Connect with us

Publicystyka filmowa

Kilka rzeczy, które wypadły w nowym BATMANIE wyjątkowo SŁABO, i kilka WPROST GENIALNYCH

Arcydzieło czy gniot? Ani jedno, ani drugie. To po prostu dobry film, ale niepozbawiony wad.

Published

on

Kilka rzeczy, które wypadły w nowym BATMANIE wyjątkowo SŁABO, i kilka WPROST GENIALNYCH

Zdawać by się mogło, że kurz po premierze nowego Batmana powoli zaczyna opadać. Tymczasem HBO dało nam wielkanocny prezent w postaci udostępnienia filmu w swojej bibliotece. Szaleństwo rozkręca się od nowa. Ci, którzy jeszcze filmu nie widzieli, z pewnością właśnie teraz skorzystają z okazji. A ci, którzy już widzieli, z pewnością zrobią to jeszcze raz. Projekt Matta Reevesa wypada uznać za sukces – szala recenzji pozytywnych i negatywnych przechyla się na korzyść tych pierwszych. Generalnie ja także jestem Batmanem usatysfakcjonowany, choć w tym tekście zwracam uwagę, na kilka rzeczy, które mogły pójść reżyserowi lepiej.

Advertisement

Uwaga – tekst gdzieniegdzie zdradza istotne elementy fabuły.

Nie udało się: główna zagadka niczym historyjka z gumy Donald

riddler

Szczerze mówiąc, miałem ogromne nadzieje w związku z wprowadzeniem do filmu postaci Człowieka Zagadki. W bogatej palecie łotrów z Gotham to jeden z moich ulubieńców. Biorąc pod uwagę, że Batman mocno poszedł w kierunku czarnego kryminału, że stylistycznie (i poniekąd także fabularnie) powędrował w stronę filmów Davida Finchera, byłem niemal pewien, że nad całym filmem wisieć będzie jakaś trudna do odgadnięcia tajemnica.

Advertisement

Zagadkowe liściki wysyłane przez głównego antagonistę tylko podsycały to przeświadczenie. Ta fabuła mogła ułożyć się diametralnie inaczej. Mogła, niczym w szkatułce, odkrywać przed nami kolejne warstwy wielkiej enigmy, która poda w wątpliwość wszystko, co dotychczas widzieliśmy. Mogła też powstać na ekranie intrygująca plątanina tropów, sprawiająca wrażenie labiryntu. Wszystko za sprawą wysyłanych przez Człowieka Zagadkę sprzecznych sygnałów. Co zamiast tego otrzymujemy? Rozwiązanie sprowadzające wszystko, co widzieliśmy, do motywu dziecka po przejściach, sieroty, która najzwyczajniej w świecie nie radzi sobie i nie akceptuje bólu, który przeżyła – wydaje mi się ono w tym wypadku tak banalne i tak wyświechtane, że aż szkoda, że zmarnowano na nie potencjał tak świetnie zapowiadającej się postaci. Chyba wolałbym, żeby Człowiek Zagadka pozostał… zagadką. Niczym Joker w Mrocznym rycerzu.

Udało się: nie ma to jak solidne mordobicie

El Topo (Kret)

Wpływ gier komputerowych spod znaku Arkham (których osobiście jestem fanem) jest w filmie mocno odczuwalny. Realizm przepleciony z groteską, zagadki, detektywistyczny sznyt, lokacje, w których klimat retro miesza się z nowoczesnością – wszystko to doskonale zagrało już wcześniej w wersji wirtualnej. Ale bodaj najjaśniejszym elementem filmu Matta Reevesa, ewidentnie zaczerpniętym z mechaniki znanej serii gier, są walki z udziałem Batmana.

Advertisement

Muszę przyznać, że do czasu nowego seansu Batmana wydawało mi się, że najlepszymi bójkami z udziałem Człowieka Nietoperza są te w wykonaniu Bena Afflecka w ostatnich widowiskach. Ale po tym, co zobaczyłem w Batmanie, nie mam wątpliwości, że jest to film z najlepszymi mordobiciami z udziałem Batmana. Idealna dynamika, choreografia, montaż, moc. Ale poniekąd także napięcie. Bo moment, gdy na peronie metra chcący spuścić łomot rzezimieszkom Batman bardzo powoli wyłania się z cienia, a my słyszymy tylko jego kroki, według mnie trwale zapisze się w historii ekranowych losów naszego ulubionego bohatera.

Bo jest tym rodzajem bójki, która zaczyna się chwilę wcześniej, w głowach przeciwników i wyczekującej wrażeń widowni. O tym, że dobre kino akcji dziś MUSI mieć dobrze i wiarygodnie zainscenizowane sceny walk, wiemy chociażby od czasów Matrixa ­– filmu akcji z duszą, w którym nie szczędzono na osiągniecie perfekcji w tym względzie.

Advertisement

Nie udało się: mało Wayne’a w Waynie

batman 2022

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Batman Roberta Pattinsona to w końcu Batman, na jakiego długo czekaliśmy. Czy najlepszy? Chyba wciąż pozostaję w drużynie Michaela Keatona. Wynika to jednak z faktu, że tak, jak Batman jest w Batmanie świetny, tak Bruce Wayne wypadł tu wyjątkowo słabo. Raz, że jest go wybitnie mało, dwa, że nawet jak jest, wydaje się nieobecny.

To bardzo dziwne, jeśli przyjmiemy za fakt, że maska stanowi jedynie dodatek do życia dziedzica fortuny Wayne’ów. A mimo to przez bite trzy godziny niemal nieustannie widzimy głównego bohatera gotowego do akcji, przywdziewającego pelerynę. Bruce Wayne pojawia się zaledwie w kilku momentach i – co stanowi kolejny problem – jak już się pojawi, to wydaje się kompletnie nieobecny. Mam problem z tą postacią. Wydaje mi się, że mroczna strona osobowości wykreowanej przez Pattinsona całkowicie go pochłonęła, spychając realne życie i realne relacje – miedzy innymi te z Alfredem – na dalszy plan. Jakby główny bohater nie mógł spojrzeć sobie w twarz, tylko wolał przywdziewać maskę, w której czuje się bezpiecznie.

Advertisement

Być może zatem był to zabieg celowy, tak czy inaczej, aktor w tym aspekcie według mnie nie dostał okazji do zaprezentowania pełni swych możliwości. Wayne to tutaj chodząca mimoza, człowiek nikt, postać przypominająca (nomen omen) wampira, który nie odnajdując się w świetle dnia, wciąż szuka możliwości, by zanurzyć się w nocy. A przecież wiemy doskonale – Bruce Wayne to chodząca charyzma, celebryta, idol, facet, do którego kobiety wzdychają, a którego mężczyźni podziwiają. Tymczasem w Batmanie jest anonimowym milionerem, który nie bardzo wie, skąd ma pieniądze (bardzo sugestywna jest scena, w której Bruce nie za bardzo przejmuje się spotkaniem z księgowymi) ani co takiego wokół niego się dzieje.

Udało się: pocztówki z Gotham nadają się do wstawienia w ramkę

Nowy Batman jest jak Mroczne miasto. Nawiązanie do słynnego filmu Alexa Proyasa jest uzasadnione. Gotham w wizji Matta Reevesa jest w istocie miastem mrocznym tak mocno, że ten mrok niemalże wylewa się z ekranu (i to dosłownie, co ma swoje odzwierciedlenie w jednej z finałowych scen). Nie mówię jednak w tym wypadku jedynie o walorach wzrokowych, ale także o uzyskanej – na skutek zespolenia scenografii, kostiumów i muzyki – wyjątkowo posępnej atmosferze.

Advertisement

Ekranowa ciemność ma swoje problemy, gdyż według mnie jest jej momentami za dużo – o czym piszę w osobnym punkcie. Natomiast czym inny jakość obrazu, czym innym klimat. Dzięki wysmakowanej i dopracowanej w najmniejszym szczególe scenografii oraz dzięki wybitnej pracy i trafnego oka operatora (Greig Freiser pracował dla Warner Bros. także przy Diunie) mroczny klimat idealnie zespala się z opowieścią lub też na swój sposób ją tworzy. Cudownie wygląda tu w szczególności praca z detalami, nie tylko inscenizacyjnymi, ale także operatorskimi. Świetna jest scena, w której policja przejmuje Człowieka Zagadkę w kawiarni – kamera wówczas subtelnie najeżdża na filiżankę kawy z ułożonym znakiem zapytania.

Małe arcydzieło. Co jednak najważniejsze – w końcu, jak miało to miejsce chociażby u Burtona, mamy Gotham, które posiada duszę. Nowy Batman kładzie wyraźny nacisk na lokację, wykorzystując Gotham jako przestrzeń działania bohatera i siedlisko zepsucia, dekadencji, korupcji, swoistej komiksowej Sodomy i Gomory. Tym miejscem oddycha bohater, z niego czerpie doświadczenie, to miejsce go kształtuje.

Advertisement

Nie udało się: Nietoperz i Kotka na gorącym blaszanym dachu

Nie mam nic do postaci Kobiety-Kot w tym filmie. Ba, przyznam nawet, że interpretacja tej postaci w wykonaniu Zoe Kravitz do mnie przemówiła. Nie chodzi tylko o tą uroczą, czarną kominiarkę. Po prostu ta aktorka ma idealną fizjonomię, jej giętkie ciało wyglądało wiarygodnie podczas wykonywania wszelkich akrobacji. Z kolei uroda, kocie ruchy i przenikliwe spojrzenie miały w sobie coś uwodzicielskiego.

Coś, czego niestety nie miała poprzednia wykonawczyni tej roli ­– Anne Hathaway. Powiem więcej, podoba mi się też jej biseksualność, bo dodaje tej postaci kolejnego pazura. Ale dość tych superlatyw. Bo jeśli chodzi o jej rolę w fabule i relację, jaką buduje z głównym bohaterem, to jest to coś, co wydaje mi się w filmie bardzo sztuczne. Nie podobały mi się sceny pocałunku tych postaci. Wątek miłosny został tu ewidentnie wstawiony na siłę. Ku zadowoleniu żeńskiej części widowni, by mogła się w odpowiednich momentach wtulić do swoich męskich towarzyszy (że posłużę się stereotypem).

Advertisement

Nic się w tym filmie nie składa na to, by relacja Batmana i Kobiety-Kot była relacją miłosną. Owszem, istnieje między nimi jakieś napięcie seksualne, ale nie trzeba z tego od razu robić użytku. Może, a nawet powinno tu coś iskrzyć, ale chyba lepiej byłoby, gdyby w pierwszym filmie te dwa zwierzątka – kot i nietoperz – się po prostu badawczo o siebie ocierały, a nie już udawały, że jakkolwiek się kochają. W takiej wersji wypada to po prostu tanio.

Udało się: kto tu właściwie jest zły, a kto dobry?

To oczywiste, że Batman to od zawsze historia o walce ze złem. Cały myk polega jednak na tym, że prócz tego, że główny bohater konfrontuje się z mrokiem świata, jednocześnie musi zwalczyć mrok własny. Dlatego jest postacią tak cholernie intrygującą i osobliwym przykładem superbohatera. Czyszczenie Gotham pozwala mu zajrzeć w głąb swej duszy. Jestem jednak przekonany, że jeszcze nigdy na wielkim ekranie nie otrzymaliśmy tak zniuansowanej postaci Batmana i tak zniuansowanej definicji zła.

Advertisement

Popatrzmy na głównego antagonistę – facet jest opętany żądzą odwetu, zabija, nie przebiera w środkach. Jednocześnie jednak przyświeca mu złoty cel, gdyż chce uzmysłowić ludności Gotham, w jak wielkim gównie żyją. Chce ostatecznie obalić autorytety, wykazać, ile fałszu mają w sobie prorocy trzęsący tym miastem. Przypomina się w tym miejscu Fincherowskie Siedem, a także seria Piła. John Doe, Jigsaw – oni także działali w dobrej wierze, posługując się jednak przepoczwarzoną definicją dobra, w której cel uświęca środki. Postać samego Batmana także jest niejednoznaczna, bo raz, że pozostaje do końca wyjątkowo tajemnicza, nawet jeśli bohater postanawia dzielić się swymi myślami jako narrator z offu, a dwa, że postać Batmana zdaje się nie do końca jeszcze rozumieć zasady świata, w którym funkcjonuje i o który walczy. Jego pobudki są dalekie od prawości, wydaje się bliższy potrzebie odwetu, a sam określa siebie mianem „zemsty”.

Nie udało się: ciemność, ciemność widzę

batman

Nie mam zamiaru przeczyć temu, że mroczny klimat się w Batmanie udał. W jednym punkcie wychwalam przecież projekt miasta, to, w jaki sposób ciemność, deszcz oraz zmyślna scenografia zdołały oddać unikalną atmosferę. Ale jedocześnie dochodzę do wniosku, że twórcom bardzo łatwo przyszło przekroczenie pewnej cienkiej granicy przesady. Mówiąc wprost, Batman Matta Reevesa jest momentami zbyt ciemny, ot co.

Advertisement

Pamiętam, jak dawno temu pewien gniot pod tytułem Obcy kontra Predator 2, którego jakości do dziś nie mogę przeboleć, był filmem tak ciemnym, że w pewnych momentach nie można było mieć pewności, na co tak właściwie patrzymy. Doszedłem wówczas do wniosku, że ciemność jest czasem na rękę twórcom, ale tylko tym, którzy nie są pewni swego dzieła i chcą coś ukryć. Broń Boże, nie podejrzewam Matta Reevesa o taki zamysł i taką partacką praktykę, ale nie da się ukryć, że w niektórych ujęciach, nawet tych kręconych za dnia, barwa obrazu jest aż nienaturalnie przyciemniona, nieustannie nastawiona na mrok, co mimo wszystko buduje wrażenie sztuczności, nie mówiąc już o wpływaniu na jakość obrazu. Zapalcie światło!

Udało się: powrót głównego nemezis

Powieje banałem, ale jednak. Podoba mi się to, że w nowym Batmanie jest Joker, będąc postacią wprowadzoną do tego świata niejako tylnymi drzwiami (choć zasugerowaną już w pierwszych scenach, za sprawą charakterystycznego makijażu rzezimieszków). Podoba mi się to, że twórcy odrobili pracę domową, wiedząc, że nie da się budować tego świata, nie da się opowiadać o ewolucji Batmana bez udziału jego głównego nemezis.

Advertisement

Podoba mi się w końcu to, że udało się utrzymać w tajemnicy fakt, czy Joker w Batmanie będzie, oraz to, kto go zagra. Ja Barry’ego Koeghana znam doskonale, chociażby z genialnego występu w Zabiciu świętego Jelenia Lathimosa. Wątpię jednak, by kojarzyła go też szeroka widownia. Niemniej trafny był kierunek myślowy, że nie ma co się ścigać z Ledgerem i Phoenixem, tylko trzeba iść świeżym tropem. Powiadam wam, ten Joker może być strzałem w dziesiątkę, gdyż po raz pierwszy może być czymś zaskakującym. Ta jedna cholernie subtelna, ale rewelacyjnie poprowadzona scena z filmu to potwierdza.

Czuć tu inspiracje źródłami, które wydają się źródłami słusznymi – serialem Gotham oraz ponownie grami komputerowymi (mam na myśli głównie fryzurę Jokera, ale także jego wiek). Jak obejrzałem z kolei scenę wyciętą w montażu, to doszedłem do wniosku, że Koeghan już teraz zjadł na śniadanie pretensjonalną kreację Jareda Leto z Legionu samobójców. Zacieram ręce na myśl o tym, w jaki sposób twórcy pokierują tą postacią dalej. Patrząc, jak aktor wygląda, jaką buduje formę fizyczną, można przypuszczać, że w końcu doczekamy się Jokera, który będzie potrafił wymierzyć Batmanowi soczysty cios – jestem za.

Advertisement

Nie udało się: finał to balon, z którego uchodzi powietrze

Batman 2022

Cenię sobie w Batmanie to, że nie jest nastawiony na wysokie tempo i wartką akcję. Nie o to chodzi w tej wersji przygód Mrocznego rycerza. Matt Reeves chciał stworzyć wciągający i intrygujący dreszczowiec detektywistyczny. Klimat jest tak gęsty, że potrafi pochłonąć, skutecznie odwracając uwagę od faktu, że film trwa bagatela trzy godziny. Nie zmienia to jednak faktu, że od czasu do czasu otrzymujemy od twórców ciekawie zaaranżowane sceny akcji, z których moją ulubioną jest chyba samochodowy pościg za Pingwinem.

Nie było innej możliwości, by film tego rodzaju zakończyć z przytupem adekwatnym do tematyki filmu – to w końcu Batman, więc wypada mu w kulminacyjnym momencie zmierzyć się ze złem. Niestety, finałowa scena akcji kompletnie mnie nie przekonała, tak jak nie przekonała mnie cała ta nadęta intryga Człowieka Zagadki. Pal licho wybuch bomb, który jest aktem terrorystycznym tak dalece oklepanym, że już bardziej się nie da. Akceptuję to jednak, bo jakieś zamieszanie przecież musiało się w finale wywiązać, jakiś bałagan musiał nastąpić, by było co sprzątać. Ale już bijatyka na rusztowaniach z sojusznikami, lub ściślej wypadałoby rzec „followersami” Człowieka Zagadki, oparta została na jednym, dość dziwnym, kruchym założeniu.

Advertisement

Twórcy chcieli mi wmówić, że pod wpływem fascynacji tym, co gada jakiś szaleniec na YouTubie, zwykli, nieznani sobie ludzie poprzebierali się według ustalonego dress code’u, chwycili za broń i ruszyli w miasto, będąc gotowymi do konfrontacji z kimś, kto po stokroć przewyższa ich umiejętnościami walki? Przecież Batman powinien tupnąć i odstraszyć ich samym głosem, a nie wdawać się w jakąś żenującą bijatykę i – co gorsza – obrywać.

Udało się: perfekcyjna niedoskonałość

Perfekcyjna niedoskonałość to tytuł jednej z książek Jacka Dukaja, jednego z bardziej znanych i cenionych polskich pisarzy SF. Nie będę odnosił się do jej treści, wystarczy mi, że jej tytuł idealnie określa jedną z ciekawszych cech Batmana. Mam na myśli wrażenie szorstkości, które – jak mniemam – zostało wprowadzone umyślnie i szczerze. Cholernie mi się podoba, że mamy tu Batmana osadzonego w świecie, w którym rządzą technologie na poły analogowe, na poły cyfrowe.

Advertisement

Kapitalny jest ten retro sznyt, te niejednokrotnie wręcz nonszalancko swobodne pomysły na kostiumy, w których Mroczny Rycerz zakłada na siebie coś, co nie jest doskonałe i superodporne, supertrwałe. Ale widać, że jest to jego. Podoba mi się ta urocza kominiarka na głowie Kobiety-Kot, jakby uszyta przez jej babcię, a nie zaprojektowana przez opłaconych projektantów. Jednocześnie właśnie to mnie wkurzało w trylogii Nolana. Tam wszystko było wymuskane. Silące się na perfekcjonizm i realizm, przez co wyszło kompletnie nieautentyczne. Zawsze, ale to zawsze należy brać pod uwagę umowność tego świata, pamiętając, że to w końcu historia faceta przebranego w kostium nietoperza.

Powiedzieć wam, jaka jest moja ulubiona scen w tym filmie? Żadnej akcji nie wymienię. Moją ulubioną sceną jest moment, na który czekałem od dawna, śledząc filmowe inkarnacje tej postaci. Gdy Batman pojawia się po raz pierwszy przy Gordonie, rozpoczyna się śledztwo, bo policjant i jego tajemniczy wspólnik stoją przy zwłokach wysoko postawionego człowieka. Co się dzieje wówczas? Policjanci nie zachowują się tak, jakby obecność człowieka w pelerynie pośród nich była czymś oczywistym. Bo nie jest i nigdy nie będzie. Drwią z Gordona, że słucha rad przebierańca. I to jest świetne, bo jest prawdziwe.

Advertisement

Batman jest postacią, która tak długo budowała swój mit, że wąż zdołał zjeść swój ogon. Teraz wypada zacząć od zera. Nim jednak ponownie stanie pomnik Człowieka Nietoperza, ten musi popełnić kilka błędów. Musi wyglądać niepoważnie, musi zapisywać swoje spostrzeżenia długopisem, musi ulec kobiecej manipulacji, musi dostać w ryj tak, że ledwo uratuje się przed upadkiem z wysokości, musi zawahać się podczas skoku z budynku. Bo na razie daleko mu do ideału. Na razie… Mam wrażenie, że taki też w istocie jest ten film. Dlatego tekst ten proszę traktować z odpowiednią dozą dystansu.

Nie było moim celem wskazanie, że Batman to głośne dzieło, którym niesłusznie się zachwycamy, bo posiada błędy. Jest dokładnie odwrotnie – zachwycamy się nim właśnie dlatego, iż jego niedoskonałość, szorstkość w końcu splata się z wizją świata, który reprezentuje. Nie wiem jak wy, ale ja to kupiłem.

Advertisement

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *