innymi autorami dokonał adaptacji feministycznej wersji Rififi (1959). Istotniejszym, bo bardziej osobistym dziełem Giovanniego jest jednak autobiograficzna powieść Dziura (1957) i oparty na niej scenariusz do filmu Jacques’a Beckera (premiera tego więziennego dramatu odbyła się już po śmierci reżysera w 1960).
Film inspirowany historią prawdziwych gangsterów, opowiedziany z dużą dozą realizmu, bez upiększeń i fajerwerków. Dwaj kumple narozrabiali we Włoszech i zamierzają jeszcze raz – sprawnie, szybko, nielegalnie – zdobyć trochę kasy, by uciec za granicę. Do Francji, gdzie kiedyś dali się we znaki policji, ale mają nadzieję, że już o nich zapomniano. Gdy działają wspólnie, we dwóch, wszystko idzie gładko, ale gdy jeden z przestępców – Abel Davos – wplątuje w to swoją rodzinę, plan wali się w gruzy. Mimo przekroczenia granicy pościg za nim nie ustaje.
Kategoria: duże ryzyko to film o tym, że lojalność ma swoje granice. Gdy Davos spotyka dawnych kumpli jest rozczarowany – okazuje się bowiem, że dawne przyjaźnie zostały pogrzebane przez upływ czasu. Kumple starają się zachować pozory, ale na wylot widać ich obojętność i strach. To, że nie biegną od razu na policję, nie świadczy jeszcze o lojalności. To, że nie chcą już działać wspólnie, jest zapowiedzią końca pewnego etapu. Gdzieś na horyzoncie pojawia się jednak nadzieja, że gangsterski etos przetrwa. To zresztą bardzo znamienne, że ta nadzieja pojawia się w osobie Jean-Paula Belmondo, który w latach sześćdziesiątych grał sporo takich ról. Widać to także w niniejszym zestawieniu – aż cztery filmy z jego udziałem tu trafiły.
4. Szpicel (1962), reż. Jean-Pierre Melville
aka Kapuś / Le Doulos / Doulos: The Finger Man
Nie jest łatwo wynieść rozrywkowy z natury gatunek kina sensacyjnego do rangi stylowego dramatu autorskiego. Dokonał tego francuski filmowiec Jean-Pierre Melville w latach sześćdziesiątych. W czasie drugiej wojny światowej działacz ruchu oporu (skąd pozostał mu pseudonim Melville), potem czołowy reprezentant francuskiego kina noir. Twórca czterech arcydzieł nurtu: Szpicel (1962), Drugi oddech (1966), Samuraj (1967) i W kręgu zła (1970). Belmondo, Ventura, Delon, Montand, Bourvil i pochodzący z Włoch G. M. Volonté stworzyli w jego filmach niezapomniane role. Moim osobistym (filmowym) faworytem jest jednak pierwszy z wielkiej czwórki – Szpicel, błyskotliwy kryminał, w którym Belmondo wykreował postać intrygującą, niejednoznaczną.
Melville był samoukiem – realizując filmy w latach pięćdziesiątych, uczył się filmowego rzemiosła. Najbardziej udanym ćwiczeniem okazał się Ryzykant (1956), zrealizowany przy pomocy Auguste’a Le Bretona. Mistrzostwo osiągnął jednak dopiero siódmym filmem – Szpiclem – który ma przede wszystkim perfekcyjnie skonstruowaną intrygę (na podstawie powieści Pierre’a Lesou). Gdy widzimy na ekranie mężczyznę, który znienacka silnym ciosem powala na ziemię kobietę, przywiązuje ją do kaloryfera, zadaje pytania i po uzyskaniu odpowiedzi knebluje, to jasne jest, że ten facet musi być czarnym charakterem.
Ale nie u Melville’a. Bo jeśli kobieta okaże się informatorką policji, to jej oprawca zyskuje wtedy uznanie jako dobry, lojalny kumpel, na którym można polegać. Napięcie w filmie wynika stąd, że nie wiadomo, kto tak naprawdę jest szpiclem. Podejrzewany o to Silien regularnie rozmawia z policjantami i z jednym się nawet przyjaźni, ale nie robi z tego tajemnicy. Problem w tym, że przyjaźni się także z Maurice’em Faugelem, rabusiem i zabójcą, który kieruje swoje podejrzenia na kumpla po tym, gdy wpadł w zasadzkę podczas kolejnej akcji.
Ten film wciąga swoją stylową atmosferą, intryguje od pierwszych minut do samego końca. Czarno-białe zdjęcia dodają mu ponurej tonacji, decyzje bohaterów zaskakują, zaś fabuła daje materiał do przemyśleń. W mojej opinii Jean-Paul Belmondo stworzył tu jedną z najlepszych kreacji w swojej karierze – postać, po której nie wiadomo, czego się spodziewać. Może być tajniakiem, gangsterem lub kapusiem. Może być prawdziwym bądź fałszywym kumplem. Melville bardziej jest znany z powodu trzech filmów z udziałem Alaina Delona i mało kto pamięta, że trzykrotnie pracował też z Bebelem (w latach 1961–63).
Z dzisiejszego punktu widzenia ich pierwsza współpraca wygląda jak „świętokradztwo” (Belmondo jako Ksiądz Leon Morin). Ale już w drugim filmie reżyser obsadził go „właściwie”, co dało naprawdę wspaniały efekt i potwierdziło talent gwiazdora do odgrywania ról bazujących na niedopowiedzeniach i zwodzeniu widza.
5. Człowiek w pięknym krawacie (1968), reż. Robert Enrico
aka Ho!
Szofer, kloszard, dziwak, dandys i ryzykant to nie skład jednej bandy, lecz jeden człowiek – François Holain zwany Ho. Były rajdowiec pracujący jako kierowca dla braci Schwartz – gangsterów zajmujących się brawurowymi napadami. I on też zapragnie być przestępcą. Na początku idzie mu nieudolnie – szybko trafia do więzienia, skąd jednak, dzięki sprytowi i wyrachowaniu, ucieka w przebraniu kloszarda. Staje się bohaterem prasy, która pisze o nim „Arsène Lupin + Al Capone”. Biorąc pod uwagę jego ucieczkę z więzienia, pasuje mu także porównanie do Edmunda Dantèsa.
Polski tytuł filmu brzmi nieco dziwnie (jak na produkcję gangsterską), ale dobrze charakteryzuje postać Holaina, który jest miłośnikiem krawatów. Dla niego to nie tylko ładny dodatek do kostiumu, ale także pewien symbol. Jego motto – wystarczy założyć inny krawat, by stać się innym człowiekiem. Ma ich ponad dwieście i może mieć tyle wcieleń. Może być zwykłym kierowcą, dżentelmenem-włamywaczem jak Arsène Lupin albo wrogiem publicznym jak Capone. Najważniejsze pytanie, jakie dręczy widza przez długi czas trwania produkcji, brzmi: „Czy Holain może być także zabójcą?”.
Robert Enrico nie jest zaliczany do mistrzów francuskiego kina, ale tworzył atrakcyjne dla widza filmy, zarówno lżejsze w formie (Bulwar rumu z Lino Venturą i Brigitte Bardot) jak i bardziej ponure (Stara strzelba z Philippem Noiretem i Romy Schneider). Ten reżyser mógł się pochwalić współpracą z Venturą, Delonem i Belmondo, ale pewnie równie przyjemna (jeśli nie bardziej) była praca z Joanną Shimkus, z którą nakręcił trzy filmy w latach 1967–68. Jej kariera trwała bardzo krótko, a szkoda, bo zdecydowanie miała to „coś”, co przyciąga uwagę. Poświęciła się jednak rodzinie – do dzisiaj pozostaje żoną Sidneya Poitiera, z którym jest związana od czterdziestu lat.
To, co wyróżnia Człowieka w pięknym krawacie, to relacja tytułowej postaci z kobietą. Zupełnie inaczej ona wygląda niż w mizoginicznych z natury filmach gangsterskich. François Holain właściwie tylko swojej dziewczynie może zaufać, choć i ona ma swoje momenty zwątpienia i za bardzo wierzy w to, co piszą w prasie. Ale właśnie przez te chwile zwątpienia jest bardzo ludzka i bardziej wiarygodna od szarżującego krawaciarza.
Film powstał na motywach powieści José Giovanniego i być może byłby lepszy, gdyby sam pisarz zajął się adaptacją, tak jak to miał w zwyczaju. Ale i tak powstał całkiem udany film z zaskakującym zakończeniem. Dużym atutem jest swingująca muzyka, którą skomponował François de Roubaix (pamiętny ze świetnego soundtracku Samuraja J. P. Melville’a). Bardzo płodny kompozytor (około dziewięćdziesięciu filmów w ciągu dekady!!!), dlatego mimo śmierci w młodym wieku (trzydzieści sześć lat) dał się poznać jako wybitny artysta piszący bardzo zróżnicowane utwory.
6. Klan Sycylijczyków (1969), reż. Henri Verneuil
aka Le Clan des Siciliens / The Sicilian Clan
Zaufanie jest ważne niemal w każdej branży. Nie tylko wśród gangsterów, ale i filmowców. Dlatego Henri Verneuil zatrudniał najczęściej sprawdzonych aktorów, co do których miał pełne zaufanie. Do branży filmowej wkręcił go francuski komik Fernandel, więc spłacał ten dług, realizując szereg komedii z jego udziałem. Potem pięciokrotnie zatrudniał Jeana Gabina, siedmiokrotnie Jean-Paula Belmondo, a sześć razy muzykę do jego filmów komponował Ennio Morricone. Dzięki takim niezawodnym współpracownikom praca nad filmem nie natrafiała na większe problemy. Klan Sycylijczyków to najwybitniejsze osiągnięcie tego twórcy, a stało się tak z kilku powodów.
Po pierwsze – jest to adaptacja powieści Auguste’a Le Bretona. Po drugie – przy tworzeniu scenariusza i dialogów brał udział José Giovanni. Po trzecie – w obsadzie są trzy nazwiska należące do grupy best of the best: Gabin, Delon i Ventura. Po czwarte – ilustrację muzyczną stworzył gran maestro Ennio Morricone. Tylko totalny amator potrafiłby zepsuć projekt tworzony przez takich fachowców, a Henri Verneuil do amatorów wtedy nie należał. Przeciwnie – był mistrzem kina rozrywkowego. I to na ekranie widać. Kapitalnie skonstruowana intryga, precyzyjne rzemiosło, sporo momentów pełnych napięcia i aktorstwo najwyższej próby – to wszystko w połączeniu z muzyką Morriconego złożyło się na fascynującą opowieść o więzach rodzinnych, złodziejskim procederze i bezsilności policji.
Delon zagrał korsykańskiego zabójcę Rogera Sarteta, który po ucieczce z więziennego transportu planuje kolejny numer. Do akcji wtajemnicza sycylijską familię, dzięki której udało mu się uciec. Celem jest kosztowna biżuteria, ale szybko okazuje się, że to misja niemożliwa do wykonania. Jedyną szansą okazuje się transport klejnotów drogą lotniczą. Przestępcy zamierzają więc porwać samolot z Rzymu do Nowego Jorku, a to już zbliża tę produkcję do thrillerów terrorystycznych. Im trudniejszy numer, tym większa satysfakcja z wygranej. Zwycięstwo to nie tylko zdobycie kosztowności, pozwalających na życie w luksusie, ale i duża frajda z obserwowania (dzięki prasie i mediom), jak policja jest bezradna w walce z przestępczością.
Gabin i Ventura od lat współpracowali razem. Byli gangsterami w Nie tykać łupu (1954) Jacques’a Beckera, potem gliniarzami w Pułapce (1958) Jeana Delannoya, a u Verneuila jeden jest przestępcą, drugi policjantem. Postacie schematyczne, ale dzięki odpowiednim aktorom, dobrym dialogom i świetnie rozpisanym scenom ogląda się ich znakomicie. Każdy z trzech głównych bohaterów jest inny, ale każdy na swój sposób fascynujący i dlatego trudno przewidzieć, kto okaże się zwycięzcą. Film byłby świetnym zwieńczeniem kariery Gabina, gdyby nie to, że w kolejnej dekadzie wciąż tworzył znakomite kreacje, np. w filmie Narkotyk (1970), gdzie był właścicielem wiejskiej posiadłości, chroniącym rodzinę przed mafią narkotykową, która wtargnęła na jego ziemię.
7. Borsalino (1970), reż. Jacques Deray
Nie wiem, komu podziękowali twórcy Żądła (1973) podczas odbierania Oscara za najlepszy film, ale moim zdaniem powinni w pierwszej kolejności podziękować francuskim filmowcom odpowiedzialnym za Borsalino (1970). Akcja filmu rozgrywa się na początku lat trzydziestych XX wieku, w czasach wielkiego kryzysu gospodarczego, kiedy to opłacało się być przestępcą.
Dwóch kanciarzy – François Capella i Roch Siffredi – poznaje się w Marsylii, ale zanim uścisną sobie dłonie, stoczą tragikomiczną walkę. Szybko zdają sobie sprawę z absurdalności całej sytuacji i dochodzi między nimi do porozumienia. Jest to początek pięknej przyjaźni, a także faza wstępna prowadząca do założenia nieformalnej spółki. Wspólnicy – Capella i Siffredi – oferują swoje usługi bossom mafii, by wkrótce rozpocząć działalność na własną rękę i własny koszt.
To, co najtrudniejsze w filmach retro, czyli odwzorowanie klimatu epoki, udało się perfekcyjnie. Scenografia, kostiumy, rekwizyty, stare samochody – widz śledzący perypetie bohaterów po prostu czuje się, jakby tam był. Scenariusz (na podstawie Bandytów w Marsylii Eugèna Saccomano) jest bardzo udany, bo nie udziwniono fabuły do tego stopnia, by poddawać w wątpliwość wiarygodność wydarzeń. Oczywiście jest to w dużej mierze kino rozrywkowe, ale bohaterowie – mimo iż zagrani przez pierwszoligowych aktorów – nie są wszechmocni, zdarzają im się wpadki. Rozrywka też może być wartościowa, szczególnie jeśli jest solidnie zrealizowana, trzyma w napięciu oraz zawiera wiele wybornych pomysłów i zaskakujących zwrotów akcji.
Belmondo i Delon to kapitalny duet, są jak Paul Newman i Robert Redford – bije od nich magnetyzm, wyróżnia ich styl, a pod skórą wyczuwa się przebiegłość i cynizm. Całość została świetnie oprawiona muzycznie. Pianista jazzowy Claude Bolling zagrał z właściwą dla siebie rytmiką i liryzmem ragtajmową partyturę – najbardziej pasującą do stylu retro, co zresztą zauważyli także twórcy Żądła (1973).
Nikt nie nakręcił więcej filmów z Delonem niż Jacques Deray. Wspólnie pracowali aż dziesięciokrotnie, w tym także przy sequelu – Borsalino i spółka (1974) – który wygląda jak rozbudowany ostatni rozdział zatytułowany Vendetta, a nie jak odrębna, spójna opowieść. Z Bebelem reżyser nie miał tak dobrych relacji, więc pracowali tylko cztery razy w ciągu dwudziestu dwóch lat. W pierwszym etapie kariery Deray zrealizował Rififi w Tokio (1963) według powieści Le Bretona i adaptacji Giovanniego. W tej produkcji obok wybitnego Charlesa Vanela wystąpiła Barbara Kwiatkowska-Lass, a także Karlheinz Böhm, który został jej mężem.
Borsalino to film szczególnie godny polecenia. Ten wspaniały francuski klasyk z kapeluszem w tytule jest właściwie szczytem kariery każdego z tych trzech mężczyzn: Deraya, Belmondo i Delona. Owszem, mają oni na koncie wiele dobrych filmów, ale tylko nieliczne potrafiły zbliżyć się do rewelacyjnego poziomu omawianego obrazu. Dzieło wyróżnia się także na tle innych francuskich produkcji gangsterskich, bo znaczna większość opowiada o współczesności. Osadzenie akcji w czasach międzywojennych jest związane z większymi kosztami niż zwykle, trzeba zadbać też o detale, które mogą popsuć klimat opowieści. Film dla miłośników estetyki retro i europejskiego podejścia do kina rozrywkowego, polegającego na unikaniu schematycznych rozwiązań i banalnych happy endów.
8. Łobuz (1970), reż. Claude Lelouch
aka Le Voyou / The Crook / Simon the Swiss
Claude Lelouch to jeden z najbardziej aktywnych i wszechstronnych mistrzów francuskiego kina. W jego filmografii znajduje się sześćdziesiąt pozycji, które zrealizował w ciągu sześćdziesięciu lat. Kręcił filmy dokumentalne i fabularne, pełnił funkcję reżysera, scenarzysty, producenta, operatora i montażysty. Wykształcił swój własny rozpoznawalny styl. Tworzył w obrębie kina autorskiego, lecz potrafił zrobić dobry użytek ze schematów kina gatunkowego.
Łobuz to opowieść, która fabularnie nikogo nie zaskoczy, ale zrealizowana jest po leluszowsku, co można uznać za prekursora stylu tarantinowskiego. Podobnie jak w Pulp Fiction (1994), w pewnym momencie przestaje chodzić o to, jak ta historia się skończy, ale o to, jaka jest chronologia wydarzeń.
Mimo obszernej filmografii nazwisko tego reżysera kojarzy się właściwie tylko z jednym tytułem – zrealizowanym w pierwszej dekadzie kariery melodramatem Kobieta i mężczyzna (1966). To dzieło zdobyło dwa Oscary, dwa Złote Globy, Złotą Palmę i jedną nagrodę BAFTA, a słynne „szabadabada” Francisa Lai jest znane nawet tym, którzy filmu nie oglądali. Na popularności filmu skorzystali aktorzy, w tym Jean-Louis Trintignant, który występował zarówno w filmach francuskich, jak i włoskich, a pod koniec lat sześćdziesiątych zdobył dwie prestiżowe nagrody na festiwalach – w Berlinie i Cannes.
Szymon Szwajcar – tytułowy łobuz z filmu Leloucha – to postać, która pozwoliła aktorowi odsłonić zaskakujące oblicze. Przestępca uciekający przed wymiarem sprawiedliwości, kidnaper i rabuś. Perfekcjonista działający sprawnie jak szwajcarski zegarek. Taki jest również Lelouch – na planie filmu był reżyserem, operatorem, autorem scenariusza i dialogów. Sekwencja porwania, ucieczki z więzienia i pościgu samochodowego na długo utkną w pamięci – są precyzyjnie zaplanowane i wykonane. Klasyczne motywy kina sensacyjnego zostały przefiltrowane przez leluszowską wrażliwość.
Indywidualność reżysera staje się widoczna, gdy obserwuje się pracę kamery. Spojrzenia, gesty, niuanse są znamienne dla tej historii – w gruncie rzeczy poważnej, ale podszytej ironicznym dystansem. Autor delikatnie uderza w struny, które ostrzegają przed nadciągającym zagrożeniem. Wtóruje mu kompozytor Francis Lai, który z Lelouchem pracuje od pięćdziesięciu (!) lat. Temat z Le Voyou nie jest tak pamiętany, jak jego prace do Kobiety i mężczyzny (1966) oraz Love Story (1970), ale są tu charakterystyczne dla jego stylu elementy: ładna, nostalgiczno-sentymentalna melodia, prostota i klasyczność, ukrywające za swym sympatycznym obliczem łzy smutku i tragizm ludzkiego losu.
9. Cygan (1975), reż. José Giovanni
aka Le Gitan / The Gypsy
Joseph Damiani to bardzo ciekawa postać zasługująca na osobny film. Zmienił nazwisko na José Giovanni zapewne nie tylko po to, by mieć fajny pseudonim artystyczny, ale także by odciąć się od niechlubnej przeszłości. Ale przeszłość i tak powraca jak bumerang, co starał się powiedzieć za pomocą swojej twórczości. Niegdyś członek partii faszystowskiej zajmujący się wyłudzaniem pieniędzy od Żydów, potem gangster mający na sumieniu napady, szantaże i morderstwa.
Ta ścieżka zaprowadziła go za kratki – został skazany na śmierć, potem na dwadzieścia lat ciężkich robót. Na wolność wyszedł po jedenastu latach i genialnie wykorzystał daną mu szansę. Stał się wziętym scenarzystą filmowym pracującym z najlepszymi.
Jego filmowa twórczość dzieli się na dwa etapy. W pierwszej dekadzie (1959–69) adaptował swoje lub cudze powieści na potrzeby filmów realizowanych przez takich twórców jak Jacques Becker, Jacques Deray i Henri Verneuil. Najwybitniejszy film, jaki współtworzył, to Drugi oddech (1966) J. P. Melville’a. Odkąd zadebiutował jako reżyser w 1967, poświęcił się głównie pisaniu scenariuszy do własnych filmów. Szczególne miejsce w jego filmografii zajmuje współpraca z Alainem Delonem, który był także producentem jego filmów (kompania produkcyjna Adel). Najpierw Giovanni pisał dla aktora kwestie do filmów Łowcy przygód (1967) i Klan Sycylijczyków (1969), potem reżyserował go w „trylogii”: Dwaj ludzie w mieście (1973), Cygan (1975) i Bumerang (1976).
Pierwszy z tej trójki to wybitne osiągnięcie – gorzki i refleksyjny dramat o resocjalizacji, z nostalgiczną kompozycją Philippe’a Sarde’a oraz dobrymi rolami Gabina i Delona. Z kolei w filmie Boomerang reżyser zastanawia się nad przysłowiem „jaki ojciec, taki syn”. Delon zagrał tu Polaka, którego niechlubna przeszłość wychodzi na jaw (wraca jak bumerang), po tym, gdy syn zostaje oskarżony o morderstwo policjanta. Jednak z tych trzech filmów tylko Cygan pasuje do definicji kina gangsterskiego, więc o nim należałoby napisać więcej. To, co odróżnia ten film od pozostałych, które wymieniłem, to brak moralizowania i łopatologii – reżyser nie ocenia bohaterów, nie stawia wniosków, nie kreuje czarno-białego świata, w którym podział na dobro i zło jest jasny i logiczny.
Zamiast zabawy w policjantów i złodziei mamy tutaj dwóch kryminalistów, którzy są tak różni jak huragan i zefir. Włamujący się do ekskluzywnych sklepów i bogatych domów kasiarz (w tej roli świetny aktor Paul Meurisse, znany z Widma, Drugiego oddechu i Armii cieni) to człowiek żyjący w luksusie – mieszka w elegancko urządzonym apartamencie, jest inteligentny i przezorny, a jego największy problem to impulsywna i niewierna żona. Tytułowy Cygan jest jego całkowitym przeciwieństwem.
On nie kradnie po to, by się wzbogacić i żyć w luksusie. Poprzez swoją działalność walczy z systemem – z francuskim rządem i urzędnikami, którzy traktują jego naród z wyraźną niechęcią. Cyganie zmuszeni są do życia na uboczu – jak wyrzutki społeczeństwa, odpadki przeznaczone do śmietnika. Warto podkreślić, że obaj bohaterowie, mimo iż kroczą tą samą ścieżką, nie są wspólnikami.
Giovanni nie został reżyserem po to, by pobawić się w strzelaniny i pościgi. Swoimi filmami zawsze starał się coś powiedzieć na temat kondycji człowieka w starciu z systemem. Ciekawe obserwacje psychologiczne kolidują z sensacyjną akcją, ale kluczowe znaczenie ma jednak człowiek znajdujący się w imadle, miażdżony z jednej strony przez system wraz z szeregiem nakazów i ograniczeń, z drugiej – przez kuszące pragnienie bycia niezależnym. Autor zdaje się podkreślać, iż bardzo istotne w cywilizowanym świecie są więzy krwi. Nie chodzi tu jednak o rodzinę, ale naród lub grupę etniczną, na przykład Cyganów.
Otoczenie, w którym się dorasta i pochodzenie, jakie otrzymało się w dniu narodzin, kształtują człowieka, umiejscawiają go w społeczeństwie, zaś system przydziela mu odpowiednią dla statusu rolę. U Giovanniego Cyganie to ludzie wobec siebie lojalni. Główny bohater Hugo Sennart, mimo iż dorasta w przyjaznym środowisku, jest wyrzutkiem skazanym na samotną walkę. Jak tygrys w dżungli. Jak tytułowy Samuraj (1967) z filmu J. P. Melville’a.
10. Wybór broni (1981), reż. Alain Corneau
aka Le Choix des Armes / Choice of Arms
Owocna współpraca reżysera z konkretnym aktorem to zjawisko spotykane w kinematografii niemal każdego kraju. Jest też grupa filmowców, którzy uważają, że trzy wspólne filmy to maksimum, bo potem można już popaść w rutynę. Do takich twórców należy Alain Corneau, u którego trzykrotnie wystąpili Yves Montand i Gérard Depardieu, ale tylko w jednym zagrali razem. Wybór broni jest więc w karierze reżysera dziełem szczególnym, bo jest zwieńczeniem współpracy z Montandem i początkiem kolaboracji z Depardieu.
Pierwszym sukcesem Alaina Corneau był znakomity policyjny kryminał Rewolwer Pyton 357 (1976), który jest poniekąd rimejkiem (adaptacją powieści zekranizowaną już w latach czterdziestych). Rimejkowanie to nie tylko amerykańska plaga, a Corneau przerobił po swojemu nawet Drugi oddech Melville’a i Giovanniego.
Utwór zatytułowany Wybór broni powstał według oryginalnego pomysłu, ale czerpie z najlepszych wzorców od lat wykorzystywanych przez filmowców specjalizujących się w kinie sensacyjnym. Mnóstwo filmów rozpoczynało się od ucieczki z więzienia i tak też jest tutaj. Bandyci znajdują schronienie u Noëla (Montand), byłego przestępcy, wiodącego żywot gdzieś na odludziu w okazałej posiadłości blisko natury. Mieszka tam razem z żoną Nicole (Catherine Deneuve). Rodzinna sielanka zostaje zakłócona, trzeba zdecydować, jaką taktykę obrony zastosować. Gdy jeden z ukrywających się kryminalistów umiera – na skutek obrażeń odniesionych w wyniku przygotowanej na nich zasadzki – jego kumpel, choleryk o imieniu Mickey (Depardieu), szybko traci zaufanie do Noëla.
Całkiem niesłusznie, bo Noël zaczyna coraz bardziej tęsknić za dawnym, bardziej ekscytującym, stylem życia. Tylko obawa o życie żony powstrzymuje go przed sięgnięciem po broń. Ale w końcu godzina ognia musi nadejść.
Mimo schematyczności film wciąga i zaskakuje, w czym duża zasługa scenariusza i kreacji Gérarda Depardieu. Jego rola jest tak napisana, że z łatwością mógł pozostawić w cieniu bardziej doświadczonego partnera. Montand miał większe doświadczenie aktorskie, ale nie był przestępcą, w przeciwieństwie do kolegi, który w czasach młodości należał do gangu – dokonywał rozbojów i grabieży, a gdy miał 16 lat trafił do więzienia za kradzież samochodu. Słowo „broń” w tytule zostało użyte przede wszystkim po to, by podkreślić gatunek, słowem kluczowym jest jednak „wybór”. Noël stanął na rozstaju dróg i musi wybrać kierunek.
Los dosyć brutalnie mu podpowiada, która ścieżka jest właściwa. Napięcia w tej historii nie brakuje, niemal na każdym kroku bohaterowie (kierowani sprawną ręką scenarzystów) zaskakują swoim zachowaniem, a broń wypala w niespodziewanych momentach, nie zawsze trafiając właściwą osobę. Jest nerwowo, lecz nie brakuje nostalgii. Jest impet, ale znalazło się także miejsce na chwile zadumy.
korekta: Kornelia Farynowska
